Mąż

Mąż

Właściwie to nie pamiętam, od czego wszystko się zaczęło. Możliwe, że od pewnej rozmowy, która miała miejsce kilka miesięcy temu.

 – Mam już braciszka, to teraz urodzisz mi siostrzyczkę. Albo bliźniaki!

Na usta cisnęło mi się „chyba po moim trupie!”, ale udało mi się sklecić bardziej dyplomatyczną odpowiedź:

 – Wiesz Ewa, mama niezbyt dobrze znosi bycie w ciąży, nie wie, czy powinna zajść w kolejną. Tak więc chyba będziesz musiała te bliźniaki urodzić sobie kiedyś sama. 

Ewa zaakceptowała moje wyjaśnienie i w zasadzie płynnie przeszła do planowania operacji „bliźniaki”. Jakieś podstawy teoretyczne już nawet miała – w końcu nie na darmo oglądała ciągle „Było sobie życie”. Niemniej jednak musiałam jej wytłumaczyć, że z tymi dziećmi to pewnie będzie musiała jednak trochę poczekać, poza tym najpierw musiałaby znaleźć kogoś, kto byłby ich tatą. Czyli poznać jakiegoś chłopaka, a może nawet wziąć z nim ślub?

Dosyć szybko ze stawki wyeliminowany został Dawid – w końcu jest już żonaty, a jego żona od razu zaznaczyła, że dzielić się nim nie zamierza 🙂 Następnym w kolejce facetem był Piotrek. Wytłumaczyłam więc, że osoby z nią spokrewnione – tata, brat czy wujek – mają już swoje funkcje i jej mężami być nie mogą. Musi szukać gdzieś indziej.

 – To w takim razie moim mężem będzie X!

X jest kolegą z przedszkola. Najwyraźniej takim najbardziej akceptowanym ze wszystkich kolegów, skoro w trybie ekspresowym awansował na narzeczonego. Celowo nie piszę, jak ma na imię – niech to pozostanie tajemnicą 😉

Rozpoczęło się więc planowanie. Ewa co jakiś czas wracała do tematu, raz po raz przypominając sobie o kolejnych szczegółach.

 – Ja też chcę taki mieć! – powiedziała kiedyś, kręcąc pierścionkiem znajdującym się na moim palcu.

 – To mój pierścionek zaręczynowy. Dostałam go od Taty.

 – Mi też Tata kupi!

 – Nie, pierścionek zaręczynowy to musi ci kupić twój narzeczony. 

Zamyśliła się na chwilę, po czym stwierdziła nonszalancko:

 – To X mi kupi. Ale najpierw sprawdzę w internecie i wybiorę, jaki bym chciała. 

Plany robiły się coraz bardziej rozbudowane. Pewnego dnia opowiedziała mi o tym, jaką będzie miała sukienkę („Taką jak ty!”) i buty („Srebrne i błyszczące!”). Jak będą miały na imię jej dzieci – chłopiec i dziewczynka. Kto będzie ich chrzestnym.

Wiele razy podpytywaliśmy ją, czy X wie o jej planach i czy się na nie zgodził. Twierdziła, że tak. Czy faktycznie wiedział – wciąż nie wiem, boję się zapytać:) Ewa najwyraźniej jednak wciąż rozmyśla nad swoim wyborem i X – jeśli faktycznie wiąże z Ewą swoją przyszłość – musi mieć się na baczności.

Jakiś tydzień temu odbierałam Ewę z przedszkola. Szłyśmy przez podwórko, gdy nagle zaczepił Ewę pewien chłopiec i wyciągając do niej rękę powiedział:

 – To dla ciebie. 

W dłoni trzymał mały, błyszczący kamyczek. Ewa łaskawie przyjęła prezent i podziękowała. Towarzysząca chłopcu mama wyjaśniła:

 – Mówił, że musi poczekać, żeby dać Ewie kamyk. Opowiadał, że Ewa to „ta dziewczynka, która dużo mówi”. 

