Niepokój II

Niepokój II

To jeden z tych wpisów, które musiały trochę poczekać na swoją kolej. Jest to w pewnym sensie ciąg dalszy historii, o której zaczęłam pisać w notce „Niepokój„. A w zasadzie posłowie do tamtej, bo przecież dotyczy tego, co stało się po diagnozie Piotrka.

Jakiś czas po diagnozie Piotrka zeskanowałam całą tę jego papierologię (dokumenty z Poradni, diagnozę od psychiatry itd.) i wysłałam do Żłobka. Taki był plan i tak umawiałam się z Paniami, mimo, iż formalnie dokumenty z Poradni do niczego w Żłobku nie były potrzebne (żłobki nie dostają wyższej dotacji na dzieci objęte orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego – te „profity” dostępne są dopiero w przedszkolach). Ale ja zawsze starałam się dosyć otwarcie rozmawiać z pedagogami o swoich dzieciach i szczegółach ich diagnoz. Jeśli już, to cierpiałam raczej na brak zainteresowania tymi informacjami z drugiej strony:) Ale za każdym razem, gdy Ewie (czy teraz Piotrkowi) zmieniał się wychowawca czy terapeuta, deklarowałam gotowość spotkania, opowiedzenia o dziecku, zreferowania jego przeszłości i odpowiedzenia na wszelkie pytania, łącznie z tymi najbardziej absurdalnymi (np. dotyczącymi przebiegu ciąży i porodu). Zakładałam, że czym wszyscy są lepiej poinformowani, tym moje dzieci i ich potrzeby są lepiej rozumiane. A na tym przede wszystkim mi zależało.

Krótko po moim mailu dostałam odpowiedź od Dyrektorki Żłobka, a w niej: „chciałabym chwilę porozmawiać”.

I wiecie, zmroziło mnie na chwilę. W ciągu ostatnich siedmiu lat czytałam na forach i grupach facebookowych niejedną historię z cyklu: „dziecko dostało diagnozę i żłobek/przedszkole chcą się go pozbyć”. Był listopad, dopiero co zaczęliśmy łapać równowagę po debiucie Ewy w nowej szkole i zamieszaniu z diagnozą Piotrka. A przynajmniej tak nam się wydawało. W każdym razie Żłobek był jedną z tych rzeczy, z którymi nigdy nie było problemu – Piotrek szedł tam w podskokach, Ciocie uwielbiał, mieliśmy blisko. I choć Piotrek teoretycznie mógłby już od września pójść do przedszkola, to przesunęliśmy to na przełom wiosny/lata, między innymi po to, żeby jesienno-zimową falę pandemii przeczekać w znajomym miejscu.

Przeraziła mnie ewentualna zmiana.

Ale zaraz potem pomyślałam sobie: „nieeee, niemożliwe”. Nie wyrzucą go. Będzie dobrze.

I żeby była jasność – w zasadzie nie miałabym nikomu za złe, gdybym na jakimś etapie usłyszała: „prosimy poszukać innego miejsca”. To oczywiście jest przykre, otrzymać taką informację, ale z drugiej strony potrafiłabym docenić szczerość przekazu. „Nie potrafimy pomóc, nie radzimy sobie z Pani dzieckiem” – ok, lepsze to, niż mydlenie rodzicowi oczu, że wszystko jest super. Wyciąganie kasy – od rodzica i z dotacji – i nie robienie z dzieckiem nic ponad upewnienie się, że nie zrobi krzywdy sobie i innym.

Nie miałam też za złe, kiedy na etapie szukania szkoły dla Ewy znalazłam w okolicy (rozumianej jako „trzy dzielnice Warszawy i jedna podwarszawska miejscowość, o ludności wynoszącej w sumie 400 tys. osób”) tylko trzy prywatne podstawówki, które w ogóle gotowe były porozmawiać o przyjęciu dziecka z orzeczeniem. Złościłam się trochę na system, na to, że w ogóle muszę o coś takiego pytać, na to, że obecność dzieci z niepełnosprawnościami nie jest czymś oczywistym. Ale na konkretną szkołę, która mi pisze, że nie przyjmuje dzieci z orzeczeniem? Nie. Może nie ma warunków, odpowiednio empatycznej kadry, może w ich mniemaniu dzieci w spektrum to jakieś cudaczne rarogi. Może nie współpracuje z psychologiem i logopedą, którzy mogliby poprowadzić wymaganą orzeczeniem terapię. Każdy z tych powodów wystarczy, żeby stwierdzić, że to nie jest miejsce, do którego chciałabym posłać swoje dziecko.

