Gaduła

Gaduła

Od kilku dni Piotrek intensywnie powtarza nowe słowa. Opanował już chodzenie, więc najwyraźniej doszedł do wniosku, że teraz czas na rozwój intelektualny. Wcześniej w jego słowniku funkcjonowało niewiele słów. Pierwsze pojawiło się „am” – co zbytnio nas nie zdziwiło, biorąc pod uwagę fascynację naszego syna jedzeniem. Krótko potem „mama” – wypowiadane dosyć rzadko, zazwyczaj w sytuacji stresowej, do tego na tyle niewyraźnie, że trudno mieć absolutną pewność, że to właśnie „mama”, a nie powtarzane z dużą częstotliwością „am” (szczerze mówiąc, obstawiam to drugie:)) Mówił też ze zrozumieniem „kąpu kąpu”, czasami udało mu się powtórzyć „Eee-wa” i „baba”. I to by było na tyle.

Wczoraj pojawiło się wyraźne „nie” (używane spontanicznie i adekwatnie do sytuacji) i powtarzane przez całe popołudnie „tata”.

Dzisiaj nauki ciąg dalszy. W zasadzie udało mu się powtórzyć „ryba” i „tygrys” (w obu wyrazach „r”, ale tak nam akurat wyszło przy okazji oglądania książeczek i akurat te słowa mu się spodobały). Próbuję więc dalej:

– A powiedz: „MAMA”?

A on, patrząc mi głęboko w oczy i uśmiechając się – przysięgam – złośliwie:

– TA-TA!

Zdrajca 🙂

 

Święty Graal

Święty Graal

– To co, Piotrek, idziemy do dzieciaków?

Czwarty uśmiecha się i patrzy wyczekująco.

– To idź załóż buty.

Odwraca się i z gracją pingwina truchta do korytarza. Siada na podłodze i sięga po buta. Póki co udaje mu się jedynie odpiąć jednego rzepa. Pomagam więc z butami, potem zakładam mu kurtkę, komin w dinozaury i czapkę Legii (odziedziczoną po Dawidzie).

– To idziemy! – uchylam drzwi wejściowe, a on z radosnym posapywaniem rzuca się do wyjścia. Już pamięta, gdzie trzeba iść: najpierw do windy, poczekać, aż otworzą się drzwi, wejść, nacisnąć guzik (on niestety nie sięga, choć bardzo by chciał), poczekać, aż winda zjedzie i drzwi ponownie się otworzą, wyjść. Złomek zawsze stoi w tym samym miejscu, więc po wejściu do garażu od razu skręca w lewo. Gdy otworzę drzwi samochodu, sam próbuje wspiąć się do fotelika. Tu znowu pomagam.

Do żłobka idzie zadowolony, podekscytowany kolejnym dniem. W szatni poranne zamieszanie – jakieś dziecko cicho popłakuje, inne pokłada się na wycieraczce. Piotrek wchodzi pewnym krokiem i klucząc pomiędzy rzędem wózków kieruje się do swojej szafki. Grzecznie czeka, aż go przebiorę i założę mu czerwone kapcie. Przychodzi jedna z cioć. Dajemy sobie buziaka, on ląduje na rękach u Cioci, robi mi „papa” i już po chwili znika za drzwiami. Cała operacja trwa raptem kilka minut.

Zakładam ciemne okulary i wychodzę na zalane słońcem podwórko. Chyba pobiłam jakiś rekord. Czuję się jak superbohater, jak magik, któremu udało się tak zahipnotyzować dziecko, żeby nie tylko dało się odstawić do żłobka bez płaczu, ale nawet z uśmiechem na ustach. Jak ktoś, kto właśnie odnalazł Świętego Graala 🙂

Żubry – ciąg dalszy

Żubry – ciąg dalszy

Akt drugi historii o żubrówce. Odbieram dzisiaj Ewę z przedszkola, idziemy razem do szatni. Tam, na gazetce, wisi kolekcja prac plastycznych z żubrami w roli głównej. Głośno podziwiam dzieło Ewy, ta natomiast wspomina o zajęciach z żubrami.

– Ewa, a co jedzą żubry?

– Żubrówkę.

Drążę więc dalej:

– A co to jest „żubrówka”?

– Taka trawa, która rośnie w krainie żubrów.

