Samodzielna

Samodzielna

A moja córka, wyobraźcie sobie, wróciła dzisiaj z weekendu w Madrycie. Celowo piszę „moja córka”, a nie „my”, bo do Madrytu pojechała z Ciocią Agatą i Wujkiem Filipem. W ramach prezentu gwiazdkowego poszli razem na El Rey Leon – hiszpańską adaptację brodway’owej adaptacji Króla Lwa. Kto wygrał konkurs na najlepsze wujostwo, no kto? 🙂

660x335_erl_esmadrid

Sam spektakl bardzo jej się podobał (aczkolwiek wg relacji Filipa – było ciasno i nie miała gdzie tańczyć:)). A zapytana, czy tęskniła bardzo, trochę, czy może wcale – odpowiedziała, że wcale. Było do przewidzenia:) Później jednak stwierdziła, że kocha swój domek, a pod jej własną kołderką wypoczywa się najlepiej:)

IMG_3749

75521845_1400182686804732_630776751269609472_n

Ten rok w ogóle zapisze się w historii jako rok, w którym Ewa zdobyła nowe sprawności w zakresie samodzielnego nocowania poza domem. Zaczęło się od nocowania u Cioci i Wujka, później była na urodzinowej nocowance u swojego narzeczonego (a ogólnie – syna swojej ulubionej Wychowawczyni:)). W czasie wakacji spędziła z kolei najpierw pięć dni u Babci Oli, a później pięć dni u Babci Jadzi i Dziadka Sławka.

Jestem z niej niesamowicie dumna – jaka jest już duża i samodzielna ❤

Ogarnianie tandemu: autystyczna Sześciolatka i Dwulatek, któremu aktualnie na drugie  „Jestem-Więc-Się-Buntuję”*, czasami bywa męczące.

Jak komuś mało, to proponujemy bonus: robić to przez tydzień w pojedynkę, bo mąż w delegacji.

Bułka z masłem? „Jestem-Więc-Się-Buntuję” łapie przeziębienie, więc przez cały ten tydzień trzeba siedzieć z nim w domu. Przeziębienie na tyle dotkliwe, że nie można odstawić go do żłobka. I na tyle mało męczące, że Dwulatek w zasadzie jest w swojej normalnej, ruchliwo-łobuzerskiej formie.

Szczęście w nieszczęściu, Sześciolatka jest zdrowa jak rydz, bo przecież jak ktoś zjada dziennie średnio ćwierć kilograma malin lub truskawek, to ma niezłą odporność. Zresztą, limit chorób na ten sezon wyczerpała tydzień wcześniej, kiedy to chorowała przez popołudnie (ból głowy), noc (ból głowy) i do południa następnego dnia (ból głowy i wymioty). Nieszczęście w szczęściu: trzeba codziennie wstawać i z całym majdanem (w tym z przeziębionym „Jestem-Więc-Się-Buntuję”) odwozić ową sześciolatkę do przedszkola. No a później z całym majdanem po nią jechać.

Dla podkręcenia poziomu trudności – można załapać przeziębienie od Dwulatka. We wtorek, czyli w momencie, w którym do powrotu Szanownego Małżonka jest jeszcze aż 88 długich, zasmarkanych godzin. 

I jeśli w tym momencie wyrwie się Wam jakieś „no gorzej być nie może!”, to wiedzcie, że MOŻE. Bo to naprawdę nic, że choroba, że Dwulatek, że w głowie Wam łupie i z nosa cieknie jak się schylacie, a ten odstawia histerię, bo chcecie go wsadzić do samochodu, a on akurat chce sobie poleżeć na chodniku. Może być gorzej, nawet nie wiecie, jak bardzo.

Może Wam w tym wszystkim paść internet i kablówka 🙂

*) Moja polonistka z liceum byłaby ze mnie dumna za tak kreatywną parafrazę jednego z jej ulubionych cytatów:)

Dwie drogi

Dwie drogi

Dziecko pojawia się na świecie, a my mamy jakąś wizję. Jakieś oczekiwania w stosunku do niego. Jeśli płacze – chcemy, żeby przestało. Jeśli jest pora spania, a ono nie śpi – chcemy, żeby zasnęło. Chcemy, żeby było grzeczne, żeby dobrze się uczyło. I tak dalej…

MY CHCEMY.