W każdym razie – mimo pozytywnego nastawienia, od momentu otrzymania maila ze Żłobka aż do spotkania czułam ciągły niepokój. Wierzyłam, że będzie dobrze, a mimo to starałam się przygotować na złe informacje.

Ale wiecie co usłyszałam?

Usłyszałam, że Ciocie bardzo Piotrka lubią. Że bardzo zależy im, żeby jak najlepiej mu pomóc i go wesprzeć. Ale nie mają zbyt dużego doświadczenia w opiece nad dziećmi w spektrum, więc chętnie spotkałyby się ze mną, żeby nauczyć się czegoś więcej o autyzmie i o tym, jak najlepiej Piotrkowi pomóc.

Spotkanie oczywiście zorganizowałam, zapraszając na nie również Psycholożkę Ewy i Piotrka. Wyobraźcie sobie, że te Ciocie poświęciły pół soboty, żeby czegoś się nauczyć – i zrobiły to przede wszystkim dla mojego syna.

I wprawdzie Piotrek niedługo potem odszedł ze żłobka, a Ciocie pewnie nie zdążyły przetestować na nim całej nowej wiedzy – wiem, że pewnie jeszcze kiedyś będą miały okazję. I jestem im ogromnie wdzięczna – i ogromnie wzruszona – że były wobec Piotrka tak ciepłe i pełne serca. Takich cioć (wychowawczyń, nauczycielek czy terapeutek) życzyłabym wszystkim dzieciom, nie tylko tych ze specjalnymi potrzebami. Takiej postawy i wsparcia ze strony placówki życzyłabym wszystkim rodzicom, którzy przechodzą przez proces diagnozowania swojego dziecka.

Kwiatki, które zaniósł Paniom Piotrek na pożegnanie 🙂

PS. Długo zastanawiałam się, czy podać tu nazwę naszego Żłobka. Nie lubię reklamować w swoich wpisach konkretnych miejsc czy produktów – za bardzo mi się to kojarzy z byciem „zawodowym” blogerem, który reklamuje, bo mu za to zapłacili;) Poza tym wiem, że akurat ten Żłobek reklamy nie potrzebuje – zawsze ma chętnych, a na miejsce trzeba u nich zazwyczaj czekać. Potem pomyślałam sobie jednak, że chciałabym, żeby inni w pełni zdawali sobie sprawę z tego, z jak fantastycznym miejscem mają do czynienia. Wrzucam więc nazwę i adres. I liczę na to, że ktoś kiedyś – googlając opinie o tym Żłobku – znajdzie ten wpis 🙂

Niepubliczny żłobek Kółko Graniaste, ul. Farysa 33, Warszawa

Porównania i stereotypy

Porównania i stereotypy

Podobno nie powinno się porównywać. Szczególnie własnych dzieci – z ich rodzeństwem, z kolegami z klasy, dziećmi znajomych czy z potomkami zupełnie anonimowych bytów z internetu 🙂

Ale ludzie są jednak tak skonstruowani, że ich myśli automatycznie biegną ku pewnym uogólnieniem i kategoryzacjom, a w rezultacie – stereotypom. Człowiek nabywa doświadczenia, po czym wnioskuje na jego podstawie. To w sumie w jakimś stopniu logiczne – tego uczymy dzieci. Uogólniać i kategoryzować. A najzabawniejsze jest to, że najpierw je tego uczymy, a później sami staramy się jednak tego nie robić.

Pamiętam, jak w liceum mieliśmy lekcje dotyczące indukcji matematycznej. Profesor dawał nam przykład pogody – jeśli dziś było 10 stopni i wczoraj było 10 stopni, to najsensowniejsza prognoza temperatury na jutro to znowu 10 stopni. I podobnie było z dowodami za pomocą indukcji matematycznej – jeśli udowodniło się coś dla n-tej obserwacji, to twierdzenie było tez prawdziwe dla kolejnej, n+1.

Zawsze uważałam indukcję za dosyć prymitywną metodę, taką tylko odrobinę bardziej zgrabną od stwierdzenia, że „na chłopski rozum, to…”. Ale z drugiej strony było w tej prostocie coś pięknego.