Czyli to faktycznie nie było radosne słowotwórstwo mojej córki. To z kolei oznacza, że poziom wiedzy przyrodniczej mojej córki przewyższył już mój. O jakieś trzy długości 🙂

6884033_trawa-zubrowkaw-moim-ogrodzie
Żubrówka. Źródło zdjęcia: https://wojciech52w.flog.pl/wpis/6884033

 

Kłapcio

Kłapcio

Stało się. Zgubiliśmy Kłapcia.

Przetrząsnęliśmy dom – co najmniej kilka razy. P. Małgosia patrzyła w przedszkolu. Dzwoniłam do biura rzeczy znalezionych ZTM. Wujek Filip przeszukał swoje mieszkanie – bo to w sumie stamtąd mamy ostatnie zdjęcie Ewy z Kłapciem. Później najprawdopodobniej był jeszcze w przedszkolu, ale w sumie żadne z nas nie da sobie za to ręki uciąć – ostatnich kilka tygodni było bardzo intensywne i w sumie do dzisiaj biegam przez to jak kot z pęcherzem (ale udało mi się zaliczyć sprawdzian na kursie, na który chodzę i przeżyć adaptację Piotrka w żłobku). Tyle, jeśli chodzi o usprawiedliwienia.

Dzisiaj powiedziałam Ewie, że Kłapcio się zgubił. Przyjęła to w miarę dobrze. Od jakiegoś czasu ma fazę pingwinową (ech, długa historia:)), więc skupiła się na pluszakach-pingwinach. Plus całej sytuacji (no bo zawsze trzeba szukać pozytywów, prawda?) jest taki, że jednak trochę się od Kłapcia odzwyczaiła, więc sama pewnie widzi, że potrafi się bez niego obejść. Pytanie tylko, jak długo taki stan się utrzyma.

W każdym razie – aktualnie jesteśmy na etapie poszukiwań za pomocą ogłoszeń i internetu. To taki cień nadziei dla Ewy i dla nas, że być może ktoś go jednak znalazł i że Kłapcio gdzieś tam na Ewę czeka.

ulotka-1

Nareszcie :)

Nareszcie :)

Dzisiaj w naszym ulubionym Bistro pod domem – zupa ogórkowa. Jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek jadłam, prawie tak dobra jak ta, którą gotowały Panie Kucharki w podstawówce (a która do dziś jest niedoścignionym wzorem). Czekam więc pory bardzo-wczesno-obiadowej, żeby móc wyskoczyć na chwilę i wziąć ze dwie porcje na wynos. A może trzy? Ciężka decyzja, bo z jednej strony – głupio tak cały dzień obżerać się tylko zupą ogórkową, ale z drugiej – ostatnio ją przegapiłam, więc mam deficyt. No nic. Wezmę dwie porcje, a później najwyżej skoczę po trzecią (…i czwartą? ;)). Muszę tylko przebrać się w jeansy, które leżą w sypialni. Zakradnę się po cichu, żeby nie zbudzić Piotrka, bo wtedy nici z szybkiego wypadu po zupę…

…ha! Dopiero teraz przypominam sobie, że sypialnia jest przecież pusta. Bo Piotrek przebywa teraz w żłobku!

source.gif

Adaptację zaczął 20 lutego i można powiedzieć, że przez nią przemknął, na prawo i lewo rozdając swoje czarujące uśmiechy. Nie będę ukrywać, że obiło mi się o uszy podsumowanie Opiekunek, że była to chyba najlepsza adaptacja w historii (tu jednak musimy oddać sprawiedliwość dwóm pozostałym chłopcom, którzy mu towarzyszyli) 🙂 Mam też teorię, że brak problemów z przyzwyczajeniem Piotrka do nowego miejsca jest nagrodą od losu za wszystkie lęki separacyjne Ewy 🙂

Co ja teraz zrobię z całym tym wolnym czasem? 🙂

…Aaaa, tak, popracuję… 😉

Judoka

Judoka

– Ewa, a co wy tam ćwiczycie na judo? Pokażesz nam coś? – pyta Dawid.

Ewa wykonuje dwa kroki i nagle pada na leżący na podłodze zielony materac. Nie wygląda to może jakoś bardzo efektownie, ale na nas robi wrażenie. Przewracanie się to przydatna umiejętność. Mruczymy z uznaniem. Ewa, zachęcona, wykonuje kolejny pad. Opowiada, że na zajęciach nie tylko uczą się przewracać, ale również ze sobą walczą.

