Zwierzaczki-Uspokajaczki

Zwierzaczki-Uspokajaczki

Jakby ktoś potrzebował, to zrobiłam dzisiaj nowe Zwierzaczki-Uspokajaczki – w sam raz na nowy rok szkolny:)

Poprzednie (dla przypomnienia):

Instrukcja:

  1. Wydrukować w jakimś punkcie foto, np. w formacie 10×15 (w sumie trzy zdjęcia)
  2. Pociąć
  3. Zalaminować
  4. Znowu pociąć
  5. Wydłubać w każdym dziurkę (np. w lewym górnym rogu) – można dziurkaczem, my (w sensie Dawid) zrobiliśmy wiertarką 
  6. Ułożyć (na wydrukach jest nieco pomieszana kolejność, szczególnie pod koniec:))
  7. Spiąć kółkiem do kluczy
  8. Przyczepić gdzieś w dostępnym miejscu – Ewa ma to przyczepione do zamka przy plecaku
  9. Uspokajać się! ❤

Jak wychować geeka :)

Jak wychować geeka :)

1/ Kupuj dużo książek. Duuuużo książek. Jak przestaną Ci się mieścić w pokoju Przyszłego-Geeka – przeprowadź te książki do salonu. Jak tam przestaną się mieścić – zainwestuj w więcej półek. Jak zabraknie Ci miejsca na ścianach – naucz Przyszłego-Geeka korzystać z czytnika.

Książki nie powinny być fabularne, co to to nie! Kupuj encyklopedie. Leksykony. Wszystkie książki, które sprawiają wrażenie wyjątkowo nudnych.

Podpowiedź: takie książki można znaleźć często na wyprzedażach w różnego rodzaju marketach. Dlatego w czasie zakupów dokładnie sprawdzaj kosze z makulaturą, której nikt nie chciał kupić!

Ostatnie znalezisko Dawida (źródło: Biedrona) 🙂

W ramach relaksu możesz podrzucić Przyszłemu-Geekowi jakiegoś filozofa. Wersję z obrazkami, niech ma!

A to w sumie też zakup Dawida 🙂 )

2/ W ramach wakacyjnego relaksu – zapisz Przyszłego-Geeka na tygodniowy kurs programowania. A później daj się namówić (łaskawie) na zapisanie na kolejny kurs. Zakup wszystkie możliwe podręczniki dotyczące ulubionej gry i programowania w tej grze. Wysłuchuj podekscytowanych okrzyków: „nie mogę się doczekać kolejnej aktualizacji Minecrafta!”. Popełnij błąd zadając pytanie: „a co było w poprzednich aktualizacjach?”, po którym zostaniesz zmuszona/zmuszony do wysłuchania SZCZEGÓŁOWEGO raportu na ten temat (na swoje usprawiedliwienie muszę dodać, że takie pytanie zadałam lekko już przysypiając po całym męczącym dniu. Czy zasnęłam w trakcie odpowiedzi? Być może… :D)

Zupełnie przypadkowo pozwól Przyszłemu-Geekowi siąść przy swoim biurku i podłączyć się do Twojego dodatkowego monitora. Patrz zazdrośnie, jak rozkłada się ze swoimi wszystkimi okienkami na Twoim miejscu pracy 😉

3/ Absolutnie zapomnij o kupowaniu dziecku zwykłych t-shirtów. Kojarzysz Sheldona Coopera z Teorii Wielkiego Podrywu?

No to pewnie wiesz, że t-shirt musi mieć nadruk. Najlepiej z jakimś śmiesznym tekstem albo postacią z komiksu. Dopuszczalne są też tematy naukowe oraz słodkie zwierzaki robiące/mówiące coś śmiesznego. Wyrób sobie odruch skanowania sklepów w poszukiwaniu koszulek z ulubionymi postaciami swojego dziecka, bo możesz być pewna/pewny, że jak przyjdzie do wymiany garderoby na rozmiar większą, to akurat w sklepach nie będzie ANI JEDNEJ koszulki z Pokemonami albo postaciami z Gwiezdnych Wojen. Pamiętaj jednak, że preferencje odnośnie nadruków zmieniają się cały czas, więc nie rób zbyt dużych zapasów, bo może się okazać, że Pikachu w rozmiarze 134 był super, ale w rozmiarze 140 to już niekoniecznie. I zostaniesz z tymi Pikaczami niczym Himilsbach z angielskim.

Jakby ktoś potrzebował Pokemonów… 😉

Odpowiedzią na Twoje koszulkowe problemy mogą być też serwisy robiące koszulki na zamówienie. Będziesz mogła/mógł spełnić każde (dziwne) koszulkowe pragnienie swojego dziecka (w stylu mash-up Calvina i Hobbesa z Molangiem i Piu Piu).