A rzecz w tym, żeby zastanowić się, czego chce dziecko. Czemu zachowuje się tak, jak się zachowuje. Co jest przyczyną.

I nie myślę tutaj o odkryciu przyczyny powstawania autyzmu – nie, to nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby postarać się wczuć w to, jak myśli dziecko, postarać się zrozumieć ogólne zasady, wg których działa jego mózg – i starać się spojrzeć na świat jego oczami. Bo nawet, kiedy wydaje nam się, że dziecko zachowuje się totalnie nieracjonalnie (bo np. rzuca się nagle na podłogę i ryczy, albo odmawia założenia kurtki, którą wcześniej nosiło całą jesień i pół zimy), to na 99% ma jakiś powód takiego zachowania. Tylko my nie jesteśmy wystarczająco bystrzy, żeby go zobaczyć.

Dzieci z autyzmem nie są upośledzonymi neurotypowymi dziećmi. Są po prostu inne od naszych wyobrażeń o tym, jak dziecko powinno się zachowywać. I mamy tak naprawdę dwie drogi, którymi możemy od momentu diagnozy zacząć podążać – albo będziemy na siłę próbowali dopasować dziecko do naszych wyobrażeń, albo zmienimy te wyobrażenia. Wsłuchamy się w dziecko. Zastanowimy się, w czym jest dobre, a co sprawia mu trudność. Spróbujemy tak dostosować otoczenie, żeby poczuło się bezpieczne i docenione – chociaż we własnym domu.

Terapia nie jest po to, żeby dziecko autystyczne stało się dzieckiem neurotypowym. Nie stanie się. Zawsze będzie dzieckiem autystycznym, co najwyżej nauczy się udawać kogoś, kim nie jest. Zajęcia terapeutyczne powinny być nastawione na uczenie dzieci umiejętności, które pozwolą im na funkcjonowanie w większości neurotypowym świecie. Dadzą im możliwości, które są mniej dostępne, kiedy siedzi się zamkniętym w czterech ścianach. Ale jeśli dziecko nie jest gotowe na posługiwanie się tymi umiejętnościami – lepiej jest zaakceptować ten fakt i spróbować poszukać innych sposobów na to, by dziecko mogło spełniać się w życiu. Skupić się na jego mocnych stronach, zamiast uparcie starać się zniwelować słabe. Bo tak naprawdę nie trzeba męczyć dziecka bezmyślnym powtarzaniem głosek – można nauczyć je posługiwać się komunikacją obrazkową. Można nauczyć je pisać i kupić tablet z syntezatorem mowy. Nie trzeba upierać się, żeby patrzyło w oczy – masa ludzi nie patrzy w oczy i jakoś żyją. Nie trzeba upierać się, żeby nauczyło się tolerować gryzące je szwy w ubraniach – można powywijać koszulki na lewą stronę 😉

Jeśli nasze dziecko nie mówi, ale ma np. zdolności muzyczne, to możemy wychować albo niemówiącego, „upośledzonego neurotypowego”, albo świetnego muzyka. Wszystko zależy od tego, na czym się skupimy.

(wpis pierwotnie zamieszczony na jednej z grup facebookowych)

Pobranie krwi

Pobranie krwi

Były filmiki na yt o pobieraniu krwi i o historii transfuzji krwi, było obserwowanie pobierania krwi u Piotrka, były rozmowy, dlaczego trzeba i co później z tą krwią się dzieje. Ustaliliśmy nagrodę (doładowanie w grze, w którą Ewa aktualnie gra), plan działania, rano znieczuliliśmy rękę pożyczonym wczoraj późno wieczorem kremem (bo w kilku odwiedzonych aptekach kremu od dawna nie widzieli – na szczęście na lokalnej grupie znalazła się Dobra Dusza, która nas poratowała zapasami – raz jeszcze dziękuję!).

Stres i tak był. Chwilę przed zabiegiem prawie nawiała z gabinetu. Ale Paniom Pielęgniarkom udało się ją tak zaczarować, że samo pobranie krwi odbyło się bez płaczu (jeśli ktoś szuka Magika od pobierania, to polecam p. Alicję z Enelmedu w Galerii Młociny w Warszawie ❤️). Ewy płaczu, bo ja się serio wzruszyłam ☺️

Porażka?

Porażka?

Nie przypuszczałam, że to będzie takie trudne.

