Obserwacje

Obserwacje

Tydzień temu wreszcie byłam z Piotrkiem na obserwacji u P. Psycholog. I zgodnie z naszymi przewidywaniami „zaliczył” wszystko śpiewająco! Następna wizyta kontrolna za jakieś pół roku, ale póki co jesteśmy spokojni.

Swoją drogą, to fascynujące. Jeśli zaburzone dziecko jest dzieckiem pierwszym, to człowiek nie zdaje sobie sprawy z wielu jego niedostatków czy problemów. Przyzwyczaja się do pewnych zachowań i uważa je za normę. Uczy się jakoś sobie z tym radzić. My nie odczuwaliśmy jakoś specjalnie tego, że Ewa danej rzeczy nie robi – nie robi to nie robi. Często nie wiedzieliśmy, że powinna.

I nagle pojawił się Piotrek. I w miarę jak on rósł, jak nabywał nowe umiejętności, zaczęliśmy zdawać sobie sprawę z tego, jak wielu rzeczy Ewa po prostu nie robiła. Albo jak wiele rzeczy Piotrkowi przychodzi z łatwością w wieku np. 7 czy 10 miesięcy, a u niej te same umiejętności pojawiały się dopiero po wielu miesiącach terapii, w drugim albo nawet w trzecim roku życia.

Diagnoza pierwszego dziecka to wiele dodatkowych problemów, których nie ma rodzic „kolejnego dziecka z diagnozą”. Łatwiej przegapić objawy, bo nie ma się doświadczenia. Trudniej zdecydować się na kolejne dziecko (a ludzie jednak często marzą o minimum dwójce). Ale z drugiej strony – nie przeżywa się tak każdego braku spojrzenia czy niewypowiedzianego „mama”…

Piórnik

Piórnik

Podczas ostatnich zakupów w znanym sklepie z wyposażeniem mieszkań i klopsikami – kupiłam sobie piórnik. Wróciłam ostatnio do szkoły, na zajęciach dużo pisania i liczenia zadań, więc potrzebowałam czegoś do transportowania zapasu dobrze zatemperowanych ołówków (okazuje się, że plastikowy woreczek średnio się do tego nadaje – zaostrzone ołówki go po prostu dziurawią ;)). Oprócz tego kupiliśmy oczywiście całą stertę mniej lub bardziej przydatnych rzeczy – w tym wielką skrzynkę na przybory plastyczne dla Ewy. Niestety, nie udało nam się nabyć tego, po co tam przyjechaliśmy – nowej lampy do sypialni.

Siedzimy później z Ewą przy stole. Ja przekładam swoje ołówki z plastikowego woreczka do nowego piórnika, a Ewa coś tam rysuje. Nagle dojrzała co robię i pyta:

To twój nowy piórnik? Zabierzesz go do szkoły? 

Tak, właśnie wkładam do niego ołówki, żeby mieć czym pisać. 

Ja też zabiorę swój PIÓRNIK – mówi Ewa, głaszcząc ręką swoją nową skrzynkę – jak już pójdę do szkoły.

Dobrze, że jej piórnik ma rączkę, bo do plecaka z pewnością się nie zmieści… 😉

IMG_0526

Supermoce

Supermoce

Wierzę, że każde dziecko jest wyjątkowe. Że każde posiada jakąś unikalną supermoc. Nie twierdzę oczywiście, że moje dzieci są najlepsze, nie próbuję porównywać ich z innymi w klasycznych kategoriach typu: „kiedy usiadło – wstało – zaczęło mówić – czytać – ile ma zębów”. Zresztą, nie oszukujmy się – większość ludzi wcześniej czy później opanowuje sztukę czytania czy chodzenia, więc nie ma w tym zazwyczaj nic wyjątkowego 😉

Niemniej jednak – każde z moich dzieci posiada pewne unikalne cechy, które dla mnie są absolutnie wyjątkowe.

Na przykład Ewa ma moc rozśmieszania Piotrka. „Co w tym niesamowitego?” – zapytacie, skoro Piotrek uśmiecha się do wszystkich, łącznie z pielęgniarkami trzymającymi strzykawkę ze szczepionką w ręku. Otóż Ewa potrafi rozśmieszyć go ZAWSZE. Nawet wtedy, kiedy on dopiero co się uderzył i zanosi się płaczem. Wystarczy, że Ewa od niechcenia zrobi śmieszną minę lub machnie ręką – i on już zaczyna rechotać. Przez łzy. A jeśli ja powtórzę tę samą sekwencję min/ruchów, to w najlepszym wypadku zostanę obrzucona spojrzeniem: „o co ci matka w zasadzie chodzi?”.

