Tęcza

Tęcza

Jakoś nie mogę ostatnio przestać o tym myśleć. Pewnie dlatego, że jest czerwiec, miesiąc dumy, więc temat wałkowany jest wkoło na przeróżne sposoby. Ale moje myślenie zaczęło się wcześniej. Od tych wszystkich raportów związanych z kondycją psychiczną dzieci w pandemii. Od bilbordów Szarosen. Od informacji o ataku pewnej sędzi na transpłciową dziewczynkę.

Jestem w tym wieku – a może raczej „jestem na tym etapie życia” – że moje współodczuwanie nie polega już na: „a co gdybym ja była w takiej sytuacji i ktoś mnie tak potraktował?”, ale na: „a gdyby to dotyczyło mojego dziecka?”. Odkąd przeczytałam linkowane tu już przeze mnie badania, z których wynika, że ponad połowa osób w spektrum jest nieheteroseksualna, to uczucie stało się jeszcze silniejsze. W końcu mam dwójkę dzieci z autyzmem.

Czytam posty, reportaże (np. ten o transpłciowej Milo), słucham audycji radiowych. Czy wiecie, że tylko nieco ponad połowa rodziców wie o nieheteronormatywnej orientacji swojego dziecka, a większość z tych, którzy wiedzą, tego nie akceptuje? Czy wiecie, że prawie połowa młodzieży szkolnej LGBTQ+ ma objawy depresji, a prawie 70% ma myśli samobójcze?

Nie chcę, żeby moje dzieci kiedykolwiek musiały tak cierpieć.

Nie chcę być przyczyną ich cierpienia.

Kiedyś natknęłam się na to zdjęcie. Zamieścił je na Facebooku facet, który poszedł na paradę w Pittsburgu, ubrany w koszulkę z napisem „Free Dad Hugs” („Darmowe Ojcowskie Uściski”). Był razem z grupą znajomych, ubranych w podobne koszulki. Rozdali setki takich rodzicielskich uścisków. Napisał między innymi: „Wyobraźcie sobie, rodzice. Wyobraźcie sobie, że Wasze dziecko czuje się AŻ TAK PRZEZ WAS OPUSZCZONE, że zatapia się w uścisku kompletnie obcej osoby i szlocha bez końca, tylko dlatego, że ta osoba ma na sobie koszulkę oferującą darmowe ojcowskie uściski. Pomyślcie o rozmiarach ich bólu. Wyobraźcie sobie, jak głębokie muszą być ich rany. Proszę, nie bądźcie rodzicami dziecka, które musi nosić w sobie ten ciężar. Spotkałem dzisiaj ZDECYDOWANIE za dużo tych dzieci, w każdym wieku.”

(znowu płaczę, za każdym razem płaczę, jak widzę to zdjęcie)

Nie chcę, żeby ktoś inny musiał przytulać moje dzieci, bo ja nie chcę lub nie potrafię…

Kiedyś, dawno temu, wydawało mi się, że kwestia tolerancji osób LGBTQ+ nie dotyczy mnie jakoś bezpośrednio. Nie jestem osobą LGBTQ+, sama staram się być tolerancyjna, więc co jeszcze mogłabym w tym zakresie zrobić? Owszem, pacyfikowałam jawnie homofobiczne teksty, które ktoś przy mnie wypowiadał, ale dopóki gdzieś w otoczeniu nie pojawił się ten temat, to nie miałam potrzeby demonstrowania swoich poglądów czy sympatii. Zdawałam sobie sprawę, że temat może stać się bardziej „mój” dopiero wtedy, kiedy ktoś z moich najbliższych okaże się osobą LGBTQ+. I wtedy kluczowym będzie to, jak ja na taką informację zareaguję i czy będę odpowiednio wspierająca.

Dopiero jakiś czas temu zaczęło w pełni do mnie docierać: nie można czekać z okazywaniem sympatii do momentu spotkania z osobą, o której wiemy, że jest LGBTQ+. Nie można czekać, bo pewnie wiele takich osób już się spotkało, a one po prostu nie wiedziały, że mogły na taką sympatię od nas liczyć.

A co, jeśli tymi osobami były nasze własne dzieci? Albo wnuki? Rodzeństwo?