Nie, nie chodzi mi o autyzm, bo autyzm sam w sobie problematyczny dla nas nie jest. Mam raczej na myśli ciągłą walkę ze wszystkim wokół.

Zaraz po diagnozie myślałam, że wystarczy znaleźć dobre miejsce, zapłacić za terapię – i tyle. Później dotarło do mnie, że to wcale tak nie działa. Nikt przecież nie powie mi, które miejsce jest dobre, który rodzaj terapii jest skuteczny, który terapeuta zna się na rzeczy, a który odwala tylko robotę. Poza tym, mogłam znaleźć dobrego psychologa, logopedę czy psychiatry, ale każda z tych osób specjalizowała się w swoim obszarze. I nawet, jeśli ktoś próbował podpowiadać mi kolejne miejsca, które powinnam z Ewą odwiedzić – to jaką mogłam mieć pewność, że faktycznie jest na bieżąco ze wszystkimi trendami w tej nieswojej dziedzinie? Zaczęłam więc czytać, sprawdzać, szukać.

Wydawało mi się, że ogarnęłam temat – przynajmniej na tyle, na ile mogłam.

Później myślałam, że jeśli już znajdę dobre miejsce, dobrego terapeutę, dobrą metodę – i będę za to płacić – to przynajmniej w tym obszarze powinnam liczyć na jakąś stałość. Czyli muszę znaleźć dobre przedszkole, dobrych terapeutów, dobrego instruktora pływania itd. – i ich się trzymać. I to też był błąd. Ludzie się zmieniali. Wyjeżdżali, rezygnowali z pracy. Przychodzili nowi, już nie tak dobrzy. Albo po prostu inni. Trzeba więc było zaczynać poszukiwania od nowa. A to wcale niełatwe – dobrych specjalistów w każdej dziedzinie jest jak na lekarstwo, i z reguły mają pełne grafiki. A jeśli dodatkowo poszukuję kogoś w branży „poza-terapeutycznej”, to wiem, że nikt nie ma interesu w tym, żeby w ten grafik wepchnąć akurat dziecko z autyzmem. A więc szukam, piszę maile, dzwonię. Proszę. Odruchowo przyjmuję postawę „prosząco-przepraszającą”, bo przecież wiem, że mogą mi odmówić. Po czym sama się za to ganię. Za to, że dałam się wepchnąć w rolę matki, która musi prosić – zamiast płacić i oczekiwać. Za to, że jakaś część mnie rozumie, że ludzie na sam dźwięk sformułowania „autystyczna sześciolatka” mogą mieć ochotę skończyć rozmowę, bez wnikania w szczegóły. Czy moja postawa jest w ogóle fair w stosunku do Ewy?

Myślałam też, że jeśli w jakimś miejscu Ewa będzie otoczona fantastycznymi ludźmi, to miejsce samo w sobie będzie fantastyczne. I nic złego nie będzie mogło jej tam spotkać. Nic bardziej mylnego. Wystarczy kilka zmian w systemie, jakieś „nowe wytyczne” – i koniec. W ten sposób, po ponad trzech latach, musieliśmy rozstać się z dotychczasowym przedszkolem. Zmian było zbyt dużo, żeby Ewa mogła to udźwignąć.

W poniedziałek Dawid pojechał zostawić wypowiedzenie i zabrać rzeczy Ewy. Pisał mi później: „Jakoś mi tak smutno i mam poczucie porażki.”

Wmawiam sobie, że to porażka przedszkola, nie nasza. Wiem, że nie jesteśmy w stanie pracować za terapeutów, odpowiadać za to, jakie warunki tworzy przedszkole i jak Ewa w nich funkcjonuje. Dlaczego więc czuję, że przegraliśmy?

Podobno w internecie panuje ostatnio moda na wrzucanie zdjęć świadectw (oczywiście tych z paskiem) swoich dzieci. Albo, alternatywnie – krytykowanie tego procederu. Postanowiłam wpisać się więc w trend i też dorzucić co nieco w tym temacie. Wprawdzie nie wrzucam paska – ale raczej krzywą. I kropki. Kolorowe. A co, trzeba się jakoś wyróżniać:)

Jak co roku (aczkolwiek tym razem dwa miesiące później) robiliśmy Ewie PEP-R. Poniżej wyniki. Na czarno – maj 2019, na niebiesko – marzec 2018, na czerwono – marzec 2017. Nadgoniła dużo więcej niż było planowane rok temu. Wymaksowała wyniki w czterech sferach (trudno więc powiedzieć, jaki „wiek” osiągnęła w każdej z nich – gdyż skala już się dla niej skończyła). Z drugiej strony – ciągle widać problemy w zakresie motoryki małej, dużej oraz koordynacji wzrokowo-ruchowej.

