Mucha

Mucha

Pierwszy pełny szkolno-terapeutyczny tydzień zmęczył nas chyba bardziej, niż przypuszczaliśmy. Po spacyfikowaniu dzieciaków w piątek wieczorem, jedyne, do czego byliśmy zdolni, to zwalić się na kanapę i gapić tępo w telewizor. Automatycznie włączające się kolejne odcinki serialu pozwoliły nam w zasadzie zredukować liczbę wykonywanych ruchów do zera.

Nagle tę naszą piątkową sielankę przerwała latająca po pokoju mucha. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że upodobała sobie okolice kanapy, nieznośnie prowokując nas do poruszenia się.

W pewnym momencie Dawid najwyraźniej nie wytrzymał, i starając się za bardzo nie poruszać głową, zaczął się rozglądać w poszukiwaniu łapki na muchy. Niestety, w zasięgu ręki (zarówno jego jak i mojej), żadnej łapki nie było.

– A podaj mi młotek – powiedział, wskazując ruchem oczu lokalizację pozostawionego przez Piotrka sprzętu.

– Żebyś mógł zabić tę muchę?

– Tak.

– Na mnie?! – oburzyłam się, nawiązując do naszej niegdysiejszej (wciąż nierozstrzygniętej) polemiki na temat: „miejsc, w które można uderzać chcąc zabić muchę i dlaczego nie powinno się do nich zaliczać członków swojej rodziny”.

– No. Teraz akurat siedzi ci na głowie…

Osiem lat. Tak wygląda małżeństwo z ośmioletnim stażem, proszę Państwa… 😉

Poranne rozmowy

Poranne rozmowy

Po porannych zajęciach z Panią Psycholog, postanowiłyśmy przed ruszeniem do szkoły zajść do mieszczącej się nieopodal Żabki – w celu nabycia jakiegoś przysmaku na drogę. Czasu było niewiele (Ewa była już spóźniona na drugą lekcję), więc prawie przebiegłyśmy przez sklepik, złapałyśmy w locie bagietkę czosnkową, po czym podeszłam do kasy, żeby zapłacić. Ewa zniknęła mi na chwilę z oczu.

Gdy wyszłyśmy ze sklepu, zagaiła:

– A wiesz, że są takie tabletki, które zmieniają płeć?

– Eeeee… – nieco mnie przytkało – a skąd wiesz?

– No, czytałam.

Aha. Czyli dorwała w sklepie jakąś gazetę, jak płaciłam za bagietkę.

– Wiesz, to nie jest takie proste z tą tabletką… nie ma tabletek na zmianę płci. Czasem, bardzo rzadko, ludzie rodzą się z mózgiem, który nie do końca pasuje do płci, którą ma ich ciało. Ale to jest… to jest taki błąd natury, anomalia. I później te osoby bardzo z tego powodu cierpią, często decydują się na zmianę płci, ale to nie jest tak, że jedna tabletka i „pyk”, już inna płeć, ale to bardzo długi proces, muszą mieć operacje, przyjmują odpowiednie hormony… I to nie jest proste, trzeba bardzo wspierać takie osoby. – starałam się jakoś sprostać tematowi, nie zagłębiając się w ogóle w kwestię kretyńskich plotek, jakoby ktoś komuś mógł tabletką coś w jego płciowości pozmieniać, a do których pewnie odnosił się nagłówek, który Ewa przyuważyła.

A wszystko to jeszcze przed 10 rano, po średnio przespanej nocy i z niewystarczającą zawartością kofeiny we krwi, podczas wsiadania do auta.

A Wy, co robiliście dziś rano? 🙂

PS. Na trasie Pani Psycholog – Szkoła stoi słynna na całe Bielany (a może i dalej) furgonetka ze zdjęciami płodów i antyaborcyjnymi hasłami. Często zatrzymujemy się tam na światłach, tuż obok tej furgonetki (tak blisko, że gdyby Ewa otworzyła okno, mogłaby ręką dotknąć jej zderzaka). Chyba czas zmienić trasę, bo na dyskusję „kto i dlaczego to postawił” chyba nie mam póki co energii (zresztą, nie ułożyłam sobie jeszcze takiej przemowy, która nie zawierałaby słów powszechnie uznanych za obraźliwe).