Wyobraźcie sobie, że Wasze dziecko jest osobą LGBTQ+ (nawet jeśli wiecie, że nie jest, spróbujcie, proszę). I zróbcie rachunek sumienia: czy powiedzieliście kiedyś coś, co mogło je – jako osoby LGBTQ+ – obrazić? Zasmucić? Co mogło sprawić, że poczuły się przez Was odrzucone? Może nawet zagrożone? Nie musieliście mówić bezpośrednio do nich, wystarczy, że powiedzieliście coś w ich obecności. Może skomentowaliście kiedyś czyjeś kolorowe włosy, może z niechęcią odwróciliście wzrok od całującej się homoseksualnej pary? A może tylko pełni obojętności przełączyliście program, kiedy w sobotę puszczano migawki z Parady Równości?

Kiedyś byłam też przekonana, że to, czy kupię sobie tęczową torbę czy sznurówki nie ma większego znaczenia. Nie jest to przecież „mój” symbol. Moje dzieci znają moje poglądy, nie potrzebuję tęczowych toreb, żeby budować w nich poczucie bycia akceptowanymi.

Ale z drugiej strony – a jeśli kiedyś minę na ulicy inne dziecko, takie, które nie doświadcza tej akceptacji od swoich rodziców? Ta torba nie będzie może tak ostentacyjna jak koszulka z napisem „Free Dad Hugs”, ale być może będzie dla takiego dziecka znakiem, że nie wszyscy są przeciwko niemu. Może będzie czymś, co choć na chwilę podniesie je na duchu.

Podobno jedna osoba, która jest wsparciem dla nastolatka LGBTQ+, potrafi zmniejszyć u niego ryzyko podjęcia próby samobójczej o 30%.

Ja wiem, jakim chciałabym być rodzicem dla swoich dzieci. A Wy?

Źródło:

https://kph.org.pl/wp-content/uploads/2017/11/Sytuacja-spoleczna-osob-LGBTA-w-Polsce.pdf

https://oko.press/mam-dosc-tego-ze-jestem-traktowana-jak-gowno-6-maja-transplciowa-milo-popelnila-samobojstwo/

https://www.nbcnews.com/feature/nbc-out/man-crisis-calls-gay-bookstore-manager-patrons-answer-n980186

https://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1088487,sytuacja-osob-lgbta-w-polsce.html

https://www.advocate.com/pride/2019/6/17/man-gives-free-dad-hugs-pride-asks-parents-accept-lgbtq-kids

Ulubione cytaty

Ulubione cytaty

O niebagatelnym wpływie oglądanych bajek na mowę Ewy już chyba kiedyś pisałam. Teraz w fazę powtarzania zasłuchanych fraz wkroczył Piotrek. I wszystko świetnie, ja się bardzo z tego cieszę, że powtarza, ale nie wiem, na ile on te teksty wykorzysta później w życiu codziennym 🙂

„Co to jest, Planeta Małp czy co?!”

„Przepraszam, wgryzłeś mi się w tyłek!”

„Daleko jeszcze?!”

„Krzesłem go, krzesłem!”

🙂

(I teraz pytanie: co ostatnio ogląda Piotrek? Podpowiedź: chodzi o dwa filmy:))

Koty i serotonina

Koty i serotonina

Rozmowa z dawno niewidzianą koleżanką na temat Zwierzaczków-Uspokajaczków przypomniała mi o pewnym filmiku, który kiedyś oglądałyśmy z Ewą. Pomyślałam sobie, że być może przyda się również córce tej koleżanki, która zyskała jakiś czas temu młodsze rodzeństwo i pewnie ciągle jeszcze się do nowej sytuacji przyzwyczaja. Filmiku szukałam prawie dwa dni – w pewnym momencie zaczęłam się już stresować, że go zupełnie straciłam. A wiązało się z nim tyle wspomnień! Przetrząsnęłam jednak internet, przepytałam Ewę – i udało się!

https://fb.watch/5Mp2x-Be-a/

(mogę wkleić jedynie link, przepraszam!)

Filmik zobaczyłam kiedyś przypadkiem i natychmiast skojarzył mi się z Ewą i Piotrkiem. Piotrek miał wtedy może półtora roku i ciągle chciał się przytulać. Zarówno do Ewy, jak i do mnie. A jak widział nas obie na kanapie, to zaraz próbował wcisnąć się w sam środek. Dokładnie jak ten kotek ze zdjęcia.