4/ A jeśli już jesteśmy przy ubraniach, to możemy płynnie przejść do przebrań. A w zasadzie cosplay’u. Przyszły-geek chce się przebierać? Świetnie! Uszyj/kup mu strój ulubionego pokemona/smoka/postaci z kreskówki. Zainwestuj w maszynę do szycia, której zasadniczo nie umiesz obsługiwać, ale która czasami (średnio raz na rok) Ci się przydaje w celu przeszycia czegoś najprostszym ściegiem po linii prostej. Zamów replikę miecza świetlnego, który stanie się nieodłączną częścią stylizacji „na rycerza Jedi” Twojego młodszego dziecka, które właśnie wkręciło się w oglądanie Lego Star Wars. Kup 2mb brązowego zamszu i 1mb piaskowego muślinu, żeby uszyć strój. W połowie szycia tuniki, zaniepokojona powtarzającymi się w kółko pytaniami dziecka brzmiącymi: „A gdzie maska?” ustal, że dziecku nie chodziło bynajmniej o stylizację na Obiego Wana Kenobiego (nazywanego zresztą „Obi Kałałonki”), ale na Dartha Vadera. Przeżyj lekką załamkę, ale ogarnij się na tyle szybko, żeby spędzić którąś z kolejnych nocy w poszukiwaniu tutoriala pod tytułem: „jak zrobić hełm Vadera”. Przeżyj kolejną załamkę, że nie dasz rady, po czym z ulgą przyjmij informację, że Mąż to przewidział i już zamówił maskę na Amazonie. Dla drugiego dziecka objedź kilka sklepów w poszukiwaniu odpowiedniego rozmiaru stroju Grogu, powtarzając sobie cały czas, że to i tak łatwiej niż samodzielnie ten strój uszyć (w końcu nie umiesz za bardzo szyć).

Piotrek na ostatnich zajęciach hipoterapii 🙂

Celebruj wszystkie bale przebierańców oraz Halloween. Regularnie kupuj bilety wstępu na targi fantastyki, na które zaprowadzisz Przyszłego-Geeka w pełnym przebraniu. Poczuj się głupio, bo przyszłaś/przyszedłeś w jeansach i zwykłej bluzie, a nie na przykład w stroju Wiedźmina albo Czarodziejki z Księżyca. Obiecaj sobie, że w kolejnym roku się poprawisz i wreszcie przygotujesz coś dla siebie 🙂 Obiecuj sobie tak co roku, ale nigdy nie miej czasu na zrobienie dodatkowego przebrania 🙂

(Najbliższe Warszawskie Targi Fantastyki już 10-11 września!)

I na koniec pamiętajcie:

„Bądźcie mili dla geeków, jest szansa, że skończycie pracując dla któregoś z nich”

Bill Gates

🙂

Nie miała baba kłopotu – część 2

Nie miała baba kłopotu – część 2

Od kilku ładnych lat Ewa męczyła nas o zwierzaczka. Wymarzonym zwierzaczkiem był kot – ale ja jestem na koty uczulona, więc przez jakiś czas po prostu kończyliśmy wszystkie dyskusje prostym „ale mama jest uczulona”. Ale marzenia o kotku nie ustawały. „Kiedyś będę miała dom i kupię sobie kociaczka” albo „zostanę naukowczynią i wynajdę lek na alergię” (super!). W pewnym momencie doszliśmy jednak do wniosku, że być może zwierzak w domu nie jest takim złym pomysłem. I jako, że ja jestem charakterologicznie bardziej kompatybilna z kotami, to postanowiłam raz jeszcze porządnie się przebadać i porozmawiać z alergologiem – a nuż w ciągu ostatnich lat coś się diametralnie zmieniło i jest dla mnie jakaś szansa na posiadanie kota?

Alergolog powiedział mi, że mam o kocie zapomnieć, bo nawet najmniej alergizująca rasa mnie wykończy 🙂

Tak więc wróciliśmy do punktu wyjścia. Rozległe analizy dotyczące różnego rodzaju zwierzaków i ich potencjalnie pozytywnego wpływu na dzieci (szczególnie na takie w spektrum) zaowocowały decyzją, że powinniśmy nabyć psa. Zdrowy rozsądek podpowiadał nam natomiast, że dobrze byłoby, gdyby pies był mały, spokojny, mało ruchliwy i mało uczulający. I żeby nie gubił sierści. Taki nieuczulający pieso-kot. Kanapowiec 🙂

Padło na maltańczyka.

