Wkurzające?

Wkurzające?

Kojarzycie tę scenę z „Jak ukraść księżyc”, w której Gru mówi dziewczynkom, że mają nie wydawać żadnych wkurzających dźwięków, na co Agnes pyta: „A czy ten jest wkurzający?” i klepiąc się po policzkach zaczyna imitować dziwny dźwięk (przypominający trochę kląskanie językiem)?

Myślę, że naszą rodzinę dobrze charakteryzuje fakt, że w tym momencie wszyscy klepiemy się po policzkach 😀

Proces

Proces

Podczas rozmowy w Plan Daltoński wspomniałam w pewnym momencie, że po zauważeniu problemów rozwojowych u Ewy w zasadzie od razu przeszliśmy z Dawidem do działania – do organizowania diagnozy i specjalistów.

Ale ostatnio zdałam sobie sprawę, że to jednak nie było tak od razu. My też mieliśmy pewien okres, w którym analizowaliśmy, rozmyślaliśmy, martwiliśmy się. Taką żałobę, w czasie której przechodziliśmy pełne pięć jej etapów, żeby na koniec zebrać się do kupy i zabrać do działania.

Ekspresową żałobę, która trwała w naszym przypadku mniej więcej 3 dni.

I piszę o tym dlatego, że w jakimś sensie przeżyliśmy ją niedawno ponownie – co pozwoliło mi poczynić niniejsze obserwacje.

Zaczyna się od jakiegoś zdarzenia, które sprawia, że zaczynamy się nad czymś zastanawiać. Najczęściej tym zdarzeniem jest spotkanie z terapeutami, podczas którego dowiadujemy się, że jednak nie jest tak różowo, jakby nam się wydawało. Bo mamy chyba z Dawidem ten problem, że w naszych oczach Ewa i Piotrek funkcjonują dużo lepiej, niż w rzeczywistości. A może po prostu w domu funkcjonują lepiej? A może to my funkcjonujemy społecznie gorzej, więc większość „deficytów” naszych dzieci nie jest deficytami wg naszej rodzinnej nomenklatury? No nie wiem. W każdym razie zawsze tak było – już od pierwszego spotkania diagnostycznego Ewy – że na rozmowę szłam raczej beztroska, a wychodziłam kompletnie przybita.

Piszę „ja”, a nie „my”, bo te spotkania to zazwyczaj jednak moja działka. Nie dlatego, że Dawid się nie angażuje – po prostu tych spotkań jest zdecydowanie za dużo, żebyśmy na każdym byli razem, zresztą, albo odbywają się w ciągu dnia (a więc jedzie to z nas, które ma bardziej elastyczny czas pracy – czyli ja), albo po południu (a więc ktoś musi w tym czasie ogarnąć stado). To ja nasiąkam więc relacjami terapeutów i wychowawców, a później odcedzam to co istotne i przekazuję Dawidowi.

Jeśli spotkanie było dla mnie wyjątkowo przygnębiające, to często muszę najpierw sama przetrawić pewne rzeczy, zanim jestem w stanie o tym porozmawiać. Bo relacjonowanie tych wszystkich nie-do-końca-przyjemnych rzeczy jest pewnie równie trudne, co ich słuchanie.

Ale załóżmy, że rozmawiam z Dawidem od razu i w zasadzie na działanie tego „impulsu zewnętrznego” jesteśmy wystawieni równocześnie. Zdaję relację i przedstawiam krótko zaproponowane możliwości dalszych działań.

To jest dzień pierwszy.

Drugiego w zasadzie w ogóle na ten temat nie rozmawiamy. Ja dużo rozmyślam, analizuję, ale przede wszystkim najpierw staram się jakoś pogodzić z wszystkim tym, co usłyszałam, a także przetrawić wszelkie możliwe opcje dalszych działań.

Nie wiem, jaki jest proces Dawida – może, tak jak ja, myśli o tym dużo. Może nie myśli prawie wcale. Trudno powiedzieć. Wiem tylko tyle, że przez jakiś oboje nie poruszamy tego tematu.

Trzeciego dnia któreś z nas zagaja rozmowę. Raz jeszcze dyskutujemy to, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Już na spokojnie. Zastanawiamy się nad rozwiązaniami. Omawiamy wszystkie „za” i „przeciw”. Planujemy konkretne działania.