Pokazałam filmik Ewie, bardzo jej się spodobał. Od razu załapała analogię – nazwała kotki naszymi imionami, a czarny dostał również przydomek „Wtryniarz”. I od tego czasu, za każdym razem, kiedy Piotrek postanawiał wcisnąć się między nas w czasie tulenia, Ewa przypominała sobie czarnego kotka z filmiku i reagowała na to nie tylko ze spokojem, ale czasem wręcz z entuzjazmem. „Piotrek-Wtryniarz” w magiczny sposób zmienił się z irytującego, rozpychającego się młodszego brata w uroczego i przytulaśnego kotka.

Tego typu „uroczości” (jak to mawia Ewa) – czyli wszelkiego rodzaju filmy/zdjęcia/grafiki ze słodkimi zwierzaczkami – to już od wielu lat mój sposób na poprawę nastroju u Ewy. Jeśli natknę się na jakąś „uroczość” podczas przeglądania instagrama czy facebooka, to mam już nawyk zapisywania, żeby potem pokazać Ewie. Oczywiście nie da się takimi filmikami zwalczyć wszystkich problemów, niemniej jednak pomagają na chwilkę odwrócić uwagę. I czasem ta chwilka wystarczy, żeby opanować płacz i trochę się uspokoić.

Zresztą – coś, co ja stosowałam już od dawna, zyskało później status „broni” i pojawiło się nawet w filmie szpiegowskim (w postaci bomby uwalniającej brokat i wyświetlającej jednocześnie filmiki z kotami) 🙂

Walter: Brokat. Koci brokat. Naukowo udowodniono, że widok kociąt powoduje wyrzut serotoniny z komórek enterochromafinowych…

Lance: ?

Walter: Brokat uszczęśliwia ludzi.

– Tajni i Fajni

Sprawdziłam – faktycznie ktoś to zbadał i faktycznie filmiki z kotami powodują wyrzut serotoniny 🙂 https://www.sciencedaily.com/releases/2015/06/150616093357.htm

Tak więc obejrzyjcie sobie dzisiaj jakiś filmik z kotkami (lub innymi zwierzaczkami). Na zdrowie! ❤


PS. Po wygrzebaniu filmiku z kotkami z czeluści internetu – a naprawdę nie było łatwo, biorąc pod uwagę to, co dzieje się z wyszukiwarką, kiedy wpisze się do niej „three kittens cuddling” (spróbujcie, serio:)) – obejrzałam go wspólnie z Ewą i Piotrkiem. Skutek jest taki, że Ewa od kilku dni chciałaby ciągle się bawić w „przytulające się kotki” (dwoje z nas się tuli, trzecie się „wtrynia”), a Piotrek co chwile każe mi miauczeć…

Potrzeba matką wynalazku

Potrzeba matką wynalazku

Pomysłów racjonalizatorskich matki – ciąg dalszy:)

Pierwszy kalendarz – taki książkowy – Ewa dostała, jak zaczęła chodzić do Blue Bees. Potrzebowałyśmy czegoś, co będzie „odmierzało” jej czas do kolejnych weekendów/świąt/wakacji/urodzin. Później kalendarz załatwił też kwestię korespondencji z wychowawcami – oni wpisywali tam to, co działo się w przedszkolu, ja uzupełniałam to, co wydarzyło się w domu.

Kalendarz był na rok szkolny, więc skończył się w czerwcu. Zresztą, jak Ewa zaczęła naukę zdalną, to trochę o nim zapomnieliśmy. Ale w czasie wakacji zaczęłam szukać nowego – no i nie znalazłam.

W międzyczasie sama wkręciłam się w „bullet journalling” – nie mogłam znaleźć odpowiedniego kalendarza dla siebie, więc zaczęłam rozrysowywać sobie go w zeszycie w kropki. Najpierw byłam bardzo sceptyczna, bo do swoich kalendarzy byłam bardzo przywiązana, a jednocześnie na tyle leniwa, że koncepcja tworzenia stron do uzupełniania wydawała mi się totalnie nie do przeskoczenia. Ale wymyśliłam, jak to zrobić minimalnym nakładem pracy i stworzyłam sobie system, który satysfakcjonował mnie bardziej niż moje poprzednie kalendarze. Teraz mam w sumie dwa kropkowane zeszyty – jeden prywatny i jeden pracowy. Nie oszukujmy się – nie są ładne, tak jak ładne potrafią być te z instagrama. Ale są bardzo funkcjonalne ❤

Skoro więc nie mogę znaleźć odpowiedniego plannera dla Ewy – pomyślałam – trzeba do tego podejść jak do własnego kalendarza i zrobić „na piechotę”.