Skoro więc podjęliśmy z Dawidem wstępną decyzję, trzeba jeszcze było przekonać Ewę do tej koncepcji. A w zasadzie zaimplementować jej w głowie poczucie, że małe puchate piesiaczki są równie urocze co małe puchate kociaczki.

Zaczęłam więc obserwować na instagramie ileś tam profili z maltańczykami. Momentalnie mój feed zapełnił się zdjęciami i filmikami z puchatymi pieskami, a słodycz aż tryskała z ekranu.

Kilka dni później Ewa (która w zasadzie jest jedynym użytkownikiem mojego konta na instagramie – w końcu skądś trzeba brać wszystkie poprawiające nastrój urocze filmiki) była już całkowicie przekonana o tym, że maltańczyki są PRZEUROCZE i w zasadzie skoro nie możemy mieć kota, to może taki maltańczyk?

Zażarło 🙂

W maju zaczęłam więc pisać do okolicznych hodowli (chciałabym tutaj napisać, że zrobiliśmy dobry uczynek i pojechaliśmy po pieska do schroniska – ale nie, wybór psa, przynajmniej z mojego punktu widzenia, był całkowicie skalkulowany i piesek po prostu miał mieć określone cechy i usposobienie). W jednej już od „progu” dostałam informację, że jeśli mam małe dzieci, to oni mi psa nie sprzedadzą, bo nie (na moje pytanie, jaka jest definicja „małego dziecka”, już nie otrzymałam odpowiedzi). W drugiej hodowli okazało się, że nie tylko nie mają problemu z posiadaniem przeze mnie dzieci, ale nawet dzieci w spektrum nie są czynnikiem wykluczającym. Przy czym prawda jest taka, że do autyzmu u Ewy i Piotrka to ja w ogóle nie chciałam się im przyznawać, ale w trakcie rozmowy okazało się, że Właścicielka też ma dziecko w spektrum 🙂 Można więc powiedzieć, że wiedziała na jakich cechach u pieska nam zależy i wybrała nam naprawdę najlepszego szczeniaka z tych, które się u niej urodziły 🙂

Od soboty jest więc z nami Kotaro*. Od niedzieli natomiast wiemy, że trochę nieświadomie sprawiliśmy sobie trzecie dziecko: sikające po kątach, z którym trzeba spać i które miewa lęki separacyjne 😀

*) Piesek dostał imię po pewnej sławnej w internetach wydrze (https://www.youtube.com/playlist?list=PL1GrhVtHbc9DczylDfKigFoYNTAU2DH_U). Kotaro (コタロー) – japońskie imię męskie, oznaczające m.in. „silny jak tygrys” 🙂

PS. Ewa odpaliła profil na instagramie o nazwie @kotaro_puchata_kuleczka – jakby ktoś potrzebował źródła endorfin:)

Nie miała baba kłopotu – część 1

Nie miała baba kłopotu – część 1

Korzystając z wyjazdu Ewy (wakacje u Babci O., potem u Dziadków J. i S.) postanowiliśmy zabrać się za odkładany długo (za długo!) temat spania Piotrka.

Nocne zwyczaje moich dzieci zasługują nawet nie na osobny wpis, ale wręcz serię wpisów. I byłaby to opowieść pełna zwrotów akcji, z wieloma bohaterami i licznymi przetasowaniami. Ale w dużym skrócie:

  • Na początku Ewa tylko spała. Na karmienie trzeba było ją wybudzać – i nie mówię tutaj o delikatnym smyraniu po policzkach, ale wręcz klepaniu po twarzy i szczypaniu w ucho (które to zabiegi znajdowały się pewnie niewiele przed interwencją opieki społecznej i zakładaniu nam niebieskiej karty). Na początku był to efekt wcześniactwa i żółtaczki poporodowej, ale zamiłowanie do spania pozostało u niej do chwili obecnej. Może więc nie była to kwestia wcześniactwa, ale raczej jedna z cech odziedziczonych po matce? 😉 W każdym razie jak już przeżyliśmy pierwsze 12 tygodni, kiedy to my nalegaliśmy na nocne budzenia, to dosyć szybko zaczęła przesypiać po 5-6h ciągiem i byliśmy zasadniczo raczej wyspanymi rodzicami:)
  • Kiedy Ewa miała może ze dwa lata, zaczęliśmy trenować samodzielne zasypianie. A więc czytanie książki, bajka, tulaski, a potem wyjście z pokoju. Trochę czasu i nerwu to zajęło, ale udało się dojść do etapu, kiedy wychodziliśmy po jakichś 15 minutach u niej i zasypiała już sama (przesypiając później całą noc). Były później czasami lekkie perturbacje (typu odpieluchowanie nocne), ale zasadniczo nie było źle.
  • W 2019 r. (Ewa miała 6 lat) nadszedł większy regres (spowodowany wg mnie zmianami w przedszkolu, do którego Ewa wtedy chodziła). Spanie się popsuło. Ewa przestała sama zasypiać, trzeba było leżeć z nią (jeśli próbowaliśmy wychodzić, to reagowała paniką, płaczem, wychodziła z pokoju, biegała co chwilę do łazienki). Czas zasypiania się wydłużał. Później zaczęła wymuszać, żeby ktoś z nią spał, co w praktyce kończyło się na spaniu u nas. Jeśli budziła się w nocy, to wstawała i przychodziła do nas.
  • W tak zwanym międzyczasie pojawił się Piotrek 🙂 On ze spaniem w nocy nie miał większych problemów (tak samo jak z budzeniem się o odpowiednich porach na jedzenie :)), z odpieluchowaniem nie miał większych problemów, ale jako, że zawsze mieszkał w tym samym pokoju co starsza siostra, nigdy nie zdecydowaliśmy się na trening samodzielnego zasypiania – zawsze któreś z nas czekało u niego aż do zaśnięcia. Spowodowane to było tym, że chcieliśmy maksymalnie skrócić czas jego zasypiania, żeby móc spokojnie położyć Ewę (która kładła się później niż Piotrek, ale jednak nie na tyle późno, żeby wytrzymać ze 2h walki o zasypianie).
  • Nocne spacery Ewy wywołały w pewnym momencie nocne spacery Piotrka. Tak jak wcześniej nie miał większych problemów z przespaniem całej nocy, tak od pewnego czasu zaczął budzić się w nocy razem z nią. A później niezależnie od niej. W sumie trudno powiedzieć, czy przyczyną było wstawanie Ewy albo w ogóle jej obecność – możliwe, że po prostu przebudzał się w nocy i nie widząc koło siebie któregoś z nas (a był do tej obecności przyzwyczajony w czasie zasypiania), postanawiał wstać i kogoś poszukać:)
  • Obecnie sytuacja wygląda tak, że staramy się znowu nauczyć Ewę samodzielnie zasypiać u siebie w pokoju. Nie trzeba już z nią leżeć do zaśnięcia. Jeden czy dwa dni w tygodniu może zasypiać w naszej sypialni. Ale nawet jeśli zasypia u siebie, to w środku nocy i tak wędruje do nas. Piotrek też wstaje, ale u nas spać absolutnie nie chce – trzeba położyć się u niego. Tak więc jedno z nas ląduje codziennie u Piotrka (najczęściej Dawid, bo ma lżejszy sen i chyba łatwiej go wyciągnąć w nocy z łóżka), a drugie zostaje w naszej sypialni i większość nocy śpi z Ewą. Czasem od razu kładziemy się osobno (jeśli idziemy spać na tyle późno, że

No ale wracając do dnia dzisiejszego – Ewa wyjechała na wakacje, więc teoretycznie nic nas nie ograniczało i mogliśmy zacząć przyzwyczajać Piotrka do nowego schematu. Oczywiście zanim się do tego zabraliśmy, to minęło już kilka dni jej nieobecności, jednak lepiej wcześniej niż później.

Pierwsze dwa wieczory poszły nam nadspodziewanie łatwo – chwila tulasków, potem „to ty tu śpij, mama już idzie”, i chłopak śpi. Co więcej – nie przyszedł do nas aż do rana (a my, po tylu latach, mieliśmy wreszcie sypialnię TYLKO DLA SIEBIE i to na CAŁĄ NOC 🙂 ).

W kolejnych dniach był tak zmordowany (chodził wtedy na półkolonie, które miały bardzo intensywny program, plus był wtedy potworny upał), że padał w zasadzie zaraz po położeniu się. Nie bardzo więc mogliśmy cokolwiek z nim trenować.

Po drodze zaczął pojawiać się jednak inny problem – Piotrek zaczął odmawiać kąpieli. Zmiana wieczornego schematu nie mogła być tutaj jedyną przyczyną, ponieważ pierwsze problemy z kąpielą pojawiły się już kilka dni wcześniej. Wtedy na wejście do wanny zdecydował się dopiero po tym, jak roztoczyliśmy przed nim wizję wspólnego wyjścia na basen z kolegą z przedszkola, tak zwanym „Lelonem”. Co ciekawe, wypad został zaplanowany głównie po to, żeby do basenu przekonać Leona, a Piotrek miał być tym, który pokaże, że włażenie do wody jest fajne 🙂 Leon do basenu się przekonał, a Piotrek od tego czasu już więcej do wanny ani pod prysznic nie wlazł:)