Jak urodził się Piotrek, to staraliśmy się nie zakładać, że będzie taki jak Ewa. Liczyliśmy na to, że będzie łatwiej – we wszystkich tych sferach, w których Ewa miała trudności. I przez pewien czas faktycznie Piotrek był inny. Robił wiele rzeczy, których Ewa nie robiła. Albo przeciwnie – nie robił czegoś, co u niej było normą.

Później on tez dostał diagnozę. I chociaż wiem, że autyści różnią się miedzy sobą nie mniej niż osoby neurotypowe, to jednak mój mózg znów chciał pójść na skróty i wręcz oczekiwał, że wszystkie te cechy i trudności, które stanowią clou naszych dyskusji z terapeutami w przypadku Ewy, zaczną powielać się u Piotrka.

Mój Mąż, statystyk z wykształcenia (a w zasadzie ekonometryk, ale kto by tam rozróżniał 😉 ), pewnie myśli sobie teraz: „Na podstawie jednej obserwacji chciała wysnuć jakieś wnioski, naiwna!” 🙂 No i ma rację. A jego syn to udowadnia...

Bo Piotrek postanowił pozostać zupełnie inny niż jego siostra – pomimo (mniej więcej) takiej samej diagnozy.

Oboje są wybiórczy jedzeniowo – ale każde je zupełnie co innego (Piotrek jadłby tylko mięso, Ewa mięsa już od bardzo dawna nie tyka; Piotrek nie znosi czekolady, Ewa czekoladę uwielbia). Oboje mają zupełnie inne preferencje sensoryczne (Ewa nie ma na przykład problemu z wodą i byciem polewaną; Piotrek jest ostrożny i najchętniej kąpałby się na stojąco;)). Ale chyba najbardziej fascynuje mnie różnica w ich rozwoju mowy. U obojga ta mowa była opóźniona – ale u każdego w inny sposób. Piotrek nie miał większych problemów z komunikacją (może dlatego tak długo zajęło nam zdiagnozowanie go, a ja ciągle tę diagnozę traktuję trochę… po macoszemu;)), ale ciągle mówi niewyraźnie, po swojemu, przekręcając wyrazy. Ewa nie komunikowała, więc nie mówiła – ale jak już zrozumiała sens komunikacji, to praktycznie od razu mówiła poprawnie. Będąc w wieku Piotrka mówiła już o wiele lepiej niż on obecnie – chociaż to z nim często łatwiej mi się porozumieć.

Reasumując: dzieci są różne. Autyści są różni. Nie ma lekko – z kolejnym trzeba zacząć od początku 🙂

Jest taka seria książek dla dzieci – „Rok w…”. Mamy – kupione jeszcze dla Ewy – „Rok w przedszkolu” i „Rok w lesie”. A ostatnio (na Gwiazdkę 🙂 ) Piotrek dostał „Rok na placu budowy” (koparki, wiadomo).

No i siedzimy sobie kiedyś z Piotrem na kanapie i „czytamy” jedną z nich. Piotrek wytrwale powtarza po mnie poszczególne słowa.

Obok nas przemyka Ewa. Zatrzymuje się, zerka, po czym komentuje:

– O! Piotrek czyta „Rok w ekosystemach!”

Tak więc jeśli Wydawnictwo Nasza Księgarnia będzie kiedyś poszukiwać trafnej nazwy dla tej serii, to Ewa służy pomocą 😉

Rodzeństwo

Rodzeństwo

Obserwuję ich relację od trzech lat i ciągle dziwię się, jak drogą powolnej ewolucji można w tak krótkim czasie przejść przez zupełnie różne stany.

Na początku byłam z siebie zadowolona – praca włożona w przygotowanie Ewy na pojawienie się brata wydawała się przynosić efekty. Ewa zupełnie nie była zazdrosna, hałas znosiła z cierpliwością i wyrozumiałością. Początkowo okazywała delikatne zainteresowanie, szybko jednak zorientowała się, że brat póki co jest jednak mało interaktywny. Niemniej jednak wiedziała, że Piotrek stał się częścią naszego „stada” – był dla niej istotny jako część całości, chociaż nie starała się nawiązywać z nim bezpośredniej relacji. Po prostu BYŁ.