Przechodzimy do ofensywy.

Później już tylko utwierdzamy się w słuszności naszej decyzji, wymyślając coraz to nowe plusy wybranego rozwiązania.

Teraz było podobnie.

Zaczęło się od rozmów z Ciociami ze Żłobka i z P. Mają (psycholożką Ewy i Piotrka). To był ten impuls, który pozwolił nam spojrzeć na Piotrka z zewnątrz i dojść do wniosku, że być może poza domem nie jest jednak tak różowo jak nam się wydaje, a różnice pomiędzy nim a jego rówieśnikami są z miesiąca na miesiąc coraz bardziej widoczne. P. Maja zasugerowała zwiększenie liczby godzin terapii indywidualnej poprzez przeniesienie Piotrka do przedszkola terapeutycznego. Zwiększenie terapii w formie, którą ma teraz (w postaci zajęć dodatkowych, poza żłobkiem), jest niestety bardzo trudne: po pierwsze to jest męczące dla Piotrka (bo zajęcia mogą być głównie po południu), a po drugie to jest obciążające dla nas – logistycznie (dużo jeżdżenia) i finansowo (płacimy za żłobek + za prywatną terapię).

A zatem po dwóch dniach trawienia tych wszystkich informacji – podjęliśmy decyzję, że Piotrek od marca przeniesie się do przedszkola terapeutycznego. Trochę nam to utrudni życie – bo przedszkole jest czynne tylko przez 5h – no ale co zrobić 🙂

Byle do wiosny! 🙂


PS. Moje „wystąpienia” można obejrzeć tutaj:

Noc Belfrów

Live z Plan Daltoński

Przezorny zawsze ubezpieczony

Przezorny zawsze ubezpieczony

– A co trzeba zrobić, jak nas goni waran? – woła z drugiego pokoju Ewa.

Pytania Ewy potrafią potrafią nieźle zaskoczyć człowieka – szczególnie, gdy ów człowiek siedzi sobie spokojnie na kanapie i o godzinie 22, po całym męczącym dniu, ma siłę tylko na jakiś głupi serial ma Netflixie.

Odrywamy się z Dawidem od swoich ekranów (bo każde z nas ogląda coś innego) i patrzymy po sobie.

– Że co?? – odkrzykuje jej Dawid.

– Co zrobić, kiedy goni waran??

Temat przyrodniczy – myślę sobie – nie moja działka. Uff.

– Uciekać! – odpowiada Dawid – Warany nie biegają za szybko. No ewentualnie wejść na drzewo!

A może, po prostu, nie wybierać się na Komodo, czy gdzie tam warany żyją?

Coś mi jednak nie pasuje, więc googlam tego warana.

– Ty – zagaduję Dawida, na tyle jednak cicho, żeby Ewa przypadkiem nie usłyszała, bo kto wie, co sobie po tym wkręci – ale tu piszą, że waran z Komodo biega z prędkością 20 km/h.

– No.

– No!

Patrzymy na siebie. 20 km/h to 10 km w pół godziny. To mniej więcej tyle, ile biega Dawid, ale zdecydowanie więcej, niż biegamy my. Widzę, że Dawid prowadzi w głowie te same kalkulacje i dochodzi do identycznych wniosków.

– No – uśmiecha się przebiegle – ja ucieknę…

🙂

(Później wyczytałam też, że niektóre z waranowatych żyją prawie wyłącznie na drzewach. Super, po prostu super, oni pouciekają, a mnie zostawią jako przekąskę dla jaszczurów!)

Źródło: internet
Hamlet

Hamlet

Leniwe popołudnie. Ewa kica i coś tam do siebie gada, ja robię sobie herbatę, chłopaków jeszcze nie ma (jeden w żłobku, drugi w pracy). Z głośników leci Radio Nowy Świat, w którym za chwilę ma się rozpocząć audycja dotycząca szczepień – wybrzmiewa więc dżingiel z tekstem: „szczepić się czy nie szczepić…”.

Ewa przystaje i stwierdza: „O, nowy hamletowy tekst…

Myślę sobie: no, bystre mam dziecko! Cytat z Hamleta kojarzy i jeszcze potrafi rozpoznać jego parafrazę, super!

Po czym dziecko dodaje: „…ale mój ulubiony to jednak: sikać czy nie sikać!