Później było coraz gorzej. Szantaż: „przed bajką musisz się wykąpać, jak nie to idziemy spać” nie wypalił – Piotrek dwa dni z rzędu stwierdził po prostu, że w takim razie idzie spać (gdzie wieczorna bajka to dla moich dzieci prawie świętość). Trzeciego dnia w ramach kąpieli zaliczyłam mu umycie stóp (!!!) gąbką. Czwartego byliśmy już naprawdę zdesperowani – Piotrek miał tego dnia wycieczkę do Kampinosu i ognisko – do domu wrócił szary od brudu. W ramach przekupstwa połączonego z odwracaniem uwagi włączyłam mu więc na telefonie bajkę i umyłam go całego mokrym ręcznikiem. Na środku łazienki, na stojąco, po kawałku, wycierając mu do sucha każdy ten kawałek zaraz po umyciu.

Te dni paniki na myśl o kąpieli idealnie nałożyły się na trening zasypiania, który rozpoczęliśmy. Myślałam sobie wtedy, że może nie można mieć wszystkiego: albo dziecko samo zasypia, albo jest czyste 😀 Zafascynowana wizją spania tylko we własnym łóżku przekonywałam się nawet, że to mycie Piotrka gąbką/ręcznikiem nie jest przecież takie złe…

Jednak po jakimś czasie najwyraźniej dotarło do Piotrka, że te nasze wyjścia, które on wcześniej uznał za wyjątek od reguły, to w zamyśle mają nową regułę stworzyć. I najwyraźniej bardzo mu się to nie spodobało, bo zaczął się temu opierać. Pewnego wieczoru po prostu się na mnie położył i w takiej pozycji zasnął, a kiedy próbowałam go z siebie zsunąć, to budził się spanikowany i łapał mnie znowu. Trwało to dłużej niż zwykle.

Aktualnie sytuacja wygląda więc tak: ciągle musimy leżeć z Piotrkiem aż zaśnie. Znowu budzi się w nocy i przychodzi, żeby się z nim położyć. Do domu wróciła Ewa, więc ona też wędruje (i marudzi, że musi się kłaść u siebie, bo przecież przez ostatnie tygodnie spała ciągle z kimś). No i – Piotrek ciągle nie chce się myć…

Przyczyny konfliktów międzypokoleniowych

Przyczyny konfliktów międzypokoleniowych

Tak ze 4 tygodnie temu Dawid przyszedł do domu z pudłem klocków. Oznajmił zadowolony, że kupił Piotrkowi prezent na Dzień Dziecka. Trochę mnie to zdziwiło – takie rzeczy raczej zamawiamy na ostatnią chwilę, online, a do tego to ja zazwyczaj jestem spiritus movens całej akcji – no ale co ja się tam będę dopytywać, szczególnie, że zarobiona byłam, więc każdy prezent mniej do kupienia był mi wyjątkowo na rękę.

Pudło leżało potem skitrane w jednej z moich szuflad z ubraniami. Leżało na tyle długo, a szuflada jest na tyle rzadko używana, że raz na jakiś czas zapominałam, że ono tam jest i szufladę otwierałam przy którymś z Potworów.

Po czym szybko zamykałam, żeby nie dojrzeli.

No ale Dzień Dziecka nadszedł, więc Piotrek mógł wreszcie zostać uroczyście obdarowany swoim prezentem.

Tutaj dodatkowa informacja dla niezorientowanych i tych, którzy mają problem z matematyką – Piotrek ma ledwo 4,5 roku 🙂

Prezent został wręczony, a ja zaczęłam podśmiewywać się z Dawida, że kupił klocki sobie, a nie dziecku, no bo kto uwierzy, że Piotrek sam je złoży.

– Nie, to dla Piotrka, promocja w Biedronie była, podejrzanie tanio, no i Piotrek lubi koparki.

To prawda, Piotrek koparki (i wszelkie inne pojazdy) wręcz uwielbia. Tak więc tłumaczenie miało nawet sens. Ja jednak wiem swoje! Wiem, bo sama kupiłabym to Lego i sama miałabym ochotę je złożyć. W końcu możliwość kupowania (i dostawania!) klocków Lego to jeden z ważniejszych powodów, dla których zdecydowaliśmy się na posiadanie dzieci 😀 (ale ciii, żeby się nie dowiedziały ;))

No więc całe środowe popołudnie składali ten zestaw. Przepraszam, Dawid składał 🙂 Wczoraj zabawy ciąg dalszy.