Pokolec

Pokolec

– W Biedronie mieli promocję, można było kupić atlas geograficzny dla klas 5-8… – powiedziałam do Dawida, wskazując na leżącą na stoliku w salonie książkę – I wiesz, ja kupiłam ten atlas… Ale ciągle się zastanawiam, czy to już jest objaw pokolca*, czy może dobre zrozumienie potrzeb i zainteresowań naszej córki?

– Trudno powiedzieć – odparł Dawid, który akurat zbierał się do pójścia po Piotrka. – Myślę, że to się okaże.

Chwilę później w salonie zjawiła się Ewa, która właśnie skończyła myć ręce po powrocie ze szkoły. Dojrzała atlas. Zaczęła go przeglądać.

To było wczoraj. Dzisiaj przeglądała go dalej, zaczęła też dzielić się pierwszymi wnioskami: że w Hiszpanii jest więcej turystów niż mieszkańców, a z kolei w Albanii jest bardzo mało turystów, mieszkańców zresztą też. Albo, że nasz telewizor najprawdopodobniej został wyprodukowany w Nadrenii Północnej-Westfalii, że Sephora jest firmą francuską, a Lego – duńską.

(Dawid oczywiście chciał od razu tłumaczyć Ewie koncepcję odwzorowania Merkatora, ale zasugerowałam, żeby jednak dał sobie póki co spokój. Jednak jak znam życie, to niedługo wróci do tematu:) )

Czyli chyba jednak dobre zrozumienie potrzeb 😉

*) pokolec – któregoś razu chciałam powiedzieć mojemu Mężowi, że ma na punkcie czegoś tzw. pierdolca (nie pamiętam już, o co wtedy chodziło, w przypadku Dawida z pewnością parę rzeczy można by było wymienić :)). No, ale wokół kręciły się Potwory, więc posługując się tajnym kodem, skomentowałam jedynie, że wg mnie ma coś, co zaczyna się od „p” i kończące się na „olec”. Na co mój mądry Mąż (biegły zarówno w naukach przyrodniczych, jak i w bajkach Pixara) odparował: „pokolec?”.

Przyjęło się 🙂

Najbardziej znany pokolec (Pokolec Królewski) – Dory 🙂

Siostrzana troska

Siostrzana troska

Rozmawiamy przez telefon z Dziadkiem G. Dzieciaki najwyraźniej wyczerpały wszystkie tematy do rozmów z Dziadkiem podczas naszej niedawnej, trwającej prawie tydzień, wizyty, a może są z jakichś innych powodów zmęczone życiem, bo małomówny jest nawet Piotrek (znany m.in. z tego, że to najbardziej komunikatywny i towarzyski członek naszej rodziny). Niemniej jednak staram się jakoś tę rozmowę moderować, w końcu Dziadek ma urodziny i należy mu się chwila konwersacji z wnukami.

– A wiesz Ewa, zacząłem już budować Zoo dla pluszaków* – wspomina Dziadek G.

– Dobrze. – odpowiada niemrawo Ewa.

– A wiesz – wtrącam – mówiłam wcześniej Dziadkowi, że moglibyśmy od czasu do czasu zamykać tam Piotrka, jak będzie za bardzo męczący. Co ty na to?

Po cichu mam nadzieję, że tym żarcikiem sprowokuję jakąś bardziej entuzjastyczną reakcję u mojej córki.

– Nie można. – odpowiada stanowczo Ewa.

Czyżby przejaw siostrzanej troski o młodszego brata? Rodzinnej solidarności? Moje serce przez chwilę rośnie, na myśl, jak to bardzo Ewa dba o Piotrka…

…po czym iluzja pryska, gdy Ewa dodaje:

– … to nie małpiarnia.