Zagadka dla Czytelników

Zagadka dla Czytelników

Co w piotrkowym słowniku oznaczają słowa (rzeczowniki):

❓pipapaj
❓mociocio
❓bambam

Kto zgadnie? 😃

[2021-01-09]

Uwaga uwaga! Spieszę poinformować, że… nikt nie wygrał! Piotrek mówi takim językiem, że nawet najwięksi znawcy nie są w stanie poradzić sobie z jego zrozumieniem. Ale czego by się spodziewać po człowieku, który „Piotrek” zmienił w „Ciri”? 🙂Podaję zatem odpowiedzi:


🎅 pipapaj to Mikołaj (nasz wisiał na choince)

✈️ mociocio to samolot

☃️ bambam to bałwan (też ozdoba z choinki, bo gdzie indziej w tym roku Piotrek mógł spotkać bałwana)

Prawda, że oczywiste? 😂

Soccer mom

Soccer mom

Cisza na blogu mogłaby oznaczać, że nie mam o czym pisać. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie – tematów do opisania jest aż za dużo. Myśli krążą po głowie, wirują w oczekiwaniu, aż wreszcie którąś z nich złapię i sformułuję z niej gotowy wpis. Ale kiedy siadam wieczorem do komputera, jestem już tak zmęczona tą kotłowaniną, że rozplątywanie tego, co dzieje się w mojej głowie, wydaje mi się być arcytrudnym zadaniem. Kończy się więc na jakimś filmie o prostej fabule, który choć przez chwilę da mi odpocząć.

Poza tym grudzień… grudzień jest zawsze wyjątkowo męczący. Niezależnie od tego, jak wcześnie zaczynam operację „Gwiazdka” (w tym roku już w listopadzie), to ostatnie prezenty i tak pakuję w noc przed Wigilią. I to jest pewnie drugi powód, dla którego tak rzadko tu piszę – bo pisać mogę dopiero wieczorami, a te podzielone są precyzyjnie pomiędzy pracę, malowanie* i przygotowania do Świąt. Staram się je maksymalnie wydłużyć, działając wbrew swoim naturalnym instynktom i kładąc się jak najpóźniej, dużo później niż zwykle. Rano jestem więc potwornie niewyspana i do względnego pionu podnoszę się dopiero po zaserwowanej przez Syna kofeinie.

W skrzynce ciągle maile, na które powinnam odpowiedzieć. W pracy – klęska urodzaju, bo to koniec roku, więc co chwilę ktoś dzwoni. Na maile pracowe trzeba odpowiadać szybko, więc odpisuję, nawet jeśli stoję akurat w kolejce do żłobka. Jeśli nie odpowiem od razu, to jest spora szansa, że wiadomość z maila wpadnie w wir myśli w mojej głowie i przypomnę sobie o niej dopiero kilka dni później, obudziwszy się w środku nocy z nagłym olśnieniem, że miałam na tego maila odpowiedzieć.

Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że to żonglowanie spotkaniami, terminami i zadaniami idzie mi na tyle dobrze, że udaje mi się przynajmniej nie zapomnieć o żadnym spotkaniu. Głównie dlatego, że już dawno nauczyłam się skrupulatnie wszystko zapisywać w kalendarzu. Bez moich notatek jestem nikim.

Psychiatra Piotrka (z Piotrkiem). Psychiatra Ewy (bez Ewy). Obserwacja Piotrka – u Psychologa. Druga obserwacja Piotrka – ale w terminie zajęć Ewy. Zajęcia Ewy – w innym terminie. Obserwacja SI (z Piotrkiem). Psychiatra Ewy (z Ewą). Dentysta Ewy. TUS Ewy. Logopedia Piotrka. WWR… Piotrka? Psycholog Ewy. Spotkanie w szkole. Odwołane najpierw przeze mnie (Ewa chyba łapie jelitówkę), później przez szkołę (na szczęście, bo nie wyrabiam z pracą). Omówienie diagnozy SI Piotrka (bez Piotrka)…

Dwa dni przed Świętami jadę na ostatnie spotkanie. Obliczony co do minuty harmonogram popołudnia obsuwa się, kiedy Dawid natrafia na zbyt długą kolejkę pod żłobkiem i odebranie Piotrka zajmuje mu więcej czasu niż zaplanowałam. Mijam ich więc w drzwiach i biegnę do samochodu. Siłą woli zmuszam się do spokojnej jazdy – jest ciemno, leje deszcz, a ja muszę w godzinach szczytu przejechać z Bielan na Wolę, najlepiej w jednym kawałku. Puszczam radio i uspokaja mnie audycja W. Manna, sama jej końcówka z Dave’m Alvinem i świąteczne piosenki The Tractors. Deszcz i światła innych aut powoli zmieniają się w magiczne, bajkowe tło.