Piotrek z kolei posiada moc zasypiania (i spania) w największym możliwym hałasie. Młot pneumatyczny na tarasie obok naszego? Spoko. Wiertarka udarowa w mieszkaniu obok? Nie ma najmniejszego problemu. Ostatnio na przykład uciął sobie w takich warunkach trzygodzinną drzemkę.

Piotrek potrafi również rozmontować sprzęty, które teoretycznie nie powinny dawać się tak łatwo rozmontowywać. Powyciągał już listwy maskujące spod szafek w kuchni (wraz z uszczelkami). Początkowo wkładaliśmy je z powrotem, ale z uporem maniaka je ponownie wyciągał, więc daliśmy sobie spokój. Rozmontował też część przedmiotów z tablic manipulacyjnych zrobionych przez Dziadka G. Robi to oczywiście bez żadnych narzędzi. Jeśli zatem macie jakieś meble do rozłożenia – mogę go Wam za niewielką opłatą udostępnić. Albo nawet – za darmo. Ale wyżywienie pracownika już na Wasz koszt 😉

Moje dzieci – takie zdolne 🙂

Powody do śmiechu

Powody do śmiechu

Jesteśmy w Macu. Ewa popija swój „soczek jabłuszkowy” z bidonu (bo musi mieć swój). Ale bidon nie jest dobrze dokręcony, cieknie, i nagle robi jej sie na koszulce plama. Poniżej brody, po prawej stronie. Plama niewielka, ale Ewa wyjątkowo nie lubi mokrych ubrań, jest więc na granicy histerii i już zaczyna tę koszulkę ściągać.

– To może… włóż sobie Klapcia pomiędzy to mokre a ciało? To nie będzie cię dotykać. – próbuję ratować sytuację, wykorzystując to, co mamy pod ręką.

– A jak on się pomoczy?

– Nie pomoczy się – dodaje Dawid.

– Ale wszyscy będą się śmiali… – Ewa dalej marudzi, wpychając sobie pluszaka pod koszulkę – …że mam tylko jedną pierś!

Tak. Z pewnością właśnie z tego powodu 😀

Pytania i odpowiedzi

Pytania i odpowiedzi

Mamo, a kto to jest „papież” – zapytała pomiędzy kolejnymi kęsami wafelka kakaowego, którego kupiła chwilę wcześniej w sklepiku na basenie.

No wiesz, papież to… taki zastępca Pana Jezusa na Ziemi. Szef wszystkich szefów w Kościele. 

Aha. 

A czemu pytasz? Gdzie usłyszałaś takie słowo?

W odcinku [„Byli sobie wynalazcy” – przyp. aut.] o Leonardo daVinci było. 

No tak.

 

Dzisiaj natomiast zapytała:

 – Mamo, a co to jest „chinina”? 

 

Coś czuję, że dosyć szybko wymięknę, jeśli poziom trudności jej pytań będzie się zwiększał w takim tempie. Mam nadzieję, że nauczy się do tego czasu czytać, wtedy będę tylko odpowiadać: „poszukaj sobie w Wikipedii” 😉

Ewolucja

Ewolucja

– Mamooo, a czy twoja babcia przeszła ewolucję gatunkową? – zapytała któregoś ranka.

– Eeee… Ale co przez to rozumiesz?

– No wiesz, że najpierw była bakterią, później rybą, później gadem…

I tym właśnie sposobem zostałam zmuszona do tłumaczenia pięciolatce koncepcji ewolucji. Rano, zanim jeszcze porządnie się obudziłam.

Mam też wrażenie, że moja Babcia, skądinąd bardzo pobożna osoba, nie byłaby zadowolona, że ktoś ją podejrzewa o taką przeszłość…

Pętla

Pętla

Jak u dziewięciomiesięczniaka wygląda algorytm związany ze ssaniem smoczka? Najprawdopodobniej tak:

-> Widzę smoczek.

-> Biorę smoczek do ręki.

-> Jeśli mam coś w buzi, to wypluwam.

-> Wkładam smoczek do buzi i zaczynam ciumkać.

-> Rozglądam się.

Ciekawie robi się wtedy, kiedy przed owym dziewięciomiesięczniakiem położy się np. trzy smoczki. Wtedy możemy łatwo go zapętlić.

-> Widzę smoczek.

-> Biorę smoczek do ręki.