🤦‍♀️

*) Zoo dla pluszaków – mebel, którego wykonanie zamówiliśmy u Dziadka G., a który ma na celu przechowywanie kolekcji maskotek zgromadzonej przez moją Córkę. Ma wyglądać mniej więcej tak, jak na poniższym zdjęciu:

źródło: Pinterest
Tańczyć na plaży

Tańczyć na plaży

Ledwo zaczął się sierpień, a już czuć zbliżający się wrzesień, a wraz z nim – początek nowej szkoły. Po wielu dyskusjach zdecydowaliśmy w końcu, że Ewa do pierwszej klasy pójdzie dopiero za rok, niemniej jednak nawet zerówka w szkole podstawowej wydaje się być bardzo poważną sprawą. I czasem zastanawiam się, która z nas przeżywa to bardziej: Ewa czy ja.

Tymczasem jednak jesteśmy ciągle na wakacjach.

Wczorajsze popołudnie spędziliśmy podobnie jak kilka poprzednich – na plaży. Przyjeżdżamy około 18, kiedy z plaży zaczynają się już zbierać entuzjaści kąpieli słonecznych, więc jest na tyle pusto, że nie trzeba martwić się o trudności z zachowaniem dystansu społecznego (tego spowodowanego koronawirusem i tego spowodowanego naszą aspołecznością). Wczoraj dodatkowo było dosyć pochmurno, więc nikt z obecnych raczej nie rozkładał się plackiem na piasku.

Rozbiliśmy się w stałym miejscu – na wąskim pasie piasku pomiędzy brzegiem morza a płynącym przez plażę strumieniem. Podzieliliśmy się zadaniami („Ty ubezpieczasz Piotrka, ja Ewę” – powiedział Mąż), oparliśmy się o siebie plecami i każde z nas zaczęło obserwować „swoje” dziecko.

Jakiś czas później zostałam na ręczniku sama – Dawid towarzyszył akurat Piotrkowi, który postanowił odwiedzić każdą z wykopanych na brzegu strumienia „zatoczek” i trochę je przemodelować. Ja natomiast mogłam odwrócić się twarzą do morza, raz po raz rzucając okiem na Ewę, która, pogrążona zupełnie w swoim świecie, biegała nieopodal.

Ciekawa jestem, czy ktoś ją wczoraj zauważył, czy ktoś wczoraj również, tak jak ja, obserwował jej zachowanie. Biegała to w jedną, to w drugą stronę, wzdłuż brzegu. Co jakiś czas schylała się, żeby nabrać na łopatkę trochę mokrego piasku, po czym brała go po trochu do ręki i wrzucała do wody. Odbiegała wgłąb plaży, po czym wracała do morza. Podskakiwała, machała rękoma. Goniła ptaki. Cały czas coś do siebie mówiła, może nawet śpiewała? Trochę przypominało to połączenie rytuału zaklinania deszczu i tańca nowoczesnego.

Możliwe, że nikt nie zwrócił uwagi na roześmianą dziewczynkę w różowym stroju we flamingi. Większość plażowiczów spędzała czas w czyimś towarzystwie i na tym towarzystwie była skupiona. Prawie nikt nie był sam. Były grupy ludzi grających w siatkówkę plażową. Dzieciaki próbujące swoich sił na skimboardach (przy czym niektórzy – robiący naprawdę niesamowite rzeczy). Rodzice z małymi dziećmi, którzy, tak jak my, raczej unikają słońca. Spacerowicze, w większości już w bluzach, bo chmury i wiatr od morza sprawiły, że zrobiło się dosyć zimno. Nawet mewy wydawały się poruszać stadnie, przeszukując piasek w poszukiwaniu pozostawionych przez plażowiczów resztek jedzenia.