Pół godziny później wbiegam do gabinetu psychiatry. Spóźniam się raptem dziesięć minut, za co oczywiście wylewnie przepraszam, ale mam wrażenie, że moje tłumaczenia nie spotykają się ze zbytnim zrozumieniem. Przypominam, po co przyszłam („Po diagnozę syna, wspominałam o tym w mailu...”), siadam na krzesełku i czekam, aż lekarka wypisze dokumenty, które niebawem będę musiała spakować w wielką paczkę razem z innymi pieczołowicie kolekcjonowanymi przez ostatni miesiąc papierami, a potem wysłać do pewnego bardzo ważnego urzędu przy ul. Andersa. I wtedy dopada mnie myśl: „Dlaczego znowu tu jestem? Nie tak miało być.”

Patrzę przez wielkie okno na zalaną deszczem, zatłoczoną ulicę Towarową. Kiedy zmieniłam się w soccer mom**? Kiedy moim głównym zajęciem stało się wożenie gdzieś dzieci, ogarnianie ich spraw i podporządkowywanie temu całego dnia? I żeby jeszcze chodziło o piłkę nożną czy balet, ale nie, ja jestem jakąś pokręconą soccer mom, która wozi dzieci po terapiach i psychiatrach… Nawet SUVa mam, bardziej stereotypowo już chyba być nie może.

O tej porze kiedyś siedziałam jeszcze w pracy. W sukience, szpilkach i pełnym makijażu.

Czy ja jeszcze w ogóle potrafię chodzić w szpilkach…?

Pół godziny później jestem już w domu. Od progu wita mnie radosne „Mama!”, po czym jestem sadzana na kanapie w celu odbycia popołudniowej sesji głaskania i przytulasków. Dawid stawia koło mnie kubek gorącej herbaty. Tu jest moje miejsce. Zaczynają się Święta.

Jestem szczęśliwa.

*) Na początku jesiennego lockdownu zamówiłam sobie obraz do samodzielnego pomalowania wg numerków. „Gwiaździstą Noc” Van Gogha („Według Neila deGrasse Tysona to nie noc, ale moment zaraz przed brzaskiem – przynajmniej na to wskazuje ułożenie ciał niebieskich na niebie” – powiedziałby teraz mój Mąż). Nie doceniłam tej formy rozrywki – nie wiedziałam, że zajmie mi to aż tak dużo czasu (jeszcze nie skończyłam) i że tak fantastycznie to uspokaja. Żeby trafić w te malutkie pola trzeba bardzo się skupić, uspokoić oddech, wyciszyć. Świetna sprawa 🙂

**) Soccer mom – określenie odnosi się do białej, zamężnej kobiety z amerykańskiej klasy średniej, mieszkającej na przedmieściach i poruszającej się SUVem lub minivanem, która większość dnia spędza na wożeniu swoich dzieci na dodatkowe zajęcia, głównie sportowe. Obecnie ma wydźwięk raczej pejoratywny.

O mówieniu

O mówieniu

Z mówieniem Piotrka to jest tak: zawsze mówił dużo, ale w kompletnie niezrozumiałym przez nas języku.

Z czasem dało się z tego wyodrębnić pojedyncze słowa. Jednym z pierwszych i do dzisiaj niezmiennych było wspominane już tutaj ama (kabanos). Później pojawiały się kolejne. Przełomem okazało się nauczenie go wyrażenia daj. Bo po daj można umieścić całą masę rzeczowników! A więc było daj ama, daj siesie (serek), daj auto – a my wiedzieliśmy, że ten zlepek dziwnych dźwięków po daj to określenie jakiegoś przedmiotu. Wkrótce pojawiło się też moje – Piotrek mógł więc zamanifestować swoją chęć posiadania. Moje auto, moje pibi (pingwin), moje mama (kierowane zazwyczaj do chcącego mnie przytulić Dawida ;)).