No, ale coś się w pewnym momencie zepsuło. I w koparce, i we wspólnej zabawie. Nie wiem, co było pierwotną przyczyną konfliktu, w pewnym jednak momencie mój Mąż usłyszał zdecydowany komunikat od syna:

– Tata, nie naprawij! Tata nie jest dobry w naprawianiu!

Ałć. Musiało boleć.

Potem było jeszcze o tym, że Mama jest lepsza w naprawianiu (ha!) i że tylko Mama może dotykać jego koparkę (ha ha!)

– To jest 8+, ty nie powinieneś tego dotykać! – nie wytrzymał Dawid.

A jednak… 😀

Gdzie matka nie może, tam córkę pośle

Gdzie matka nie może, tam córkę pośle

Jest jedna cecha, za którą podziwiam swoją córkę. To znaczy tych cech jest więcej, ale ta jedna jest wyjątkowa, bo ja jej kompletnie nie posiadam. A jeśli nie posiadam jakiejś umiejętności, to tym bardziej fascynuje mnie obserwowanie ludzi, którzy ją mają. Pewnie dlatego z niezmiennym zachwytem podziwiam mojego męża, który potrafi podciągać się na drążku, albo godzinami potrafię oglądać ludzi, którzy coś tam malują albo wyszywają ❤

Byliśmy w niedzielę na basenie. A dokładniej – w Wodnym Parku Warszawianka. Nazywają się szumnie „parkiem wodnym”, ale moje dzieci posiadają pewne rozeznanie w parkach wodnych (całkowitym wzorem jest aquapark w Redzie) i Warszawianka jest dla nich co najwyżej basenem z dodatkowymi atrakcjami 🙂 Niemniej jednak od nas do jakiegokolwiek parku wodnego jest kawałek, do Warszawianki również, więc pozwalamy sobie na to tylko w niektóre weekendy, kiedy droga zajmuje nam 20 minut, a nie godzinę w korkach.

W Warszawiance w weekendy rozkładają na sportowym basenie dmuchany tor przeszkód. I nie jakąś tam popierdółkę, ale porządną konstrukcję, z którą problemy miewają nawet całkiem spore chłopaki, a co dopiero taka patyczakowata dziewięciolatka. Do toru przeszkód zawsze ustawia się kolejka. Dzieciaki w wieku od ok. 6 lat do… w zasadzie do nie-dzieciaków. Najmłodsi mogą wziąć sobie kapoki, jeśli nie czują się pewnie – w końcu basen ma tam przeszło 2 metrów głębokości, a do wejścia na pierwszą przeszkodę trzeba przepłynąć z brzegu pewnie z 5 metrów.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam na żywo ten tor przeszkód w rzeczywistości (wcześniej Ewa wypatrzyła go na plakacie i bardzo napaliła się, żeby wypróbować), to byłam przekonana, że Ewa go nie przejdzie. I w zasadzie nie dlatego, że dmuchaniec był naprawdę wielki i widać było, że wcale nie tak łatwo go przejść (co potwierdzały kolejne „chlupnięcia” do wody), ale dlatego, że kolejka była pełna nastolatków i dorosłych, a wszyscy z uwagą śledzili poczynania kolejnych śmiałków na konstrukcji. Ja w takiej sytuacji odwróciłabym się na pięcie i poszła gdzie indziej. Tyle ludzi w kolejce, na miejscu Ewy zżarłaby mnie nieśmiałość, niepewność siebie, obawa, że zrobię z siebie pośmiewisko, że z hukiem wpadnę do basenu, ba, że nie przepłynę tych kilku metrów, żeby na dmuchańca wejść, a jeśli przepłynę, to się na niego nie wdrapię, że zrobię to za wolno, że mi nie wyjdzie…

Ewa po prostu stanęła w kolejce. Potem po prostu wskoczyła do wody i w swoim tempie dopłynęła do dmuchańca. Wdrapała się. Przeszła, chociaż nie było łatwo, ale przeszła. Przez niektóre przeszkody w zasadzie przepełzała powoli, ostrożnie, w ogóle niezrażona tym, że za nią tworzył się zator złożony głównie z nastolatków dwa razy od niej większych.

Nikt jej nie popędzał – nikt oprócz mnie. Bo ja widziałam ten zator i denerwowałam się, że zaraz ktoś zwróci jej uwagę, zacznie ją krytykować, zdemotywuje, zawstydzi. Ale nic takiego się nie stało. Te fragmenty, które sprawiały jej trudność, przepełzała zawsze powolutku, totalnie obojętna na to, że ktoś inny może mieć jej to za złe. Totalnie skupiona na sobie i swojej przeszkodzie. Pewna siebie.