-> Jeśli mam coś w buzi, to wypluwam.

-> Wkładam smoczek do buzi i zaczynam ciumkać.

-> Rozglądam się.

-> Widzę smoczek.

-> Biorę smoczek do ręki.

i tak dalej…

Dzisiaj spędził dobre pięć minut na wkładaniu i wypluwaniu kolejnych smoczków, dopóki dwa z nich nie spadły tak, że zniknęły z jego pola widzenia.

Nie chcę nawet myśleć co by się stało, gdyby wypluwał je zawsze w to samo, dobrze widoczne miejsce… 😀

Błąd taktyczny

Błąd taktyczny

Większość rodziców (a w zasadzie – większość ludzi w ogóle) będzie się pewnie utożsamiać z tym stwierdzeniem: „wieczorem chciałabym/chciałbym odpocząć sobie w spokoju na kanapie”. Oczywiście, mam na myśli osoby dorosłe, bo dzieci w porach wieczornych zazwyczaj odpalają dodatkowe akumulatory i ze wszystkich sił starają się NIE POŁOŻYĆ, żeby rodzic przypadkiem sobie troszkę nie odpoczął.

Tutaj muszę uczciwie zaznaczyć, że nasze dzieci nie są pod tym względem jakoś bardzo męczące – z reguły jeszcze przed 20 są już oboje spacyfikowani i pozamykani w swoich pokojach. Co nie znaczy, że nie próbują z tym walczyć i jak najdłużej nas przy sobie zatrzymać 😉

Wczoraj przez większość dnia męczył mnie katar i ból głowy, więc z utęsknieniem wyczekiwałam chwili, kiedy położę Ewę spać i wreszcie dopadnę kanapy. Dodatkowa trudność polegała na tym, że Dawid pojechał na squasha, więc cały rytuał mycia i doprowadzenia jej do łóżka przypadł mnie. A to nie było łatwe. Niby już zmierzałyśmy do łazienki, ale co chwilę jeszcze było: „chce mi się pić”, „chce mi się jeść”, „pobawmy się w pajączusie”… Na etapie „strojenia min do lustra zamiast mycia zębów” wyrwało mi się zniecierpliwione:

 – Ewa, proszę cię, źle się czuję, chcę się dzisiaj jak najszybciej położyć, a ty ciągle przedłużasz.

Spojrzała na mnie uważnie. I nagle zauważyłam ten błysk w jej oku, jakby nagle zwęszyła nową okazję… Niestety, ból głowy przytępił mój refleks, więc zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, ona już kładła rękę na moim czole i z miną znawcy mówiła:

 – Tak… Masz rację. Musisz się położyć. – po czym wzięła mnie za rękę i prowadząc do swojego pokoju kontynuowała – Ja się tobą zaopiekuję. Położysz się w moim łóżku, przykryję cię kołderką. Dam ci jakiegoś pluszaczka, żeby ci było miło. Będziesz spała u mnie.

Chyba źle to rozegrałam…

Zabawa

Zabawa

Jedna z dziwniejszych zabaw autorstwa Ewy: jesteśmy bułką z masłem. Ktoś nas gryzie. Trafiamy na język, do kubków smakowych, później spotykamy gruczoły ślinowe i razem ze śliną wędrujemy przełykiem do żołądka. Tam jesteśmy trawieni, rozkładani na różne mikroelementy i wraz z krwią wędrujemy do poszczególnych komórek.

Ewa przydzieliła role w tej zabawie. Jaka jest moja?

„Tłuszczyczek” .

Mąż

Mąż

Właściwie to nie pamiętam, od czego wszystko się zaczęło. Możliwe, że od pewnej rozmowy, która miała miejsce kilka miesięcy temu.

 – Mam już braciszka, to teraz urodzisz mi siostrzyczkę. Albo bliźniaki!

Na usta cisnęło mi się „chyba po moim trupie!”, ale udało mi się sklecić bardziej dyplomatyczną odpowiedź:

 – Wiesz Ewa, mama niezbyt dobrze znosi bycie w ciąży, nie wie, czy powinna zajść w kolejną. Tak więc chyba będziesz musiała te bliźniaki urodzić sobie kiedyś sama. 

Ewa zaakceptowała moje wyjaśnienie i w zasadzie płynnie przeszła do planowania operacji „bliźniaki”. Jakieś podstawy teoretyczne już nawet miała – w końcu nie na darmo oglądała ciągle „Było sobie życie”. Niemniej jednak musiałam jej wytłumaczyć, że z tymi dziećmi to pewnie będzie musiała jednak trochę poczekać, poza tym najpierw musiałaby znaleźć kogoś, kto byłby ich tatą. Czyli poznać jakiegoś chłopaka, a może nawet wziąć z nim ślub?