– To taka zabawa w niebieski lisek kontra czerwony lisek.

Dawid chce koniecznie spróbować, więc klękają naprzeciwko siebie na materacu.

– Hajime! – krzyczy Ewa.

– „Hajimej”? – Dawid dopytuje o dokładne brzmienie dziwnego słowa.

– Nie. Ha-ji-me. To znaczy, że walczymy.

Po walce – zakończonej wynikiem 2:1 dla Ewy – Dawid grzebie przez chwilę w komórce, po czym mówi do mnie przejęty:

– Słuchaj, te słowa, które ona mówi, to one naprawdę istnieją!

– Tego akurat byłam pewna. Przecież nie uczą ich tam jakichś wymyślonych zaklęć, prawda?

– No nie, ale tak dokładnie je powtarza! – stwierdza zachwycony, po czym gapiąc się w ekran telefonu zagaduje do Ewy – A jak jest: „mata”?

– Tatami.

– Poddaję się?

– Maitta.

– A co znaczy: „rei”?

– Ukłon.

– A jak się mówi na trenera?

– Śmierdząca Skarpetka!

Ewa wybucha śmiechem, najwyraźniej przypomina sobie jakieś śmieszne zdarzenie z zajęć. Chodzi po pokoju, co chwilę powtarzając „Śmierdząca Skarpetka” i rechocze tak, że nie jesteśmy w stanie nic konkretnego się od niej dowiedzieć.

Ale bez względu na to, czy śmierdząca czy nie, to szacun dla „Skarpetki” za fajnie prowadzone zajęcia 🙂

Ząb

Ząb

EWIE WYPADŁ DZISIAJ PIERWSZY ZĄB.

Ruszał się od wczoraj i od wczoraj chodziła i ten fakt przeżywała. Czy będzie bolało? Czy on odejdzie na zawsze? Co się stanie później? Czy wyrośnie jej nowy ząb? Jeśli tak, to kiedy? Czy dzieci będą się z niej śmiały?

Konieczność pożegnania się z zębem osładzała oczywiście wizja Wróżki Zębuszki, która później tego wypadniętego zęba zabierze, sypiąc w zamian jakąś konkretną kasą.

Dzisiaj po południu, nad talerzem zupy pomidorowej, ząb wreszcie wypadł. Obyło się bez histerii, której nieco się obawiałam – (była) właścicielka zęba zniosła całe zamieszanie bardzo dzielnie i od tego czasu chodzi zadowolona, raz po raz oglądając swoją szczerbę w lustrze.

Wróżka Zębuszka otrzyma jednak zęba dopiero jutro w nocy – bo Ewa musi mieć jeszcze trochę czasu na to, żeby go sobie dokładnie obejrzeć pod lupą i mikroskopem (który to dostała pod choinkę, zgodnie z zamówieniem).

No i pojawił się problem. A w zasadzie dwa. Jeden – mój – jest taki, że moja córka jest niesymetryczna. Dołączyła tym samym do swojego brata, który wprawdzie nowe zęby póki co zyskuje zamiast tracić, ale też od dłuższego czasu może się pochwalić czterema u góry i trzema, TRZEMA!, na dole. Jak żyć?!

Drugi problem jest Ewy. Uświadomiła go sobie w sumie zaraz po wiadomym WYPADKU i wracała do niego przez cały wieczór. A mianowicie – jak ona ma teraz prawidłowo wymawiać „S”? Bo „S” to ponoć jej największy logopedyczny problem, tak przynajmniej twierdzą wszystkie byłe i obecne Logopedki Ewy. Od miesięcy (a w zasadzie to już raczej – od lat) wbijały jej do głowy, że przy wymawianiu „S” język ma być nie pomiędzy, ale ZA zębami. No a jak ma teraz być ZA zębami, skoro jednego z tych zębów w ogóle nie ma? To gdzie konkretnie ma być?

Możliwe, że jutro w przedszkolu zażyczy sobie pilnej konsultacji z Panią Logopedą w tej sprawie 😉

Rola

Rola

Ewa powtarza wierszyk, który ma powiedzieć podczas nadchodzącego przedstawienia.

Ewa: Wiosna powoli idzie polami, zatem nie może bałwanek pozostać z wami. Wyjeżdżać pora, bardzo się smuci, lecz obiecuję za rok powróci – i nie przerywając, na jednym wdechu kontynuuje – wy klaszczecie, reszta szlocha, burza braw i deszcz oklasków.