IMG_1904_2

tabelka

Dużo bardziej martwią mnie jednak wiadomości od terapeutek z przedszkola. Podobno Ewa trochę się wycofała, zamknęła na kontakty z innymi dziećmi. Jest też bardziej nerwowa i niestabilna emocjonalnie. Myślę – a może raczej mam nadzieję – że to zwykłe zmęczenie po całym roku szkolnym. A może regres? Mam nadzieję, że to jedno z tych dwóch – bo to oznacza, że to minie i będzie lepiej. A może to stres związany ze zmianami w przedszkolu (które szczerze mówiąc i mnie coraz bardziej martwią)? Na to nie mam wpływu…

Zabawa w detektywa

Zabawa w detektywa

Jeśli miałabym wybrać jeden rodzaj filmów czy książek, które lubię najbardziej, to byłyby to kryminały. Wiecie, takie, gdzie to na początku kogoś mordują (ewentualnie coś kradną), a później szukają sprawcy. Są dowody, są zeznania świadków, być może ktoś kłamie, albo nie mówi wszystkiego – w każdym razie na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego trzeba odkryć motyw, przebieg zbrodni, no i najważniejsze – winnego. Jak dla mnie super rozrywka – wymyślić kto, jak i dlaczego.

Raz na jakiś czas na „autystycznych” grupach dyskusyjnych pojawia się wpis: „moje dziecko kiedyś robiło tak, od jakiegoś czasu robi zupełnie inaczej, co robić”. I najfajniejsze jest to, że w zasadzie nie ma odpowiedzi: „zmuś dziecko, żeby robiło tak jak kiedyś”. Dziecko nie mówi, nie można zapytać go o przyczynę takiego zachowania, więc wszyscy zaczynają się zastanawiać, dlaczego robi tak jak robi.

Kiedyś odbierałam Ewę z przedszkola. To było jeszcze za czasów, kiedy mówiła dosyć słabo, szczególnie w trakcie silnego stresu. No i ubieramy się w szatni, zakładam jej kurtkę, a ona nagle w płacz. Kompletnie nie wiedziałam, co się stało. Zdarła z siebie kurtkę. A przecież nosiła ją praktycznie całą zimę i nie było problemu. Nagle, jednego dnia, kurtka zaczęła ją „parzyć”, a ja nie wiedziałam, dlaczego. Normalnie pewnie pozwoliłabym jej wyjść do samochodu w samej bluzie, ale tego dnia było na tyle ciepło, że bluzy pod kurtkę jej rano nie wkładaliśmy. A na paradowanie w krótkim rękawie było z drugiej strony za zimno. Była tak roztrzęsiona, że potrafiła tylko kiwnąć głową na „tak” i na „nie”.

Ale ja musiałam wiedzieć, o co zapytać.

Mogłabym, oczywiście, wcisnąć ją na siłę w tę kurtkę i wynieść do samochodu. W końcu to wyglądało na jej fanaberię – przez ileś miesięcy kurtka była ok i nagle taka zmiana!

Tyle, że ja chyba za leniwa jestem na siłowe przepychanki z dzieckiem:) A poza tym wiem, że zawsze jest jakiś powód. I wtedy też musiał być, mimo, że nie mogłam go dostrzec.

Przez piętnaście minut ona płakała, a ja wymyślałam kolejne pytania. „Chodzi o kurtkę?” „O koszulkę?” „Jest mokra?” „Drapie?” „W rękę?” „W szyję?” Potakiwała albo zaprzeczała.

Po jakimś czasie, niczym Herkules Poirot, odkryłam „dlaczego?”. Okazało się, że w szyję drapała Ewę metka od kurtki. Autystyczny klasyk:) Problem nie pojawił się wcześniej, bo zimą zwykliśmy ubierać Ewę w sukienkę/koszulkę, bluzę i dopiero na to kurtkę. Tak więc szyja chroniona była kapturem od bluzy. Ale zrobiło się cieplej i zrezygnowaliśmy z zakładania bluzy pod kurtkę. A tego konkretnego dnia, będąc w przedszkolu, Ewa pomoczyła koszulkę, w której przyszła rano – musiała więc ją zmienić. Na taką, która była bardziej wycięta przy szyi, co pozwoliło wrednej metce na atak.