Z imionami i nazwami osób sprawa jest już bardziej skomplikowana. Wprawdzie mama, tata i Ala/Aja/Lala (Ewa) używał od zawsze, ale już babcia/dziadek/ciocia – niekoniecznie. Jednocześnie bez zająknięcia potrafi wymienić imiona wszystkich piesków z Psiego Patrolu. Najdziwniejsze jest jednak to, że nie wypowiadał w ogóle swojego imienia. Najpierw myślałam, że Piotrek jest dla niego po prostu za trudne do wypowiedzenia (skoro taką Ewę przerobił na Alę). Później zaczęłam się nakręcać. „A może on jest pozbawiony samoświadomości? Może nie wie, że istnieje?” myślałam. „Może to jest objaw jakiegoś głębokiego zaburzenia psychicznego?”. Przed wertowaniem w tym kierunku internetu powstrzymał mnie tylko kompletny brak czasu.

Jakieś dwa tygodnie temu zrozumiałam, w czym problem. Otóż, moi drodzy czytelnicy, problem tkwi w mało domyślnych rodzicach, którzy przez prawie trzy lata nie zorientowali się, że Piotrek to po piotrkowemu Ciere/Ciri

Niepokój

Niepokój

Najpierw zakrada się powoli, z najdalszych zakątków podświadomości. Pojawia się pod postacią ulotnego wrażenia, po czym znika, jeszcze zanim zdążymy sobie go uświadomić. Ale wraca, często wtedy, kiedy zupełnie się go nie spodziewamy.

Na tym etapie jesteśmy pewni, że nie ma żadnego problemu. Przecież rozmawialiśmy ze specjalistami – stwierdzili, że wszystko jest ok, a więc WSZYSTKO JEST OK. Mózg dostrzega tylko to, co pasuje do jego przekonań, ignoruje natomiast wszelkie odchyły od normy. W psychologii nazywane jest to zgrabnie efektem potwierdzenia.

Ale dziwne wrażenie powraca coraz częściej. Zaczyna uwierać. Coraz częściej mamy świadomość, że COŚ jest nie tak, chociaż nie do końca wiemy, co.

Później, gdy te niepokojące myśli zaczynają się krystalizować, rozpoczyna się racjonalizowanie.

On ciągle nie mówi.

No ale chłopcy często zaczynają mówić później. (Ha! ileż razy wyśmiewałam to tłumaczenie!) Dawid długo nie mówił, zaczął dopiero w przedszkolu.

Słabo komunikuje. Jak chce coś z lodówki, to idzie do lodówki, zamiast podejść do któregoś z nas.

Ale zasadniczo komunikuje dobrze. Przecież jak czegoś chce, to przychodzi. Nie mamy problemów z aferami nie wiadomo o co, jak to było u Ewy.

Słabo patrzy w oczy, jak próbuje coś mówić.

Ale patrzył w oczy, jak miał kilka miesięcy. Łapał spojrzenie z drugiego końca pokoju. Zupełnie inaczej niż Ewa. Ona tak nie robiła.

Słabo reaguje na imię.

Może bunt dwulatka? Trzylatka? Może to problem ze słuchem, ta woskowina, która ciągle się pojawia w uszach?

Słuch ma dobry, robiliśmy badania.

Ale robiliśmy je zaraz po czyszczeniu uszu. A może to jakiś problem z przetwarzaniem słuchowym? Albo z nadwrażliwością na dźwięki?

Panie w żłobku mówią, że czasem się izoluje od grupy, wyłącza, nie skupia na wspólnej zabawie.

Może to też jakiś rodzaj nadwrażliwości sensorycznej? Może dlatego, że jest najmłodszy w grupie?

Ale grupy się zmieniają, najstarsze dzieci idą do przedszkola, on zostaje z młodszymi dziećmi. I ciągle bywa, że się izoluje.

Nadwrażliwość na dźwięki. Na bank. Zrobimy diagnozę SI.

Panie mówią, że słabo bawi się z innymi dziećmi. Zresztą, w domu też zauważyliśmy, że raczej nie zwraca się z niczym do Ewy.

To był nasz błąd wychowawczy. Pozwalając Ewie uciekać od nagabującego ją brata, sprawiliśmy, że brat nauczył się jej nie zaczepiać. I teraz ignorują się nawzajem.