Dosyć szybko ze stawki wyeliminowany został Dawid – w końcu jest już żonaty, a jego żona od razu zaznaczyła, że dzielić się nim nie zamierza 🙂 Następnym w kolejce facetem był Piotrek. Wytłumaczyłam więc, że osoby z nią spokrewnione – tata, brat czy wujek – mają już swoje funkcje i jej mężami być nie mogą. Musi szukać gdzieś indziej.

 – To w takim razie moim mężem będzie X!

X jest kolegą z przedszkola. Najwyraźniej takim najbardziej akceptowanym ze wszystkich kolegów, skoro w trybie ekspresowym awansował na narzeczonego. Celowo nie piszę, jak ma na imię – niech to pozostanie tajemnicą 😉

Rozpoczęło się więc planowanie. Ewa co jakiś czas wracała do tematu, raz po raz przypominając sobie o kolejnych szczegółach.

 – Ja też chcę taki mieć! – powiedziała kiedyś, kręcąc pierścionkiem znajdującym się na moim palcu.

 – To mój pierścionek zaręczynowy. Dostałam go od Taty.

 – Mi też Tata kupi!

 – Nie, pierścionek zaręczynowy to musi ci kupić twój narzeczony. 

Zamyśliła się na chwilę, po czym stwierdziła nonszalancko:

 – To X mi kupi. Ale najpierw sprawdzę w internecie i wybiorę, jaki bym chciała. 

Plany robiły się coraz bardziej rozbudowane. Pewnego dnia opowiedziała mi o tym, jaką będzie miała sukienkę („Taką jak ty!”) i buty („Srebrne i błyszczące!”). Jak będą miały na imię jej dzieci – chłopiec i dziewczynka. Kto będzie ich chrzestnym.

Wiele razy podpytywaliśmy ją, czy X wie o jej planach i czy się na nie zgodził. Twierdziła, że tak. Czy faktycznie wiedział – wciąż nie wiem, boję się zapytać:) Ewa najwyraźniej jednak wciąż rozmyśla nad swoim wyborem i X – jeśli faktycznie wiąże z Ewą swoją przyszłość – musi mieć się na baczności.

Jakiś tydzień temu odbierałam Ewę z przedszkola. Szłyśmy przez podwórko, gdy nagle zaczepił Ewę pewien chłopiec i wyciągając do niej rękę powiedział:

 – To dla ciebie. 

W dłoni trzymał mały, błyszczący kamyczek. Ewa łaskawie przyjęła prezent i podziękowała. Towarzysząca chłopcu mama wyjaśniła:

 – Mówił, że musi poczekać, żeby dać Ewie kamyk. Opowiadał, że Ewa to „ta dziewczynka, która dużo mówi”. 

[Na marginesie: zauważyliście? 🙂 „Dużo mówi”! Dla matki, która kiedyś tak długo czekała na pierwsze słowo i martwiła się, że ono nigdy się nie pojawi – to wielki komplement!]

W domu opowiedziałam o całym zdarzeniu Dawidowi i wspólnie udało nam się wyciągnąć od Ewy następujące fakty: chłopiec chodzi do starszaków, Ewa nie pamięta jego imienia (to nas akurat nie zdziwiło – ma z tym problem), a kamyk znaleźli wspólnie podczas zabawy w piaskownicy.

Następnego dnia miała być wycieczka. Dawid, chcąc podpuścić Ewę, zapytał:

 – Ewa, a twój nowy narzeczony też jedzie na wycieczkę? 

Zupełnie obojętnie, nie odrywając wzroku od książki, odpowiedziała:

– Nie. Ma siedzieć w piaskownicy i szukać mi nowych kamyków.

Czyli – jeśli jest tam jakaś miłość, to raczej jednostronna.

A dzisiaj, po tym, jak pewien chłopiec powiedział mi na klatce „dzień dobry”, stwierdziła:

 – Mamo, ten chłopiec powiedział ci „dzień dobry”. A ty mu odpowiedziałaś „dzień dobry”. Może będzie moim narzeczonym?

I nie wiem – cieszyć się, że za dobry materiał na męża uważa tego, który jest grzeczny dla jej matki? A może martwić się, że tak często zmienia zdanie? 😉