Z przedszkola wyszłyśmy już bez płaczu. Przez kołnierz kurtki dyndały Ewie nogawki od legginsów, które robiły za „barierę przeciwmetkową”. Problem zażegnany.

W poszukiwaniu metod, które mogłyby pomóc Ewie w walce ze stresem i emocjami, czytam ostatnio „Self-Reg” Stuarta Shankera. W kolejce czeka również „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę” Agnieszki Stążki-Gawrysiak. I przyznaję, odczuwam pewną satysfakcję wiedząc, że intuicyjnie robiłam zawsze coś, co powinnam była robić 🙂

 

Mówienie i słuchanie

Mówienie i słuchanie

Obserwuję Ewę i widzę, jak wiele jest przestrzeni pomiędzy „potrafi zbudować i wypowiedzieć zdanie złożone” a „mówi i rozmawia – w potocznym tego słowa znaczeniu”. I w ogóle – jak różnie rozumiane są wyrażenia: „mówi”, „rozmawia”, „buduje zdania”, „komunikuje”.

Bo Ewa mówi. Komunikuje. Potrafi prowadzić dialog, buduje zdania. W zasadzie, jeśli wyrywkowo przeanalizujemy jej mowę, to nie będzie się pewnie zbyt wiele różnić od mowy innych dzieci.

Ale diabeł tkwi w szczegółach. Ewa rozmawia, owszem. Ale często potrzebuje dłużej się skupić, żeby coś powiedzieć. Zaczyna coś mówić i jakby się zacinała, szukała słowa, które powinno być następne. Trudno powiedzieć, czy to słów zapomina, czy raczej próbuje okiełznać kotłujące się w głowie myśli, które przeszkadzają jej w mówieniu. Czasami w trakcie dialogu w ogóle „odpływa” – odpowiada na jedno pytanie, a przy kolejnym już jest myślami zupełnie gdzie indziej. I koniec, wątek został zgubiony. Często też mówi cicho, po nosem, jakby uważała, że to nie ona, ale pytający powinien zatroszczyć się o to, czy jej wypowiedź w ogóle została usłyszana.

Rozmowa z Ewą wymaga dużego zaangażowania, cierpliwości i skupienia. Trzeba się pochylić – często dosłownie 🙂 – i naprawdę POSTARAĆ SIĘ wysłuchać tego, co mówi. Potem zadać pytanie, ale tak, żeby nie zdążyła odpłynąć myślami. Jeśli widać, że zbyt długo myśli nad odpowiedzią – samemu zastanowić się, czy pytanie przypadkiem nie było zbyt ogólne. Być może powtórzyć je, uściślić, zmienić w pytanie zamknięte. Jeśli zaczyna mówić – poczekać cierpliwie, aż zbierze myśli i pozbiera kolejne słowa. Nie zadawać kolejnych pytań, żeby nie zbijać jej z tropu. Ewentualnie podpowiedzieć jakieś słowo. A jak już skończy mówić – dać jej do zrozumienia, że usłyszało się to, co powiedziała.

Podobno dzieciom ze spektrum autyzmu łatwiej nawiązać kontakt z osobą dorosłą niż z innym dzieckiem. Myślę, że problem leży częściowo właśnie w umiejętności rozmawiania. Bo rozmowa z autystą często wymaga umiejętności, których dzieci po prostu jeszcze nie posiadają. Problem jednak w tym, że często nie posiadają ich również dorośli. Zauważyliście, jak mało ludzi potrafi słuchać? Ale tak, żeby faktycznie usłyszeć, co się do nich mówi? Jak mało ludzi ma cierpliwość, żeby wysłuchać czyjejś wypowiedzi do końca, bez przerywania?

Wszyscy powinniśmy nieustannie pracować nad swoimi umiejętnościami w zakresie rozmawiania. Bo jeśli jedna strona słabo słucha, a druga słabo mówi, to razem – nigdy się nie dogadają 🙂

Szczęście

Szczęście

Co dla Was oznacza słowo „sukces”?