Miałam przez chwilę koncepcję, żeby stworzyć odpowiednie strony, wydrukować je i powpinać do segregatora, ale pomysł padł z dosyć prozaicznych powodów – nie mogłam znaleźć wystarczająco uroczego segregatora 🙂

Poszłam więc do mojego ulubionego sklepu, poczyniłam odpowiednie zakupy i w zeszłe wakacje zaczęłam prowadzić Ewie planner w zwykłym zeszycie (ale z uroczą okładką :))

Różnie u nas było z sumiennością, różne rzeczy zapisywałyśmy, ale w pewnym momencie zauważyłam, że Ewa bardzo często do tych swoich zeszytów (tego i poprzedniego) wraca.

Pisałam więc coraz więcej, uzupełniając to różnymi śmiesznymi obrazkami, naklejkami ze słodziaczkami (bo różnego rodzaju słodziaczki to coś, co Ewa lubi najbardziej), zdjęciami, śmiesznymi cytatami, które w danym momencie powtarzała Ewa.

I w pewnym momencie przypomniałam sobie coś, o czym na swoim wykładzie mówiła pewna terapeutka* – że prowadzenie różnych zapisków pozwala potem udowodnić dziecku, że coś, czego kiedyś się np. obawiało, nie było ostatecznie takie straszne. Ona opowiadała raczej o ocenianiu pewnych sytuacji przed i po ich wystąpieniu, ale może dziennik zadziała podobnie?

Szukając informacji o zaletach prowadzenia dziennika znalazłam artykuł w Huffington Post, który opisuje dziesięć benefitów z prowadzenia dziennika. Nie będę go tu w całości tłumaczyć, ale zalety ponoć są następujące (w artykule można znaleźć odnośniki do odpowiednich badań naukowych na ten temat):

  1. Zwiększanie IQ
  2. Ćwiczenie uważności
  3. Osiąganie celów
  4. Inteligencja emocjonalna
  5. Poprawianie pamięci i rozumowania
  6. Ćwiczenie samodyscypliny
  7. Rozwijanie komunikacji
  8. Uzdrawianie/kojenie – emocjonalne, fizyczne, psychologiczne
  9. Pobudzanie wyobraźni/kreatywności
  10. Wiara w siebie

Wybaczcie słabe tłumaczenie 🙂

W każdym razie – jeśli dziennik pomógłby Ewie w choć jednej z tych kwestii – byłoby super. I wprawdzie Ewa nie pisze go jeszcze sama, ale bardzo często go czyta. Liczę więc na to, że wraca do różnych zdarzeń, analizuje je, lepiej zapamiętuje i ma szansę na pewną autorefleksję. Zresztą, sama jestem świetnym przykładem na to, że prowadzenie dziennika/kalendarza/pamiętnika ma wiele różnych zalet 🙂

Z innych pomysłów racjonalizatorskich – zrobiłam Ewie analogowego „asystenta”, który pomaga jej w ćwiczeniach oddechu (przydających się w stresowych sytuacjach). Kiedyś słyszałam o aplikacjach na telefon, które pomagają ludziom się uspokajać – podpowiadają, jak należy oddychać i wyświetlają jakieś uspokajające animacje. Ewa nie nosi telefonu, więc tego typu aplikacje nie są dla niej. Ale wymyśliłam, jak „wyświetlić” animację bez animacji 😀 W ten sposób powstały „zwierzaczki-uspokajaczki”, które mają postać zalaminowanych ilustracji, które krok po kroku pokazują, jak się uspokoić. Czy działają w sytuacji stresowej – nie mam pojęcia 🙂 Ale znowu – jeśli oglądanie zdjęć uroczych wydr pobudzi organizm Ewy do wyprodukowania choć odrobiny dodatkowych endorfin – ma to dla mnie sens 🙂

*) Jessica Minahan, konferencja Fundacji Synapsis, 18 listopada 2018 r.