Później Piotrek zaczął się przemieszczać i na własną rękę poszukiwać kontaktów z siostrą. Wpatrywał się w nią jak w obrazek, pełzał w jej kierunku, później coraz szybciej gonił, najpierw na czworakach, potem na dwóch nogach. A ona, o ile tolerowała jego obecność i dotyk, kiedy niewiele się ruszał, o tyle irytowało ją, kiedy zaczął gwałtownie wkraczać w jej przestrzeń. Unikała go. On siadał koło niej na kanapie – ona przesiadała się na fotel. On szedł na fotel – ona okrążała pokój i wracała na kanapę. On zaczynał chodzić za nią krok w krok, czasem nawet naśladować – ona reagowała coraz bardziej nerwowo.

Nie próbowaliśmy jej zmuszać do wspólnej zabawy czy do kontaktów z Piotrkiem. Rozumieliśmy, że potrzebuje pobawić się sama, pobiegać po mieszkaniu zatopiona w swoich własnych myślach, bez udziału młodszego brata. Pozwalaliśmy jej więc odizolować się w naszej sypialni i zajmowaliśmy czymś Piotrka, żeby nie przeszkadzał w tak potrzebnych jej chwilach samotności.

Z biegiem czasu Piotrek nauczył się, że Ewy lepiej nie zaczepiać, że Ewa i tak ucieknie i gdzieś się schowa. To ona stała się wtedy mało interaktywna dla niego. A jednocześnie można było dostrzec, że Ewa była ciagle ważną częścią jego życia.

Funkcjonowali więc obok siebie, praktycznie nie wchodząc sobie w drogę. Dwójka jedynaków, mająca wspólnych rodziców i mieszkająca pod jednym dachem, a od pewnego momentu nawet w jednym pokoju. Potrafili większość dnia spędzić w jednym pomieszczeniu i tak funkcjonować, żeby ani razu się nie zetknąć. I jakby tak się nad tym zastanowić, to jednak nie da się osiągnąć takiego stanu kompletnie nie zauważając drugiej osoby. Oni zdawali sobie sprawę ze swojej obecności, ale starannie się unikali. A może po prostu szanowali nawzajem swoje granice?

W pewnym momencie zaczęliśmy się tym martwić. Pilnowanie, żeby Piotrek nie wkraczał na terytorium Ewy zaszło jakby za daleko. A przecież nie po to chcieliśmy mieć dwójkę dzieci, żeby każde z nich funkcjonowało zupełnie odrębnie. Oprócz rodziców mieli mieć przecież też siebie nawzajem.

Staraliśmy się wciągać ich we wspólne zabawy, co było o tyle trudne, że naprawdę niewiele jest aktywności atrakcyjnych zarówno dla ledwo mówiącego trzylatka, jak i siedzącej ciągle w książkach, wygadanej prawie-ośmiolatki. Dla dwójki autystów, którym trudno jest wyjść poza własną strefę komfortu i zrobić krok w stronę drugiej osoby. Nie po to, żeby osiągnąć coś dla siebie, ale dla nawiązania samej relacji.

Powoli jednak coś zaczęło się zmieniać. Piotrek przestał być tak namolny i nieobliczalny, więc jeśli usiadł koło Ewy – na przykład podczas oglądania bajki czy czytania książek – to tak już razem siedzieli. Coraz więcej też rozumiał, więc stopniowo wciągaliśmy go w drobne kontakty z siostrą (nauczyliśmy go na przykład, że jeśli dostaje dwa ciastka, to powinien zanieść jedno Ewie).

Jeśli w tym czasie coś zmieniło się w Ewie, to wynikało pewnie z trudnego okresu, który się dla niej zaczął. Nowa szkoła i związany z tym stres, który sprawił, że bała się spać sama. Przez większość tygodnia spała więc z nami, a w te dni, w które miała spać w swoim pokoju (bo nie chcieliśmy tworzyć zupełnego precedensu), wybierała spanie w jednym łóżku z bratem. Do tego ciągłe kwarantanny i lockdowny – które wprawdzie nie dotknęły jej aż tak bardzo, gdyż przecież jest w zerówce, ale jednak spowodowały istotny deficyt kontaktów międzyludzkich.

A może zaczęła dorastać?

W każdym razie to ona zaczęła tym razem dostrzegać Piotrka i szukać z nim kontaktów. Przytulać go. Stykać się z nim stopami, kiedy wspólnie siedzieli na kanapie. Rozśmieszać go albo próbować o coś go spytać. Proponować mu jedną z dwóch ostatnich cynamonek.

Ciągle jeszcze widać, że Piotrek nie jest do tych kontaktów przyzwyczajony. Nie umieją jeszcze ze sobą rozmawiać – Ewa jest przyzwyczajona do rzucania pytań w eter, bez upewnienia się, czy ktoś aby na pewno ją słucha, a Piotrek nie zawsze jest w stanie wyłapać taki komunikat. Ale ćwiczą.