Na etapie ciąży z Ewa miałam tylko jedno życzenie – żeby urodziła się zdrowa. Ale potem, kiedy była już na świecie, kiedy policzyliśmy wszystkie paluszki u rąk i nóg, a lekarze dali wypis ze szpitala – wtedy pojawiły się kolejne oczekiwania. Marzenia mniejsze i większe. Bo wiecie, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Przez kolejne miesiące patrzyłam na nią i próbowałam odgadnąć, kim będzie i co wspaniałego w życiu osiągnie. Może zostanie lekarką? Inżynierem? Może odkryje szczepionkę na raka albo założy firmę technologiczną na miarę kolejnego Apple’a? Bo, że nauczy się chodzić, mówić i czytać, że skończy liceum i pójdzie na studia – to przecież zupełnie oczywiste.

Kiedy miała 14 miesięcy, po raz pierwszy usłyszeliśmy, że ma całościowe zaburzenia rozwojowe. W zasadzie to domyślaliśmy się wcześniej, jednak żadne z nas nie wypowiadało głośno słowa na „a”. Potwierdzenie naszych przypuszczeń przez specjalistów zmieniło nasze dalsze życie – skupiliśmy się na terapii, na analizowaniu trudności Ewy i krok po kroku – eliminowaniu ich.

Z czasem zdałam sobie sprawę, że zmieniły się też moje oczekiwania i marzenia. Nie marzyłam już o tym, że pewnego dnia zostanie inżynierem. Ani o tym, że pójdzie na studia. Skupiłam się na dążeniu do celów, których osiąganie było dla innych dzieci zupełnie naturalne. Żeby zaczęła mówić. Żeby potrafiła narysować prosty kształt. Żeby dała sobie radę w integracyjnej grupie przedszkolnej – póki co z nauczycielem wspomagającym, ale może kiedyś już bez takiego wsparcia? W pewnym momencie nawet zdałam sobie sprawę, jak bardzo moje marzenia zostały zrewidowane i jak bardzo… się zmniejszyły?

To smutne zdać sobie sprawę, że z marzeń o studiach i fajnej pracy człowiek przechodzi do marzeń o skończeniu przez dziecko podstawówki.

Pewnego dnia przeglądałam jednak stare wpisy na blogu i trafiłam na jeden z pierwszych, które napisałam zaraz po diagnozie. A tam taki tekst: „Moje dziecko może być pryszczate, może nie mówić, może być „niedoskonałe” na wiele sposobów – ale nie zgadzam się, żeby było smutne.” I zdałam sobie sprawę z czegoś, do czego właściwie od momentu diagnozy instynktownie dążyliśmy. Zrozumiałam, że moje oczekiwania wcale się nie zmniejszyły, ale to ja zaczęłam je inaczej definiować. Już nie chodziło o to, żeby Ewa była prymuską, poszła na prestiżowe studia czy znalazła świetnie płatną pracę. Ale o to, żeby była po prostu szczęśliwa – bez względu na to, co będzie chciała w życiu robić.

Jeśli rozłożymy „szczęście” na jego składowe, to otrzymamy: pewność siebie, poczucie własnej wartości, poczucie bezpieczeństwa, optymizm, bycie akceptowanym. To, co wokół, jest z reguły chwilowe i od nas niezależne, więc trzeba skupić się raczej nad tym, jak my do tego „wokół” podchodzimy. Nie wiem, na ile można nauczyć dziecko optymizmu, ale wierzę, że mamy wpływ na to, czy Ewa czuje się akceptowana i wartościowa.

I nawet jeśli w danym momencie nakłaniamy ją do czegoś, co niekoniecznie jej się podoba – np. wymagamy od niej mówienia pełnymi zdaniami – to po to, żeby było jej łatwiej funkcjonować w grupie. Żeby nie miała poczucia, że brak jakiejś podstawowej umiejętności w jakiś sposób ją ogranicza. Czasami skupiamy się na dążeniu do bardziej odległego, długoterminowego „szczęścia”.

Zauważyliście, w jaki sposób opowiadamy o swoich dzieciach? Albo w jaki sposób opowiadają o nas rodzice? „A. wygrała konkurs matematyczny”, „B. dostał pracę w Warszawie i właśnie kupił tam mieszkanie”, „C. zdała świetnie maturę i dostała się na wybrany kierunek studiów”. Nikt raczej nie mówi: „D. jest szczęśliwy”.

Dlaczego?