PS. Wrzuciłam posta, Mąż czyta i stwierdza, że powinnam wrzucić tutaj zdjęcia Zwierzaczków-Uspokajaczków do druku. No więc wrzucam (Mąż kazał, co zrobić ;)).

Instrukcja:

  1. Wydrukować w jakimś punkcie foto, np. w formacie 10×15 (w sumie trzy zdjęcia).
  2. Pociąć.
  3. Zalaminować.
  4. Znowu pociąć.
  5. Wydłubać w każdym dziurkę (np. w lewym górnym rogu) – można dziurkaczem, my (w sensie Dawid) zrobiliśmy wiertarką 😀
  6. Spiąć kółkiem do kluczy.
  7. Przyczepić gdzieś w dostępnym miejscu – Ewa ma to przyczepione do zamka przy plecaku.
  8. Uspokajać się! ❤
Bajgielka?

Bajgielka?

Wszyscy, którzy osobiście znają moją córkę, wiedzą, że jest bardzo wybiórcza jedzeniowo. Baaardzo. Rodzaje pieczywa, które akceptuje, można autentycznie policzyć na palcach jednej ręki. Je grzanki z masłem i solą. Je bagietki czosnkowe (najlepiej z Biedrony). W przedszkolu nauczyła się jeść rogale z makiem (i masłem). Z Babcią Olą dzielą sympatię do chleba z masłem i solą, a Ciocia Jola nauczyła ją jeść bułki maślane. I to tyle. Oprócz masła (i okazjonalnie soli) nie akceptuje żadnych dodatków.

Błagam, nie oceniajcie 🙂

A, zapomniałam – kiedyś próbowaliśmy ją przekonać do spróbowania chleba z nutellą. Zajęło nam to kilka ładnych lat (LAT!). Zjadła w sumie ze dwie kromki (w ogóle, w swoim życiu), więc ciężko powiedzieć, że to się liczy.

Zaopatrzeniem naszego gospodarstwa domowego w pieczywo zajmuje się mój Najdroższy Mąż, który wstaje bladym świtem (przed 7!!!) i idzie do piekarni, jeszcze zanim my wytoczymy się z łóżek.

W czasie długiego weekendu funkcjonowaliśmy na zapasach z piątku, ale we wtorek rano, zgodnie ze swoim zwyczajem, Dawid wyruszył na łowy. Jednak – jak to często po długim weekendzie – w piekarni mieli pewne braki w asortymencie.

— Nie było rogali. – powiedział Dawid, wróciwszy do domu – Dla Ewy mam bajgielka z makiem. Może zje.

Szanse oceniałam na bardzo niewielkie, no ale tak to już u nas wygląda – podejmowanie ciągłych prób z niewielkim prawdopodobieństwem sukcesu 🙂

Ale, jako że nasza córka raczej nie próbuje niczego ot tak sobie, to trzeba było zrobić odpowiednie wprowadzenie do tematu. Zaczęliśmy więc od odwołania do współczesnej literatury i kinematografii, które wywołałoby u Ewy pozytywne skojarzenia.

Szczęśliwie „bajgielek” pojawił się w Kapitanie Majtasie.

Kapitan Majtas, sezon 3, odcinek 9: „Kapitan Majtas i drastyczne diagnozy ducha dentystki”. Wiecie, skąd wiem, w którym odcinku pojawił się ów bajgielek? Zapytałam Ewę i dostałam precyzyjne wskazówki, łącznie z tytułami odcinków znajdujących się obok tego, którego szukałam. Gdyby zwracała na to uwagę, to podałaby mi również dokładny czas, w którym pojawia się bajgielek, ale skończyło się na tym, że tylko przesunęła mi ten odcinek do odpowiedniego miejsca 😀

Skoro już wzbudziliśmy jej zainteresowanie tematem, przyszedł moment na opis wyglądu i smaku.

— To taka trochę bułka, ale okrągła, z dziurką w środku – zaczął Dawid.

— No ale z makiem, więc jak rogal, ale taki, któremu zlepiły się oba końce – dodałam.

— No nie do końca – zamyślił się Dawid – bo ciasto jest jednak trochę bardziej słodkie. Coś jak bułka maślana, którą jesz w Gdańsku.