I gdy tak siedziałam na ręczniku, ze stopami schowanymi w przyjemnie mokrym piasku, owinięta ręcznikiem (bo bluzę zostawiłam w samochodzie), moje myśli znowu zaczęły krążyć wokół zbliżającego się września i szkoły. Wokół plecaka, który musimy kupić, chociaż wszystkie wydają się być o wiele na Ewę za duże. Wokół butów na zmianę i tenisówek na wf.

I wokół nowych koleżanek i kolegów Ewy.

Czy znajdzie tam sobie przyjaciół? Choćby tylko jednego, ale takiego, który ją zrozumie. Czy zaakceptują jej nieco ekscentryczne momentami zachowania? Co pomyśleliby sobie, gdyby zobaczyli ją teraz? No i czy ona będzie na tyle otwarta, żeby wpuścić kogoś do swojego świata, zatrzymać się na chwilę w swoim tańcu, porozmawiać, pobawić się z kimś, a nie tylko sama?

Przymknęłam na chwilę oczy, próbując skupić się na szumie morza i wyciszeniu myśli. Wiatr rozwiewał mi włosy, mewy skrzeczały, w oddali słychać było śmiech dzieci. Znów byłam na plaży, znów były wakacje.

Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam Ewę rzucającą swoje zaklęcia w kierunku morza. Szczęśliwą. Rozejrzałam się w poszukiwaniu chłopaków. Musiałam się obrócić, tak daleko odeszli. Ledwo ich zresztą było widać, na szczęście na relatywnie pustej plaży dosyć łatwo dostrzec faceta w żółtej koszulce, towarzyszącego chłopcu w kapeluszu.

I tak rozglądając się po plaży, zauważyłam Chłopca. Chodził w tę i z powrotem i coś mówił, wymachując przy tym palcem wskazującym – zupełnie, jakby tłumaczył coś niewidzialnemu rozmówcy. Co chwilę schylał się, niby podnosząc coś z piasku. Czasem przyspieszał, podbiegał kawałek, później znowu zwalniał. Raz po raz podchodził do grupy dorosłych i dzieci, stojących nieopodal, zamieniał kilka słów, po czym wracał do swojej wędrówki.

Uśmiechnęłam się do siebie.

Bo wychodzi na to, że jest szansa – i to całkiem spora – że Ewa znajdzie kiedyś kogoś, kto nie tylko zaakceptuje jej dziwactwa, ale może nawet będzie je z nią dzielił. Może nie w tej klasie, może nie w tej szkole. Może w liceum. Na studiach. W pracy. Ale znajdzie. Bo w końcu nie jest jedyną osobą, która lubi „tańczyć” na plaży…

U fryzjera – Piotrek

U fryzjera – Piotrek

Kiedy blisko trzy lata temu pisałam notkę podsumowującą nasze przeboje z fryzjerem, myślałam, że wiem na ten temat prawie wszystko i gorzej już nie będzie. I w jakimś sensie miałam rację – Ewa stopniowo oswajała się z zabiegami wykonywanymi przez P. Sylwię. Niedawno po raz pierwszy dała się obciąć w pelerynie i bez telefonu w ręku, a to oznacza, że na chwilę obecną osiągnęła najwyższy stopień wtajemniczenia (kolejne levele typu farbowanie czy trwała może sobie kiedyś ogarniać we własnym zakresie).

I wtedy wkroczył ON. Cały na biało (a w zasadzie to blond – w przeciwieństwie do reszty naszej rodziny). I nam pokazał…

Dosyć szybko zorientowaliśmy się, że do fryzjera musi z Piotrkiem chodzić Dawid – jako jedyny miał bowiem dość siły, żeby utrzymać potwora w ryzach. Oswajanie z maszynką i nożyczkami, wykonywane w warunkach domowych niewiele dało. Próbowałam do niego podchodzić z golarką Dawida, żeby oswoił się z dźwiękiem – wrzask i ucieczka. Nożyczki – wrzask i ucieczka. Odwracanie uwagi bajką – nie ma takiej opcji. Po jakimś czasie dałam sobie spokój.