A ja cieszę się, że wreszcie coś ruszyło i wiem, że będzie dobrze ❤

Wkurzające?

Wkurzające?

Kojarzycie tę scenę z „Jak ukraść księżyc”, w której Gru mówi dziewczynkom, że mają nie wydawać żadnych wkurzających dźwięków, na co Agnes pyta: „A czy ten jest wkurzający?” i klepiąc się po policzkach zaczyna imitować dziwny dźwięk (przypominający trochę kląskanie językiem)?

Myślę, że naszą rodzinę dobrze charakteryzuje fakt, że w tym momencie wszyscy klepiemy się po policzkach 😀

Proces

Proces

Podczas rozmowy w Plan Daltoński wspomniałam w pewnym momencie, że po zauważeniu problemów rozwojowych u Ewy w zasadzie od razu przeszliśmy z Dawidem do działania – do organizowania diagnozy i specjalistów.

Ale ostatnio zdałam sobie sprawę, że to jednak nie było tak od razu. My też mieliśmy pewien okres, w którym analizowaliśmy, rozmyślaliśmy, martwiliśmy się. Taką żałobę, w czasie której przechodziliśmy pełne pięć jej etapów, żeby na koniec zebrać się do kupy i zabrać do działania.

Ekspresową żałobę, która trwała w naszym przypadku mniej więcej 3 dni.

I piszę o tym dlatego, że w jakimś sensie przeżyliśmy ją niedawno ponownie – co pozwoliło mi poczynić niniejsze obserwacje.

Zaczyna się od jakiegoś zdarzenia, które sprawia, że zaczynamy się nad czymś zastanawiać. Najczęściej tym zdarzeniem jest spotkanie z terapeutami, podczas którego dowiadujemy się, że jednak nie jest tak różowo, jakby nam się wydawało. Bo mamy chyba z Dawidem ten problem, że w naszych oczach Ewa i Piotrek funkcjonują dużo lepiej, niż w rzeczywistości. A może po prostu w domu funkcjonują lepiej? A może to my funkcjonujemy społecznie gorzej, więc większość „deficytów” naszych dzieci nie jest deficytami wg naszej rodzinnej nomenklatury? No nie wiem. W każdym razie zawsze tak było – już od pierwszego spotkania diagnostycznego Ewy – że na rozmowę szłam raczej beztroska, a wychodziłam kompletnie przybita.

Piszę „ja”, a nie „my”, bo te spotkania to zazwyczaj jednak moja działka. Nie dlatego, że Dawid się nie angażuje – po prostu tych spotkań jest zdecydowanie za dużo, żebyśmy na każdym byli razem, zresztą, albo odbywają się w ciągu dnia (a więc jedzie to z nas, które ma bardziej elastyczny czas pracy – czyli ja), albo po południu (a więc ktoś musi w tym czasie ogarnąć stado). To ja nasiąkam więc relacjami terapeutów i wychowawców, a później odcedzam to co istotne i przekazuję Dawidowi.

Jeśli spotkanie było dla mnie wyjątkowo przygnębiające, to często muszę najpierw sama przetrawić pewne rzeczy, zanim jestem w stanie o tym porozmawiać. Bo relacjonowanie tych wszystkich nie-do-końca-przyjemnych rzeczy jest pewnie równie trudne, co ich słuchanie.

Ale załóżmy, że rozmawiam z Dawidem od razu i w zasadzie na działanie tego „impulsu zewnętrznego” jesteśmy wystawieni równocześnie. Zdaję relację i przedstawiam krótko zaproponowane możliwości dalszych działań.

To jest dzień pierwszy.

Drugiego w zasadzie w ogóle na ten temat nie rozmawiamy. Ja dużo rozmyślam, analizuję, ale przede wszystkim najpierw staram się jakoś pogodzić z wszystkim tym, co usłyszałam, a także przetrawić wszelkie możliwe opcje dalszych działań.

Nie wiem, jaki jest proces Dawida – może, tak jak ja, myśli o tym dużo. Może nie myśli prawie wcale. Trudno powiedzieć. Wiem tylko tyle, że przez jakiś oboje nie poruszamy tego tematu.