— Tak! – nagle zaświtał mi w głowie pomysł – Jakby bułka maślana miała dziecko z rogalem z makiem, to wyszedłby z tego właśnie taki bajgielek!

Ewa dumała nad tymi rodzinnymi koligacjami przez pół dnia, aż w którymś momencie zauważyłam, że zrobiony rano bajgielek magicznie zniknął z talerza. Zażarło!

Nauczeni doświadczeniem kontynuowaliśmy eksperyment. Dziś rano Dawid znowu zakupił dla Ewy bajgielka. Rogala zresztą też.

— To co wolisz – zapytał po przyjściu z piekarni – rogala czy bajgielka?

— I to i to. – mruknęła Ewa spod kołdry.

— No ale pytam, czy na śniadanie chcesz zjeść rogala czy bajgielka?

— Hmmm… – zamyśliła się Ewa. Chwila prawdy. Czy pojawi się nowy lider w zestawieniu? Czy pieczywo konsumowane przez Ewę trzeba już będzie liczyć na palcach AŻ dwóch rąk?

Wstrzymaliśmy z Dawidem oddechy.

— Chcę grzanki.

Zdeterminowany

Zdeterminowany

Przed chwilą wspomniałam Piotrkowi, że jutro idzie do przedszkola. Właśnie siedzi koło drzwi wejściowych i zakłada buty. „Do peczkola!” – twierdzi stanowczo. Jak myślicie – ubrać go i wypuścić, żeby już szedł? 🤔😉

Mem z google’a 😉
Niepokój II

Niepokój II

To jeden z tych wpisów, które musiały trochę poczekać na swoją kolej. Jest to w pewnym sensie ciąg dalszy historii, o której zaczęłam pisać w notce „Niepokój„. A w zasadzie posłowie do tamtej, bo przecież dotyczy tego, co stało się po diagnozie Piotrka.

Jakiś czas po diagnozie Piotrka zeskanowałam całą tę jego papierologię (dokumenty z Poradni, diagnozę od psychiatry itd.) i wysłałam do Żłobka. Taki był plan i tak umawiałam się z Paniami, mimo, iż formalnie dokumenty z Poradni do niczego w Żłobku nie były potrzebne (żłobki nie dostają wyższej dotacji na dzieci objęte orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego – te „profity” dostępne są dopiero w przedszkolach). Ale ja zawsze starałam się dosyć otwarcie rozmawiać z pedagogami o swoich dzieciach i szczegółach ich diagnoz. Jeśli już, to cierpiałam raczej na brak zainteresowania tymi informacjami z drugiej strony:) Ale za każdym razem, gdy Ewie (czy teraz Piotrkowi) zmieniał się wychowawca czy terapeuta, deklarowałam gotowość spotkania, opowiedzenia o dziecku, zreferowania jego przeszłości i odpowiedzenia na wszelkie pytania, łącznie z tymi najbardziej absurdalnymi (np. dotyczącymi przebiegu ciąży i porodu). Zakładałam, że czym wszyscy są lepiej poinformowani, tym moje dzieci i ich potrzeby są lepiej rozumiane. A na tym przede wszystkim mi zależało.

Krótko po moim mailu dostałam odpowiedź od Dyrektorki Żłobka, a w niej: „chciałabym chwilę porozmawiać”.

I wiecie, zmroziło mnie na chwilę. W ciągu ostatnich siedmiu lat czytałam na forach i grupach facebookowych niejedną historię z cyklu: „dziecko dostało diagnozę i żłobek/przedszkole chcą się go pozbyć”. Był listopad, dopiero co zaczęliśmy łapać równowagę po debiucie Ewy w nowej szkole i zamieszaniu z diagnozą Piotrka. A przynajmniej tak nam się wydawało. W każdym razie Żłobek był jedną z tych rzeczy, z którymi nigdy nie było problemu – Piotrek szedł tam w podskokach, Ciocie uwielbiał, mieliśmy blisko. I choć Piotrek teoretycznie mógłby już od września pójść do przedszkola, to przesunęliśmy to na przełom wiosny/lata, między innymi po to, żeby jesienno-zimową falę pandemii przeczekać w znajomym miejscu.

Przeraziła mnie ewentualna zmiana.