Pewnego dnia stwierdziłam, że może trzeba go sposobem, że może salony fryzjerskie dla dzieci, z bajerami w postaci foteli w kształcie samochodów wyścigowych coś jednak w sobie mają i akurat to na Piotrka podziała. Szczególnie, że fascynacja samochodami była akurat bardzo silna. W dużym skrócie – Pani wypróbowała na Piotrku chyba wszystkie swoje sposoby, a pół godziny później Piotrek nie był lżejszy ani o pół włosa (my natomiast – o 30 złotych).

No nic, tak niestety bywa. Co więcej, zaczęliśmy coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że będzie trzeba zrobić Piotrkowi diagnozę integracji sensorycznej – na nadwrażliwość w obrębie głowy wskazywałaby nie tylko niechęć do zabiegów fryzjerskich, ale też niechęć do bycia polewanym wodą (np. podczas mycia włosów) czy unikanie niektórych dźwięków. A że włosy obcinać trzeba, robiliśmy to w dalszym ciągu na siłę.

Podobnie było wczoraj. Najpierw golenie maszynką – ryk i pisk, a więc Dawid zakłada Piotrkowi nelsona, a Pani Sylwia stara się jak najszybciej skończyć robotę. Po chwili – zmiana na nożyczki. Część obciętych włosów w ferworze walki wylądowała Piotrkowi na twarzy, więc Pani Sylwia bierze ręcznik i stara się je zetrzeć. Piotrek milknie. Łapie ręcznik i mocniej przyciska go do twarzy, tak, że ręcznik zasłania mu oczy i nos.

Pani Sylwia patrzy zdziwiona, po czym chwyta nożyczki i zaczyna ciąć.

Cisza.

Patrzymy po sobie. Przez chwilę zaczynam się nawet zastanawiać, czy chłopak nie poddusił się tym ręcznikiem, ale nie – oddycha, porusza nawet rękami, żeby poprawić ułożenie ręcznika.

– No, tego jeszcze nie grali – śmieje się Pani Sylwia i wraca do pracy.

Piotrek jest spokojny już do końca wizyty, Dawid rozluźnia uścisk, ale on w ogóle się nie wyrywa.

Wniosek – Piotrek ma coś z sokoła (albo konia – chociaż sokół brzmi jakoś dumniej): trzeba mu zasłonić oczy, wtedy jest mniej nerwowy 😉

Piotrek u fryzjera. Źródło: Wikipedia

Układy łóżkowe

Układy łóżkowe

Mamy z Ewą taki zwyczaj, że w weekendy może spać z nami w sypialni. Geneza tego układu sięga zeszłego lata, kiedy to Ewa zaczęła bać się sama spać i sama zasypiać. Był to jeden z objawów stanów lękowych, które pojawiły się u niej pod koniec jej kariery w poprzednim przedszkolu. Za dużo zmian, za dużo obciążeń, no i każdy wieczór kończył się płaczem, żeby zostać z nią aż do zaśnięcia, a później spać z nią aż do rana. I przez jakiś czas tak spaliśmy. Później, w miarę, jak sytuacja się uspokajała, zaczęliśmy to powoli ograniczać – przed zaśnięciem zostawaliśmy z nią coraz krócej i spaliśmy z nią tylko w niektóre noce. No i w pewnym momencie wprowadziliśmy obecny układ – w piątki i soboty śpimy razem.

Oczywiście, w pozostałe dni tygodnia pojawiało się czasem marudzenie na temat wspólnego spania, ale było tego zdecydowanie mniej niż wcześniej. I nie było tak jak wcześniej podszyte histerią i strachem, bardziej przypominało akademicką dyskusję z wymianą argumentów obu stron.

Któregoś dnia właśnie taką dyskusję przeprowadził z Ewą mój Mąż:

Ewa: A czy dzisiaj też mogę z wami spać?

Dawid: Dzisiaj jest niedziela. Spałaś z nami wczoraj i przedwczoraj. Dzisiaj ja śpię z mamą sam.