Musimy przyzwyczaić się do myśli, że jego mowa jest opóźniona. W wieku ponad dwóch lat nie buduje w zasadzie zdań, poza najprostszymi typu: „mama daj!”. Chcemy rozpocząć terapię, złożyć podanie o Wczesne Wspomaganie Rozwoju, no ale pandemia (edycja wiosenna), więc czekamy z obserwacjami do maja. Spotkania są dwa, oba diametralnie różne. Na jednym Piotrek kompletnie ignoruje Panią Psycholog, zwraca się tylko do mnie. Na drugie spotkanie idzie z Piotrkiem Dawid, do Pani Psycholog dołącza jej Wspólniczka. Jest dużo lepiej. Opóźnienie rozwoju mowy jest oczywiste. Czy coś jeszcze? „Na podstawie tych obserwacji nie możemy ani potwierdzić, ani zaprzeczyć”.

Umawiamy się na diagnozę logopedyczną. Żłobek przygotowuje nam opinie psychologiczne. Zaczynają się powoli wakacje, więc wszystko trochę trwa. Składam dokumenty do Poradni. Później wyjeżdżamy. Remontujemy pokój dzieciaków. Na chwilę zapominamy, choć tak naprawdę nie do końca.

Poradnia tym razem nie chce wydać orzeczenia bez obserwacji. Termin ma być zaraz po wakacjach, ale ostatecznie spotykamy się dopiero na początku października. Panie są trzy. Zachwycają się Piotrkiem, tym, że jest bystry, że świetnie układa puzzle i że ma piękne oczy. Jednocześnie zauważają, że nie patrzy tymi swoimi pięknymi oczami tam, gdzie powinien. Że komunikacja jest bardzo słaba. Że opóźnienie rozwoju mowy, owszem, jest, ale żebyśmy jednak poszli do psychiatry i przynieśli diagnozę o Całościowych Zaburzeniach Rozwojowych.

Umawiamy się do psychiatry. Dostajemy kontakt z PPP i mamy szczęście, bo wizytę mamy ledwie tydzień później. Z wizyty wychodzimy z diagnozą „autyzm atypowy” – tylko definitywna diagnoza daje nam możliwość bezproblemowego otrzymania WWR i orzeczenia o kształceniu specjalnym.

Dziwne, uwierające wrażenie, że coś jest nie tak, ciągle jednak pozostaje. Gdy dostaliśmy diagnozę Ewy miałam poczucie, że ta diagnoza jest trafna. W przypadku Piotra – nie wiem. Lubię konkrety, lubię, jak pasują mi wszystkie puzzle, a tutaj mi cały czas coś nie pasuje. A może nie potrafię przyzwyczaić się do myśli o kolejnym autyście w domu, bo Piotrek zawsze funkcjonował „bardziej neurotypowo” od Ewy? Ale co jeśli to tylko taka zmyłka, co jeżeli to jest tylko figiel mojego umysłu, który porównuje wszystko do Ewy i jako „autystyczne” klasyfikuje tylko to, co jest od niej „bardziej”, a tymczasem punkt odcięcia leży zupełnie gdzie indziej? A może to nasza wina? Może to my jako rodzina jesteśmy za bardzo „autystyczni”, a on po prostu przejmuje od nas te cechy? Może u niego to nie kwestia genotypu, ale raczej fenotypu?

Nie wiem.

Póki co – dla świętego spokoju – trzeba go po prostu zacząć traktować jak autystę. Wdrożyć terapię. Zorganizować WWR, później przedszkole. Nie zastanawiać się nad tym, jak jest „naprawdę” i co jest przyczyną. Patrzeć w przyszłość. Bo przecież nic się w sumie nie zmieniło. Wciąż mam syna o przepięknych oczach i najbardziej uroczym uśmiechu pod słońcem 🙂

Czyste pieniądze

Czyste pieniądze

Ewa czyta książkę o pieniądzach (podarowaną przez Ciocię Jolę).

– A wiesz, kiedyś na Fidżi jako pieniędzy używali zębów wielorybów… – zagaja i zamyśla się na chwilę – pewnie mieli też jakąś specjalną pastę do zębów dla wielorybów, żeby nikt ich nie posądził o robienie brudnych interesów!

#takbyło 🙂