[Na marginesie: zauważyliście? 🙂 „Dużo mówi”! Dla matki, która kiedyś tak długo czekała na pierwsze słowo i martwiła się, że ono nigdy się nie pojawi – to wielki komplement!]

W domu opowiedziałam o całym zdarzeniu Dawidowi i wspólnie udało nam się wyciągnąć od Ewy następujące fakty: chłopiec chodzi do starszaków, Ewa nie pamięta jego imienia (to nas akurat nie zdziwiło – ma z tym problem), a kamyk znaleźli wspólnie podczas zabawy w piaskownicy.

Następnego dnia miała być wycieczka. Dawid, chcąc podpuścić Ewę, zapytał:

 – Ewa, a twój nowy narzeczony też jedzie na wycieczkę? 

Zupełnie obojętnie, nie odrywając wzroku od książki, odpowiedziała:

– Nie. Ma siedzieć w piaskownicy i szukać mi nowych kamyków.

Czyli – jeśli jest tam jakaś miłość, to raczej jednostronna.

A dzisiaj, po tym, jak pewien chłopiec powiedział mi na klatce „dzień dobry”, stwierdziła:

 – Mamo, ten chłopiec powiedział ci „dzień dobry”. A ty mu odpowiedziałaś „dzień dobry”. Może będzie moim narzeczonym?

I nie wiem – cieszyć się, że za dobry materiał na męża uważa tego, który jest grzeczny dla jej matki? A może martwić się, że tak często zmienia zdanie? 😉

Jak brat z siostrą

Jak brat z siostrą

Planując pojawienie się Czwartego braliśmy pod uwagę różne scenariusze związane z Ewą. Najbardziej baliśmy się tego, że będzie o młodszego brata zazdrosna. Że będzie budzić się przez niego w nocy. Że będzie nadwrażliwa na dźwięk jego płaczu.

Ale nic takiego nie nastąpiło. Nie była ani nie jest zazdrosna, sypia w miarę dobrze, nie jest nadwrażliwa na dźwięki przez niego generowane. Wydawało się więc, że „operacja brat” przebiegać będzie bez problemów.

No, ale nie przewidzieliśmy wszystkiego.

Tutaj mała dygresja: u Ewy w przedszkolu jest jeden chłopiec, za którym Ewa nie przepada. Unika go. Jeśli ma zły okres – nie chce wejść do sali, w której on też jest. Czym jej się naraził? Otóż… na samym początku swojej przedszkolnej kariery chciał się do Ewy przytulać. Nie wiem, czy wpadła mu w oko, czy może po prostu lubił taki bezpośredni kontakt ze wszystkimi dziećmi – w każdym razie bez pozwolenia naruszał jej prywatną przestrzeń.

Był taki okres, że w ogóle miała problem z chodzeniem do przedszkola – „bo on chce się przytulać”. Tłumaczyliśmy, że ma go unikać. Że może poprosić Panią, żeby zwróciła mu uwagę. Że może sama zwrócić mu uwagę. Tłumaczyliśmy, że on jest młodszy, że może nie rozumie, że ona tego nie lubi – ale oprócz tego to bardzo sympatyczny chłopiec, który z czasem pewnie nauczy się uszanować granice, które są mu stawiane. Niby rozumiała, ale jednak bywało, że reagowała na niego nerwowo.

Któregoś dnia – a było to w „szczycie” konfliktu z owym chłopcem – przyszłam po Ewę nieco wcześniej. Było ciepło, dzieciaki były na podwórku, więc podeszłam do bramki. Ewy nigdzie nie zobaczyłam, ale był On. Dojrzał mnie, rozpoznał, i wskazując na jedno z okien przedszkola powiedział, że Ewa jest jeszcze na zumbie.

Opowiadałam później tę historię Ewie. Jak to dzięki jej koledze nie musiałam czekać na nią bez sensu na podwórku i martwić się, co się z nią dzieje. Od tego czasu niechęć Ewy troszkę zmalała – to wprawdzie ciągle jest ten, co to „chce się ciągle przytulać”, ale jednocześnie „powiedział Mamie, że jestem na zumbie”. A więc – trochę namolny, ale generalnie sympatyczny i pomocny.