Za każdym razem, kiedy jesteśmy na Warszawiance i jest akurat tor przeszkód, to Ewa podchodzi do niego minimum kilka razy. Nie zawsze udawało jej się przejść – czasem lądowała w wodzie. Ale nigdy jej to nie zdemotywowało.

W ostatnią niedzielę tor przeszkód był wyjątkowo trudny. Zaczynał się bardzo stromym podejściem, które wszystkim sprawiało trudność. Ewa najpierw poszła tam z Dawidem. Sama się nie wdrapała, ale podsadził ją Dawid (który później sam miał problem z wejściem). Później poszłyśmy we dwie. Ja na konstrukcję nie wchodziłam (nie ma mowy!), Ewa szła sama. Nie udało jej się podejść, zsunęła się na dół. Po kilku próbach spasowała, wskoczyła do wody i zaczęła płynąć wzdłuż konstrukcji, żeby wdrapać się dalej. Ale tam też jej się nie udało.

W tym momencie byłam pewna, że zrezygnuje, wróci na brzeg. Ale nie. Podpłynęła raz jeszcze, wystartowała jeszcze raz. Spróbowała dwa razy, potem trzeci, już inną techniką (podpatrzoną wcześniej u kogoś innego). I udało jej się! Byłam pod ogromnym wrażeniem – nie tylko tego, że jej się udało, ale że nie zrezygnowała po pierwszych niepowodzeniach.

Jestem dumna ❤

Poezja

Poezja

Ewa ćwiczy wiersz, którego miała nauczyć się na pamięć przez ferie.

Podsumowaniem naszych odczuć odnośnie performance’u naszej córki jest poniższa parafraza utworów Ludwika Jerzego Kerna i Juliusza Słowackiego:

Przy śniegu w każdym kolorze

i odpowiednich słów niedoborze,

smutno mi, Boże

Agata i Dawid M., luty 2022 r. (ze szczególną dedykacją dla p. Ewy, wychowawczyni Ewy ;))

PS. Stęskniłam się za blogiem 🙂

Tęcza

Tęcza

Jakoś nie mogę ostatnio przestać o tym myśleć. Pewnie dlatego, że jest czerwiec, miesiąc dumy, więc temat wałkowany jest wkoło na przeróżne sposoby. Ale moje myślenie zaczęło się wcześniej. Od tych wszystkich raportów związanych z kondycją psychiczną dzieci w pandemii. Od bilbordów Szarosen. Od informacji o ataku pewnej sędzi na transpłciową dziewczynkę.

Jestem w tym wieku – a może raczej „jestem na tym etapie życia” – że moje współodczuwanie nie polega już na: „a co gdybym ja była w takiej sytuacji i ktoś mnie tak potraktował?”, ale na: „a gdyby to dotyczyło mojego dziecka?”. Odkąd przeczytałam linkowane tu już przeze mnie badania, z których wynika, że ponad połowa osób w spektrum jest nieheteroseksualna, to uczucie stało się jeszcze silniejsze. W końcu mam dwójkę dzieci z autyzmem.

Czytam posty, reportaże (np. ten o transpłciowej Milo), słucham audycji radiowych. Czy wiecie, że tylko nieco ponad połowa rodziców wie o nieheteronormatywnej orientacji swojego dziecka, a większość z tych, którzy wiedzą, tego nie akceptuje? Czy wiecie, że prawie połowa młodzieży szkolnej LGBTQ+ ma objawy depresji, a prawie 70% ma myśli samobójcze?

Nie chcę, żeby moje dzieci kiedykolwiek musiały tak cierpieć.

Nie chcę być przyczyną ich cierpienia.

Kiedyś natknęłam się na to zdjęcie. Zamieścił je na Facebooku facet, który poszedł na paradę w Pittsburgu, ubrany w koszulkę z napisem „Free Dad Hugs” („Darmowe Ojcowskie Uściski”). Był razem z grupą znajomych, ubranych w podobne koszulki. Rozdali setki takich rodzicielskich uścisków. Napisał między innymi: „Wyobraźcie sobie, rodzice. Wyobraźcie sobie, że Wasze dziecko czuje się AŻ TAK PRZEZ WAS OPUSZCZONE, że zatapia się w uścisku kompletnie obcej osoby i szlocha bez końca, tylko dlatego, że ta osoba ma na sobie koszulkę oferującą darmowe ojcowskie uściski. Pomyślcie o rozmiarach ich bólu. Wyobraźcie sobie, jak głębokie muszą być ich rany. Proszę, nie bądźcie rodzicami dziecka, które musi nosić w sobie ten ciężar. Spotkałem dzisiaj ZDECYDOWANIE za dużo tych dzieci, w każdym wieku.”