Taka skromna ❤

Musi być dobrze

Musi być dobrze

Zeszłotygodniowe spotkanie zespołu terapeutycznego w przedszkolu dało mi dużo do myślenia. Panie zazwyczaj Ewę chwaliły – że trzeba jeszcze popracować, ale że robi postępy i w ogóle jest super. Tym razem ton spotkania był nieco inny – że jest uparta, że lubi postawić na swoim, że motoryka mała leży ze względu na słabe ręce (do czego doszłam już kilka miesięcy temu przy okazji dywagacji na temat lateralizacji), że nie daje się zmotywować i ma problem z kończeniem zadań. I że panie nie wiedzą, jak sobie da radę w normalnej szkole, no chyba, że w demokratycznej albo w edukacji domowej.

O nie, co to to nie.

Najciekawsze jest to, że wszystko co terapeutki mi mówią – ja doskonale wiem. Tyle, że nie mam za bardzo porównania z innymi dziećmi i nie wiem, czy np. jej rysunki na tym etapie świadczą o jakimś dramacie, czy może to ciągle jest w normie? Jak mi ktoś tego nie powie, to ciężko mi to stwierdzić. W szkole podstawowej są jakieś oceny, choćby opisowe, więc ma się jakieś porównanie. W przedszkolu ocen nie ma, więc ja raz na jakiś czas dopytuję albo ktoś mi na coś zwraca uwagę. Raz na rok robimy PEP-R i to jest przynajmniej dla mnie jakiś punkt odniesienia.

W każdym razie – doszliśmy do wniosku, że skoro Panie tym razem stwierdziły, że problem jest, to trzeba problem zniwelować. Bo edukacja domowa to nie jest coś, co wchodzi w grę, nie ma mowy (mam nadzieję, że nie będę musiała za kilka lat tego odszczekiwać :)).

Przeanalizowałam poszczególne kwestie i powstała lista czynności, które powinniśmy zintensyfikować, żeby poprawić poszczególne obszary:

Ogólna sprawność rąk, obręczy barkowej

 – zaproponowane przez Panią od SI „taczki”. Oczywiście w naszym wydaniu ćwiczenie jest ubrane w odpowiednią fabułę (póki co: „proces wyrabiania bułek” :))

 – pływanie. Dużo pływania.

 – wspinaczka: kiedyś już próbowaliśmy, teraz najwyraźniej będziemy robić to częściej. Na szczęście ścian wspinaczkowych jest w okolicy minimum kilka, do wyboru – do koloru:)

IMAG0904

 – malowanie na sztalugach: na szczęście po depresyjnym okresie „czarnym” (obrazy były czarne nawet wtedy, kiedy celowo nie dawałam jej czarnej farby – po prostu mieszała sobie pozostałe) przyszedł moment, kiedy jej malunki są bardziej zróżnicowane kolorystycznie. Ale ciągle maluje to samo…

Motoryka mała, grafomotoryka

 – koraliki do prasowania: mamy duży zestaw Pyssla z Ikei, ale jakiś czas temu udało mi się kupić takie malutkie zestawy w Flying Tiger (mała przezroczysta płytka, szablon oraz koraliki do ułożenia tego szablonu). Szablony przedstawiały ulubione zwierzaczki Ewy, no i były na tyle małe, że dało się je ułożyć w miarę szybko (jak na pięciolatkę). Oprócz układania wzorów – segregujemy koraliki kolorami, również z wykorzystaniem plastikowej pęsety (nazywanej przez Ewę „szczypadełkiem” ;)).

 – nawlekanie koralików: jak Ewa zaczynała terapię, to nawlekała duże drewniane elementy (w celu ich pozyskania rozkręciliśmy zabawkę z Ikei) na kawałki drutu. Później koraliki były coraz mniejsze. Teraz nawlekamy małe koraliki (ale jednak większe niż te do prasowania) na sznurowadło lub mulinę (z pomocą igły).