Ale wracając do relacji Ewa – Piotrek: wyobraźcie sobie sytuację, że nagle taki chłopak z przedszkola ląduje u nas w domu. Oczywiście nie ten sam, ale tak samo namolny, chcący się przytulać, dotykać, naruszający osobistą strefę Ewy i nie bardzo rozumiejący, że nie wolno. Możliwe, że nawet jeszcze gorszy – bo oprócz tego dotykania często zdarzy mu się pociągnąć za włosy, ugryźć (gryzie wszystko, co wpadnie mu w ręce, bo wyżynają mu się zęby) czy uszczypnąć.

Ewa ma duże poczucie solidarności w stosunku do Piotrka. Piotrek jest częścią rodziny, jest jej bratem. Jeśli poproszę ją, żeby go rozbawiła, to to zrobi. Gdy wczoraj wstawał przy łóżku, to podbiegła z poduszką, bo bała się, że znowu się przewróci (ostatnio tak się stało – na jej oczach). Ale z drugiej strony jego dotyk ciągle nie jest tak samo akceptowany jak mój czy Dawida. A to oznacza, że Ewa nie zgadza się na to, by Piotrek dotykał ją bez pozwolenia. I tu pojawia się problem, bo dla Piotrka Ewa jest jedną z najważniejszych osób, co automatycznie oznacza, że on chciałby się z nią bawić. A że potrafi już raczkować i stawać przy meblach, to większość dnia spędza na „gonieniu” Ewy po pokoju. Ona natomiast – stosuje strategię unikania natręta, więc większość dnia spędza na uciekaniu. Czasami poprosi: „zabierzcie Piotrka”, albo nawet: „ja nie chcę, żeby on tu był”. Widzę, że ją to męczy, trochę też się boję, co się stanie, kiedy on nauczy się np. wdrapywać na kanapę, na której ona teraz może się schronić.

Mam nadzieję, że z czasem Ewa przyzwyczai się do Piotrka i da mu się np. złapać za rękę czy pogłaskać. A Piotrek zmądrzeje na tyle, że będzie szanował, kiedy ona powie mu, że ma się odsunąć.

Czaruś

Czaruś

Piotrek nie ma z nami łatwo.

No bo wyobraźcie sobie: trzyosobowa rodzina, w której najmniej introwertyczną osobą jest ta z diagnozą autyzmu 😉 I nagle – bach! – w tej rodzinie pojawia się ON. Pan Czaruś.

W zasadzie to zrozumiałe, że uśmiecha się na nasz widok – w końcu to my go karmimy:) Przepada za innymi dziećmi – nikt nie potrafi go tak rozśmieszyć jak Ewa. Jest ulubieńcem babć, prababć i cioć, każda z nich twierdzi, że „tak pogodnego dziecka, to ona jeszcze nie spotkała”.

Wszystko to jest jeszcze w miarę normalne. Ale on szczerzy te swoje dwa małe ząbki do każdego, kto nawiąże z nim kontakt wzrokowy. Pani Pielęgniarka chwilę przed podaniem zastrzyku? Czarujący uśmiech i spojrzenie głęboko w oczy. Pani Pielęgniarka chwilę PO podaniu zastrzyku? Czarujący uśmiech i spojrzenie głęboko w oczy (przez łzy wylane chwilę wcześniej). Wczoraj podczas postoju na MOP-ie udało mu się nawiązać kontakt z dwuletnim chłopcem i jego mamą, wymienił także całą serię uśmiechów z pewną bardzo ładną panią (nie wiem, czy chłopak tej pani będzie zadowolony, jeśli okaże się, że pani nagle zapałała chęcią sprawienia sobie takiego słodziaka ;)). Co ciekawe – bardzo ładną panią zarywał w czasie, kiedy serwowałam mu jedzenie – a musicie wiedzieć, że jedzenie mój syn kocha BARDZO. Co może oznaczać, że podrywać lubi JESZCZE BARDZIEJ.