(znowu płaczę, za każdym razem płaczę, jak widzę to zdjęcie)

Nie chcę, żeby ktoś inny musiał przytulać moje dzieci, bo ja nie chcę lub nie potrafię…

Kiedyś, dawno temu, wydawało mi się, że kwestia tolerancji osób LGBTQ+ nie dotyczy mnie jakoś bezpośrednio. Nie jestem osobą LGBTQ+, sama staram się być tolerancyjna, więc co jeszcze mogłabym w tym zakresie zrobić? Owszem, pacyfikowałam jawnie homofobiczne teksty, które ktoś przy mnie wypowiadał, ale dopóki gdzieś w otoczeniu nie pojawił się ten temat, to nie miałam potrzeby demonstrowania swoich poglądów czy sympatii. Zdawałam sobie sprawę, że temat może stać się bardziej „mój” dopiero wtedy, kiedy ktoś z moich najbliższych okaże się osobą LGBTQ+. I wtedy kluczowym będzie to, jak ja na taką informację zareaguję i czy będę odpowiednio wspierająca.

Dopiero jakiś czas temu zaczęło w pełni do mnie docierać: nie można czekać z okazywaniem sympatii do momentu spotkania z osobą, o której wiemy, że jest LGBTQ+. Nie można czekać, bo pewnie wiele takich osób już się spotkało, a one po prostu nie wiedziały, że mogły na taką sympatię od nas liczyć.

A co, jeśli tymi osobami były nasze własne dzieci? Albo wnuki? Rodzeństwo?

Wyobraźcie sobie, że Wasze dziecko jest osobą LGBTQ+ (nawet jeśli wiecie, że nie jest, spróbujcie, proszę). I zróbcie rachunek sumienia: czy powiedzieliście kiedyś coś, co mogło je – jako osoby LGBTQ+ – obrazić? Zasmucić? Co mogło sprawić, że poczuły się przez Was odrzucone? Może nawet zagrożone? Nie musieliście mówić bezpośrednio do nich, wystarczy, że powiedzieliście coś w ich obecności. Może skomentowaliście kiedyś czyjeś kolorowe włosy, może z niechęcią odwróciliście wzrok od całującej się homoseksualnej pary? A może tylko pełni obojętności przełączyliście program, kiedy w sobotę puszczano migawki z Parady Równości?

Kiedyś byłam też przekonana, że to, czy kupię sobie tęczową torbę czy sznurówki nie ma większego znaczenia. Nie jest to przecież „mój” symbol. Moje dzieci znają moje poglądy, nie potrzebuję tęczowych toreb, żeby budować w nich poczucie bycia akceptowanymi.

Ale z drugiej strony – a jeśli kiedyś minę na ulicy inne dziecko, takie, które nie doświadcza tej akceptacji od swoich rodziców? Ta torba nie będzie może tak ostentacyjna jak koszulka z napisem „Free Dad Hugs”, ale być może będzie dla takiego dziecka znakiem, że nie wszyscy są przeciwko niemu. Może będzie czymś, co choć na chwilę podniesie je na duchu.

Podobno jedna osoba, która jest wsparciem dla nastolatka LGBTQ+, potrafi zmniejszyć u niego ryzyko podjęcia próby samobójczej o 30%.

Ja wiem, jakim chciałabym być rodzicem dla swoich dzieci. A Wy?

Źródło:

https://kph.org.pl/wp-content/uploads/2017/11/Sytuacja-spoleczna-osob-LGBTA-w-Polsce.pdf

https://oko.press/mam-dosc-tego-ze-jestem-traktowana-jak-gowno-6-maja-transplciowa-milo-popelnila-samobojstwo/

https://www.nbcnews.com/feature/nbc-out/man-crisis-calls-gay-bookstore-manager-patrons-answer-n980186

https://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1088487,sytuacja-osob-lgbta-w-polsce.html

https://www.advocate.com/pride/2019/6/17/man-gives-free-dad-hugs-pride-asks-parents-accept-lgbtq-kids

Ulubione cytaty

Ulubione cytaty

O niebagatelnym wpływie oglądanych bajek na mowę Ewy już chyba kiedyś pisałam. Teraz w fazę powtarzania zasłuchanych fraz wkroczył Piotrek. I wszystko świetnie, ja się bardzo z tego cieszę, że powtarza, ale nie wiem, na ile on te teksty wykorzysta później w życiu codziennym 🙂

„Co to jest, Planeta Małp czy co?!”

„Przepraszam, wgryzłeś mi się w tyłek!”

„Daleko jeszcze?!”

„Krzesłem go, krzesłem!”

🙂

(I teraz pytanie: co ostatnio ogląda Piotrek? Podpowiedź: chodzi o dwa filmy:))