Ale zaraz potem pomyślałam sobie: „nieeee, niemożliwe”. Nie wyrzucą go. Będzie dobrze.

I żeby była jasność – w zasadzie nie miałabym nikomu za złe, gdybym na jakimś etapie usłyszała: „prosimy poszukać innego miejsca”. To oczywiście jest przykre, otrzymać taką informację, ale z drugiej strony potrafiłabym docenić szczerość przekazu. „Nie potrafimy pomóc, nie radzimy sobie z Pani dzieckiem” – ok, lepsze to, niż mydlenie rodzicowi oczu, że wszystko jest super. Wyciąganie kasy – od rodzica i z dotacji – i nie robienie z dzieckiem nic ponad upewnienie się, że nie zrobi krzywdy sobie i innym.

Nie miałam też za złe, kiedy na etapie szukania szkoły dla Ewy znalazłam w okolicy (rozumianej jako „trzy dzielnice Warszawy i jedna podwarszawska miejscowość, o ludności wynoszącej w sumie 400 tys. osób”) tylko trzy prywatne podstawówki, które w ogóle gotowe były porozmawiać o przyjęciu dziecka z orzeczeniem. Złościłam się trochę na system, na to, że w ogóle muszę o coś takiego pytać, na to, że obecność dzieci z niepełnosprawnościami nie jest czymś oczywistym. Ale na konkretną szkołę, która mi pisze, że nie przyjmuje dzieci z orzeczeniem? Nie. Może nie ma warunków, odpowiednio empatycznej kadry, może w ich mniemaniu dzieci w spektrum to jakieś cudaczne rarogi. Może nie współpracuje z psychologiem i logopedą, którzy mogliby poprowadzić wymaganą orzeczeniem terapię. Każdy z tych powodów wystarczy, żeby stwierdzić, że to nie jest miejsce, do którego chciałabym posłać swoje dziecko.

W każdym razie – mimo pozytywnego nastawienia, od momentu otrzymania maila ze Żłobka aż do spotkania czułam ciągły niepokój. Wierzyłam, że będzie dobrze, a mimo to starałam się przygotować na złe informacje.

Ale wiecie co usłyszałam?

Usłyszałam, że Ciocie bardzo Piotrka lubią. Że bardzo zależy im, żeby jak najlepiej mu pomóc i go wesprzeć. Ale nie mają zbyt dużego doświadczenia w opiece nad dziećmi w spektrum, więc chętnie spotkałyby się ze mną, żeby nauczyć się czegoś więcej o autyzmie i o tym, jak najlepiej Piotrkowi pomóc.

Spotkanie oczywiście zorganizowałam, zapraszając na nie również Psycholożkę Ewy i Piotrka. Wyobraźcie sobie, że te Ciocie poświęciły pół soboty, żeby czegoś się nauczyć – i zrobiły to przede wszystkim dla mojego syna.

I wprawdzie Piotrek niedługo potem odszedł ze żłobka, a Ciocie pewnie nie zdążyły przetestować na nim całej nowej wiedzy – wiem, że pewnie jeszcze kiedyś będą miały okazję. I jestem im ogromnie wdzięczna – i ogromnie wzruszona – że były wobec Piotrka tak ciepłe i pełne serca. Takich cioć (wychowawczyń, nauczycielek czy terapeutek) życzyłabym wszystkim dzieciom, nie tylko tych ze specjalnymi potrzebami. Takiej postawy i wsparcia ze strony placówki życzyłabym wszystkim rodzicom, którzy przechodzą przez proces diagnozowania swojego dziecka.

Kwiatki, które zaniósł Paniom Piotrek na pożegnanie 🙂

PS. Długo zastanawiałam się, czy podać tu nazwę naszego Żłobka. Nie lubię reklamować w swoich wpisach konkretnych miejsc czy produktów – za bardzo mi się to kojarzy z byciem „zawodowym” blogerem, który reklamuje, bo mu za to zapłacili;) Poza tym wiem, że akurat ten Żłobek reklamy nie potrzebuje – zawsze ma chętnych, a na miejsce trzeba u nich zazwyczaj czekać. Potem pomyślałam sobie jednak, że chciałabym, żeby inni w pełni zdawali sobie sprawę z tego, z jak fantastycznym miejscem mają do czynienia. Wrzucam więc nazwę i adres. I liczę na to, że ktoś kiedyś – googlając opinie o tym Żłobku – znajdzie ten wpis 🙂