Ewa: Ale ja też chcę spać z kimś! Spanie z kimś jest fajne!

Dawid: Wiem, dlatego ja też chcę sobie pospać z mamą. Jak będziesz duża, to sobie znajdziesz męża. Albo żonę. I wtedy będziesz mogła spać z kimś co noc.

Myślałam, że Ewa zacznie dopytywać o tę „żonę”, ale nie. Przeszła nad tą informacją do porządku dziennego.

A ja uśmiechnęłam się w duchu.

Nie mam zamiaru rozpisywać się tutaj na temat mojego podejścia do tematu osób LGBT+, bo w zasadzie o czym tu pisać. Wszyscy powinni być traktowani równo, a jeśli ktoś dyskryminuje drugą osobę ze względu na jej orientację seksualną, to będzie tak samo skłonny do dyskryminacji ze względu na płeć, pochodzenie, religię czy niepełnosprawność.

Ale temat „ideologii LGBT+” ma dla mnie, jako rodzica, również wymiar mikro. Taki wewnątrz-rodzinny. Chciałabym, żeby moje dzieci wiedziały, że w pełni je z Dawidem akceptujemy. Że mogą przyjść do nas z każdym problemem, z każdym wyzwaniem, a my zawsze będziemy potrafili ich wysłuchać i wesprzeć. Że nie muszą ukrywać przed nami tego, jacy są. Jesteśmy ich rodzicami, a to rodzice kochają i akceptują nawet wtedy, kiedy nikt inny nie kocha i nie akceptuje.

Jeśli jest inaczej, jeśli będzie inaczej – to znaczy, że mocno coś w tym całym rodzicielstwie skopaliśmy.

Weekendowe osiągnięcia

Weekendowe osiągnięcia

Długi weekend spędzamy z Babcią Olą w jej domku letniskowym. Mam już ponad siedem lat doświadczenia w macierzyństwie, lecz nieustannie mnie zaskakuje, ile bałaganu w tak krótkim czasie potrafią wygenerować moje dzieci! Po zaledwie kilku godzinach od naszego przyjazdu, trawnik przed domkiem wyglądał tak, jakby eksplodował na nim średniej wielkości kram z zabawkami. Dmuchany basen i dmuchane zwierzęta prawie naturalnych rozmiarów, łopatki, wiaderka, pukawki na wodę, plastikowe samochody, siatki na motyle – cały dorobek ostatnich lat, przechowywany tu pieczołowicie przez Babcię.

Do wieczora wzbogacili się o pluszowego Pikachu, wędkę, latarkę i balonik z Psim Patrolem. Pochłonęli w sumie pięć gofrów z cukrem pudrem i pół loda czekoladowego (Ewa). Piotrek zaprzyjaźnił się z wszystkimi pieskami mieszkającymi w okolicznych domkach, aczkolwiek jeszcze nie na tyle, żeby dać się im polizać po dłoni. Ale spokojnie, będziemy tu do niedzieli.

Po popołudniowym spacerze wszyscy rozeszli się do swoich ulubionych zajęć. My usiedliśmy na tarasie wraz z miską truskawek i ciastem czekoladowym. Piotrek zawisł na płocie i obserwował przechodzących spacerowiczów (możliwe, że zwyczaj ten podpatrzył u poznanych wcześniej piesków). Ewa natomiast robiła to, co chyba jest dla niej kwintesencją wakacyjnych pobytów u Babci – odkręciła wąż z wodą, zrobiła kałużę i zaczęła w niej skakać.

Wkrótce odkryliśmy jeszcze jedno jej dzieło, wymalowane na ścianie domku pędzlem, który najwyraźniej nie był do końca wypłukany po ostatnim malowaniu płotu.

I wiem, że powinnam być na nią zła, że tak zabrudziła ścianę. Ale z drugiej strony – napisała coś z sensem, po angielsku, i do tego bezbłędnie 🙂

I ❤ MUD (tłum. Kocham błoto)