Trzeciego dnia któreś z nas zagaja rozmowę. Raz jeszcze dyskutujemy to, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Już na spokojnie. Zastanawiamy się nad rozwiązaniami. Omawiamy wszystkie „za” i „przeciw”. Planujemy konkretne działania.

Przechodzimy do ofensywy.

Później już tylko utwierdzamy się w słuszności naszej decyzji, wymyślając coraz to nowe plusy wybranego rozwiązania.

Teraz było podobnie.

Zaczęło się od rozmów z Ciociami ze Żłobka i z P. Mają (psycholożką Ewy i Piotrka). To był ten impuls, który pozwolił nam spojrzeć na Piotrka z zewnątrz i dojść do wniosku, że być może poza domem nie jest jednak tak różowo jak nam się wydaje, a różnice pomiędzy nim a jego rówieśnikami są z miesiąca na miesiąc coraz bardziej widoczne. P. Maja zasugerowała zwiększenie liczby godzin terapii indywidualnej poprzez przeniesienie Piotrka do przedszkola terapeutycznego. Zwiększenie terapii w formie, którą ma teraz (w postaci zajęć dodatkowych, poza żłobkiem), jest niestety bardzo trudne: po pierwsze to jest męczące dla Piotrka (bo zajęcia mogą być głównie po południu), a po drugie to jest obciążające dla nas – logistycznie (dużo jeżdżenia) i finansowo (płacimy za żłobek + za prywatną terapię).

A zatem po dwóch dniach trawienia tych wszystkich informacji – podjęliśmy decyzję, że Piotrek od marca przeniesie się do przedszkola terapeutycznego. Trochę nam to utrudni życie – bo przedszkole jest czynne tylko przez 5h – no ale co zrobić 🙂

Byle do wiosny! 🙂


PS. Moje „wystąpienia” można obejrzeć tutaj:

Noc Belfrów

Live z Plan Daltoński

Przezorny zawsze ubezpieczony

Przezorny zawsze ubezpieczony

– A co trzeba zrobić, jak nas goni waran? – woła z drugiego pokoju Ewa.

Pytania Ewy potrafią potrafią nieźle zaskoczyć człowieka – szczególnie, gdy ów człowiek siedzi sobie spokojnie na kanapie i o godzinie 22, po całym męczącym dniu, ma siłę tylko na jakiś głupi serial ma Netflixie.

Odrywamy się z Dawidem od swoich ekranów (bo każde z nas ogląda coś innego) i patrzymy po sobie.

– Że co?? – odkrzykuje jej Dawid.

– Co zrobić, kiedy goni waran??

Temat przyrodniczy – myślę sobie – nie moja działka. Uff.

– Uciekać! – odpowiada Dawid – Warany nie biegają za szybko. No ewentualnie wejść na drzewo!

A może, po prostu, nie wybierać się na Komodo, czy gdzie tam warany żyją?

Coś mi jednak nie pasuje, więc googlam tego warana.

– Ty – zagaduję Dawida, na tyle jednak cicho, żeby Ewa przypadkiem nie usłyszała, bo kto wie, co sobie po tym wkręci – ale tu piszą, że waran z Komodo biega z prędkością 20 km/h.

– No.

– No!

Patrzymy na siebie. 20 km/h to 10 km w pół godziny. To mniej więcej tyle, ile biega Dawid, ale zdecydowanie więcej, niż biegamy my. Widzę, że Dawid prowadzi w głowie te same kalkulacje i dochodzi do identycznych wniosków.

– No – uśmiecha się przebiegle – ja ucieknę…

🙂

(Później wyczytałam też, że niektóre z waranowatych żyją prawie wyłącznie na drzewach. Super, po prostu super, oni pouciekają, a mnie zostawią jako przekąskę dla jaszczurów!)

Źródło: internet
Hamlet

Hamlet

Leniwe popołudnie. Ewa kica i coś tam do siebie gada, ja robię sobie herbatę, chłopaków jeszcze nie ma (jeden w żłobku, drugi w pracy). Z głośników leci Radio Nowy Świat, w którym za chwilę ma się rozpocząć audycja dotycząca szczepień – wybrzmiewa więc dżingiel z tekstem: „szczepić się czy nie szczepić…”.

Ewa przystaje i stwierdza: „O, nowy hamletowy tekst…

Myślę sobie: no, bystre mam dziecko! Cytat z Hamleta kojarzy i jeszcze potrafi rozpoznać jego parafrazę, super!

Po czym dziecko dodaje: „…ale mój ulubiony to jednak: sikać czy nie sikać!