 – wyszywanie: szyciem Ewa zainteresowała się już jakiś czas temu, przy okazji przygotowywania kolejnych przebrań karnawałowych. Czasami dawaliśmy jej coś do zszycia i nawet jej to szło. W ten weekend postanowiłam cały proces nieco ułatwić i zakupiliśmy tamborek, kanwę, specjalne igły i kilka motków muliny. Aktualnie Ewa pracuje nad podobizną Gluciorka z Hotelu Transylwania 🙂

blobby

Ewa planuje również naukę robienia na drutach, ale to już nie z nami:)

 – koleżanka podpowiedziała mi również robienie pomponów z włóczki – jeszcze nie próbowaliśmy, ale to też może Ewę zainteresować. Szczególnie, że raz na jakiś czas ma fazę na zawijanie (i zawija Pieńka w tasiemkę*).

 – pisanie i rysowanie: już jakiś czas temu kupiłam Ewie zestaw zeszytów: „Lewa ręka rysuje i pisze” – ale nie mam za wielu sukcesów w motywowaniu jej do pracy w tym zakresie. Może z czasem pójdzie nam lepiej. Oprócz tego kupiłam trochę przyborów dla leworęcznych: ołówek mechaniczny, nakładki na kredki, nożyczki.

304x420_product_media_1-1000_lewa_reka_rysuje_i_pisze_II_1

– kolorowanki: kolorować Ewa nie lubi, ale P. Agnieszka podpowiedziała nam kolorowankę, która BYĆ MOŻE zainteresuje Ewę. Książkę zamówiłam, dziś ją odebraliśmy…

ludzkie-cialo-atlas-do-kolorowania-w-iext50276729

…i sukces jest połowiczny. Książka faktycznie ją zainteresowała, ale skończyło się na przeglądaniu. Kolorowanie póki co nie zostało rozpoczęte.

 – pianino: wczoraj wpadłam na pomysł, żeby spróbować z Ewą gry na pianinie. Może to ją zainteresuje, a oprócz tego wzmocni palce i dłonie. Ale potem zaczęłam się nad tym zastanawiać i trochę utknęłam: jak pracować przede wszystkim nad lewą ręką, skoro linię melodyczną gra się ręką prawą? Tak czy siak – spróbujemy.

 – DotOn: Wujek Filip przywiózł to Ewie z wyjazdu do Danii. Duży arkusz czarnego kartonu z narysowanymi okrągłymi polami, zestaw okrągłych naklejek i szablon do odwzorowania. No i robimy to po kawałeczku. Każdą naklejkę trzeba odkleić, przenieść w odpowiednie miejsce, przykleić, a potem zaznaczyć na szablonie, co już zostało poprzyklejane. Dużo pracy! Nie wiem, czy Wujek miał świadomość, że dzięki jemu prezentowi będziemy ćwiczyć nie tylko małą motorykę, ale jeszcze koordynację wzrokowo-ruchową i odwzorowywanie zadanych sekwencji kolorystycznych? 🙂

dot2

 

Trudno sklasyfikować 😉

 – Niby ćwiczymy w ten sposób motorykę dużą, ale też powtarzanie rytmu czy melodii. Jak? Puszczając piosenki Queen 🙂 Przy „We will rock you” tupiemy i klaszczemy, a przy „Ay-Oh” powtarzamy wokalizacje Freddiego. Nie jest łatwo:) Przy okazji: czy słyszeliście, że lekcje gry na perkusji poprawiają funkcjonowanie autystów w zakresie nie tylko koordynacji ruchowej, ale też komunikacji czy koncentracji? 

 – puzzle! To u nas znowu hit:) Teraz na topie są takie do 100 elementów, ale pod warunkiem, że obrazek jest zróżnicowany. Kupiliśmy kilka nowych kompletów i aktualnie ulubionym jest ten z mapą świata:633eeccf4bea8dfff8e6f7a450b6

 

Kończenie zadań

 – staramy się pilnować Ewę, żeby kończyła to, co zaczyna. Nie zawsze nam wychodzi…

 – mam jeszcze pomysł na pewien projekt, ale muszę najpierw przekonać do niego Ewę. Dam znać, jak nam coś z tego wyjdzie:)

 

Reasumując: będzie dobrze. Musi być dobrze:)

 

*) Pieniek to taka figurka, którą przywieźli Ciocia Agata i Wujek Filip z Barcelony – dwa lata temu na Święta Bożego Narodzenia. My nazywamy ją „Pieniek”, ale w Katalonii mówią na to Caga Tió. Ewa ma zwyczaj zawijania Pieńka w taką kolorową papierową tasiemkę. „Bandażuje go”. Aktualnie Pieniek wygląda więc tak:

IMG_0580