P3300004.jpg

Tę notkę pisałam ponad trzy miesiące. Zaczęłam na początku stycznia. Musiała dojrzeć.

#niekupujewempiku

#niekupujewempiku

Ja w zasadzie nie jestem jakoś specjalnie mściwa czy pamiętliwa. Zdaję sobie sprawę, że ludzie popełniają błędy, że mają prawo mieć gorszy dzień. A poza tym – rozpamiętywanie jakichś drobiazgów naprawdę nie ma większego sensu, lepiej skupić się na tym, co pozytywne.

Czasami jednak cierpliwość mi się kończy. Szczególnie, kiedy po kolejnym kredycie zaufania nacinam się raz jeszcze. Szczególnie, kiedy bezpośrednio poszkodowanym nie jestem ja, ale któreś z moich dzieci. Wtedy włącza mi się tryb „krzywd wyrządzonych rodzinie się nie wybacza”.

Tym razem poszło o książki.

Zrobiłam dosyć spore zamówienie w Empiku. Prezenty na urodziny Ewy: kilka nowych komiksów z Calvinem i Hobbesem, puzzle, książkę o pingwinach. Oprócz tego książkę „Pod Ziemią Pod Wodą” Mizielińskich, która miała być prezentem dla Karola, do którego na urodziny Ewa szła w zeszły piątek. Zamówienie wysłałam w sobotę, 16 marca, co przy opcjach „wysyłamy w 1-2 dni robocze” i „odbiór samodzielny w salonie Empiku” powinno być masą czasu (do Karola Ewa szła 22 marca).

NIE BYŁO.

Najpierw zamówienie miało być do odbioru 19-20 marca, później przesunięto je na 20-21 marca. W czwartek (21 marca) po południu Dawid zaczął sprawdzać, czy jest już do odbioru.

NIE BYŁO.

I żeby jeszcze zadzwonili, że się spóźnią, że żeby nie czekać, że może wyślą część a resztę później – nie. Co im tam po jednym malutkim zamówieniu na 160 zł, nie? Co to dla takiego Empiku. Przecież klient poczeka, co mu szkodzi. A nawet jak nie poczeka, to ile to jest, takie 160 zł dla spółki, która ma obroty na poziomie 1,7 mld zł rocznie?

Zamówienie odwołaliśmy. Książkę dla Karola zlokalizowaliśmy stacjonarnie w Księgarni im. Baczyńskiego. Promocja była, więc Ewa dodatkowo wysępiła u Taty kolejną książkę o pszczołach.

Z komiksami o Calvinie już nie chciałam ryzykować (trzeba je zamawiać przez internet), więc na urodziny kupiłam już Ewie grę. Komiksy będą na dzień dziecka.

A jeśli chodzi o Empik – obiecałam sobie, że moja noga (zarówno fizycznie jak i wirtualnie) już więcej u nich nie postanie. A ci, którzy znają mnie osobiście wiedzą, że potrafię być uparta jak stado osłów (swoją drogą to jest cecha, którą odziedziczyła po mnie Ewa). Stacjonarnych sklepów unikam już od dawna – więcej tam „pierdzioletów” (jak mówi Ewa) niż książek i płyt. Ale zamawianie w empik.com było po prostu wygodne – mieli największą ofertę spośród wielu księgarni i w ten sposób było najłatwiej. Ale choćbym miała jeździć po całej Warszawie czy zamawiać każdą książkę w innej księgarni/wydawnictwie, to od nich będę się trzymała z daleka. I piszę to tutaj po to, żeby pamiętać. Bo jak napiszę i się zdeklaruję, to już nie ma siły – w Empiku zamawiać nie będę.

Na studiach uczono mnie, że utrzymanie jednego klienta jest dla danej firmy tańsze, niż pozyskanie nowego. A zdenerwowany klient to w ogóle tragedia, bo gada taki o swoim zdenerwowaniu i sieje ferment. Ja tam gadać średnio lubię, wolę coś sobie policzyć. Na przykład to, ile Empik straci na tym, że nie dosłał mi na czas tej książki dla Karola.

Stan na 2019-03-29: 99 zł (gra zamiast Calvina i Hobbes’a) + 94,85 zł (dwie książki w księgarni im. Baczyńskiego) = 193,85 zł

Jeśli ktoś chciałby się przyłączyć do mojego bojkotu – nie będę protestować:)

#niekupujewempiku