Niepubliczny żłobek Kółko Graniaste, ul. Farysa 33, Warszawa

Porównania i stereotypy

Porównania i stereotypy

Podobno nie powinno się porównywać. Szczególnie własnych dzieci – z ich rodzeństwem, z kolegami z klasy, dziećmi znajomych czy z potomkami zupełnie anonimowych bytów z internetu 🙂

Ale ludzie są jednak tak skonstruowani, że ich myśli automatycznie biegną ku pewnym uogólnieniem i kategoryzacjom, a w rezultacie – stereotypom. Człowiek nabywa doświadczenia, po czym wnioskuje na jego podstawie. To w sumie w jakimś stopniu logiczne – tego uczymy dzieci. Uogólniać i kategoryzować. A najzabawniejsze jest to, że najpierw je tego uczymy, a później sami staramy się jednak tego nie robić.

Pamiętam, jak w liceum mieliśmy lekcje dotyczące indukcji matematycznej. Profesor dawał nam przykład pogody – jeśli dziś było 10 stopni i wczoraj było 10 stopni, to najsensowniejsza prognoza temperatury na jutro to znowu 10 stopni. I podobnie było z dowodami za pomocą indukcji matematycznej – jeśli udowodniło się coś dla n-tej obserwacji, to twierdzenie było tez prawdziwe dla kolejnej, n+1.

Zawsze uważałam indukcję za dosyć prymitywną metodę, taką tylko odrobinę bardziej zgrabną od stwierdzenia, że „na chłopski rozum, to…”. Ale z drugiej strony było w tej prostocie coś pięknego.

Jak urodził się Piotrek, to staraliśmy się nie zakładać, że będzie taki jak Ewa. Liczyliśmy na to, że będzie łatwiej – we wszystkich tych sferach, w których Ewa miała trudności. I przez pewien czas faktycznie Piotrek był inny. Robił wiele rzeczy, których Ewa nie robiła. Albo przeciwnie – nie robił czegoś, co u niej było normą.

Później on tez dostał diagnozę. I chociaż wiem, że autyści różnią się miedzy sobą nie mniej niż osoby neurotypowe, to jednak mój mózg znów chciał pójść na skróty i wręcz oczekiwał, że wszystkie te cechy i trudności, które stanowią clou naszych dyskusji z terapeutami w przypadku Ewy, zaczną powielać się u Piotrka.

Mój Mąż, statystyk z wykształcenia (a w zasadzie ekonometryk, ale kto by tam rozróżniał 😉 ), pewnie myśli sobie teraz: „Na podstawie jednej obserwacji chciała wysnuć jakieś wnioski, naiwna!” 🙂 No i ma rację. A jego syn to udowadnia...

Bo Piotrek postanowił pozostać zupełnie inny niż jego siostra – pomimo (mniej więcej) takiej samej diagnozy.

Oboje są wybiórczy jedzeniowo – ale każde je zupełnie co innego (Piotrek jadłby tylko mięso, Ewa mięsa już od bardzo dawna nie tyka; Piotrek nie znosi czekolady, Ewa czekoladę uwielbia). Oboje mają zupełnie inne preferencje sensoryczne (Ewa nie ma na przykład problemu z wodą i byciem polewaną; Piotrek jest ostrożny i najchętniej kąpałby się na stojąco;)). Ale chyba najbardziej fascynuje mnie różnica w ich rozwoju mowy. U obojga ta mowa była opóźniona – ale u każdego w inny sposób. Piotrek nie miał większych problemów z komunikacją (może dlatego tak długo zajęło nam zdiagnozowanie go, a ja ciągle tę diagnozę traktuję trochę… po macoszemu;)), ale ciągle mówi niewyraźnie, po swojemu, przekręcając wyrazy. Ewa nie komunikowała, więc nie mówiła – ale jak już zrozumiała sens komunikacji, to praktycznie od razu mówiła poprawnie. Będąc w wieku Piotrka mówiła już o wiele lepiej niż on obecnie – chociaż to z nim często łatwiej mi się porozumieć.

Reasumując: dzieci są różne. Autyści są różni. Nie ma lekko – z kolejnym trzeba zacząć od początku 🙂