Jeśli za kilkanaście lat Piotrek będzie choć w połowie tak przystojny jak jego ojciec, w dalszym ciągu będzie taki czarujący jak teraz, a uśmiech dodatkowo wypełni mu się zębami, to… strzeżcie się, drogie panie:)

Językowo

Językowo

Dawid i Ewa zbierają się rano do wyjścia. Oboje już ubrani, plecaki spakowane (bo z noszenia plecaka najwyraźniej się nie wyrasta ;)), trzeba tylko założyć buty. Ewa kręci się jeszcze po pokoju, Dawid nawołuje ją z korytarza:

– Ewa, chodź już, załóż buty i idziemy!

Wreszcie – zjawia się pod drzwiami. Obie dłonie zajęte trzymaniem kilku absolutnie niezbędnych przedmiotów (badyl, dwa pluszaki, latarka).

– No dobrze, ale odłóż na chwilę te… te… diwajsy*…

– Te wihajstery**?

Być może fleksja nieco kuleje, ale słownictwo, przyznajcie, ma bardzo bogate 😉

*) od angielskiego „device” – narzędzie, przyrząd, urządzenie

**) ze Słownika Języka Polskiego PWN – „potocznie przyrząd lub narzędzie, zwykle małe, o nazwie nieznanej mówiącemu albo chwilowo przez niego zapomnianej” (pochodzi od niemieckiego „Wie heißt er?” czyli „Jak on się nazywa?”)

Nie marudzimy

Nie marudzimy

Po całym dniu – tym ze słoikami w roli głównej – wracamy we czwórkę do domu. Ewa zaczyna marudzić (w czym nie ma w sumie nic dziwnego, bo upał również jej zaczyna dawać się we znaki).

– A gdzie jedziemy?

– Do domu.

– Nie chcę do domu! Chcę gdzieś indziej! Chcę coś zjeść!!

– No to pojedziemy do domu i w domu zjesz zupę.

– Nie chcę zupy! Chcę coś innego!

W tym momencie trochę mi się przelało i w podobnym tonie do tego, którego używała ona, zaczęłam swoje żale.

– A ja jestem zmęczona! I boli mnie głowa! I mi gorąco, cała się lepię! I Piotrek dzisiaj ciągle ulewa, dwa razy go musiałam przebierać! I kupiłam złe słoiki! I moja córka ciągle marudzi!!

Chwila ciszy. Nagle z siedzenia obok słyszę, ciągle tym samym tonem:

– Przepraszam!!

– No!!!

– Od teraz nie marudzimy!!

– Dobrze!!

Znowu wyniki

Znowu wyniki

Rok temu pisałam o ocenach funkcjonowania Ewy (Tabelki, wykresy, wyniki). W tym roku znowu Ewa miała robioną diagnozę PEP-R, więc dla potomnych zamieszczam podsumowanie:)

Diagnoza PEP-R była ostatnią rzeczą, którą robiliśmy razem z Ciocią K. „Ciocią”, a nie „Panią”, bo Ciocia K. była terapeutką Ewy od samego początku, czyli dokładnie cztery lata. Poświęciła jej masę czasu, uwagi i serca – za co jesteśmy jej naprawdę bardzo wdzięczni ❤ Ciocię K. zastąpiła Pani M., logopeda.

dav

Poniżej na czerwono zaznaczyłam wyniki z zeszłego roku:

dav

Wnioski z PEP-R:

  1. Brak manieryzmów ruchowych, echolalii odroczonej i bezpośredniej, fiksacji, nieodpowiednich reakcji na bodźce.
  2. Ewa dobrze sobie radzi jeśli chodzi o naśladowanie (zarówno w zakresie motoryki dużej i małej). Ja od siebie mogę dodać, że nie tylko potrafi naśladować, ale w ogóle pojawiła się u niej chęć naśladowania. Na przykład – jednymi z jej ulubionych bajek, i to od bardzo dawna, są Tree Fu Tom i Klub Przyjaciół Myszki Mickey. W obu bajkach postaci zapraszają widzów do powtarzania pewnych ruchów (w Tree Fu Tom dziecko „czaruje” razem z głównym bohaterem, w Klubie główny nacisk kładziony jest na powtarzanie różnego rodzaju „zaklęć” i odpowiadanie na pytania). I o ile Ewa zawsze tymi bajkami była zainteresowana, to do wykonywania poleceń w ogóle nie podchodziła, a jeśli już, to nie dawała rady wykonywać ich tak szybko, jak by sobie tego życzyli autorzy bajek. Od niedawna – znowu wróciła do obu bajek i naśladowanie bohaterów stało się dla niej głównym punktem programu.
  3. Znacząca poprawa (i to większa, niż prognozowana rok temu!) w zakresie motoryki dużej, co wspominała wcześniej również Pani Agnieszka (przydały się te wszystkie zajęcia sportowe, na które chodzi Ewa – w przedszkolu ma judo, klub sportowy, gimnastykę, rytmikę i taniec, a oprócz tego raz w tygodniu chodzimy z nią do szkółki pływackiej).
  4. Dziwne rzeczy dzieją się u Ewy z lateralizacją. Wcześniej preferowała lewą rękę i przyzwyczailiśmy się myśleć o niej jako o leworęcznej. Teraz – coraz częściej zmienia dłonie i na chwilę obecną lateralizacja w zakresie ręki jest nieustalona. Dominujące oko: lewe, noga: lewa.
  5. Ciocia K. zauważyła również, że koordynacja wzrokowo-ruchowa jest słabsza niż powinna. Zalecono nam wizytę u okulisty, żeby sprawdzić, czy wzrok na pewno jest ok. Sprawdziliśmy – wzrok idealny:) Dla pewności mamy wybrać się też do ortoptysty oraz – to już jesienią – zrobić raz jeszcze badanie wzroku u okulisty, ale po podaniu atropiny. Jeśli jednak chodzi o słabą koordynację wzrokowo-ruchową, to wyczytałam gdzieś, że to może być skutkiem lateralizacji skrzyżowanej.
  6. Komunikacja i mowa czynna – tutaj musimy jednak włożyć więcej pracy. Stąd też dodatkowe zajęcia z logopedą. Po pierwszych zajęciach z Panią M. pojawiło się też zalecenie, żeby odwiedzić z Ewą laryngologa i zrobić jej videofiberoskopię (badanie migdałka – kamerką wkładaną przez nos) – to też już zrobiliśmy i migdałek faktycznie jest nieco powiększony, ale nie ma dramatu.
  7. Wynik ogólny – 4 lata i 1 miesiąc, w skali obiecującej – 5 lat i 1 miesiąc. Wynik jest jednak najprawdopodobniej zaniżony ze względu na fakt, iż Ewa już rok temu wyczerpała skalę w zakresie percepcji i trudno określić, na jakim poziomie ta percepcja jest obecnie. Nie udało nam się osiągnąć wyniku obiecującego sprzed roku (4 lata i 7 miesięcy), ale może dogonimy za rok:)

Co do ATEC – robiłam go rok temu, więc z kronikarskiego obowiązku zrobiłam znowu. Wynik – 16 punktów  (Obszar I – 2, Obszar II – 3, Obszar III – 4, Obszar IV – 7). Rok temu – 17. Chociaż mam wrażenie, że ten test jednak jest bardzo wrażliwy na to, w jakim okresie jest robiony – tym razem Ewa miała nieco gorsze samopoczucie niż zwykle, więc pojawiły się np. okazjonalne nadwrażliwości na dźwięki czy wycofanie – co zwiększyło liczbę punktów w niektórych obszarach.

Działamy dalej! 🙂

Żarcik

Żarcik

Znalazłam w internecie dowcip i czytam Dawidowi: „Nie ma się co załamywać. Kolumbię to my nosem wciągniemy… ”

Ewa podsłuchała. Spodobało jej się. Teraz siedzi i chichocze.

Kolumbię wciągniemy nosem, ha ha!

Z glutami! Ha ha!

Tato, a co to jest Kolumbia?

Mam nadzieję, że nie opowie tego w przedszkolu…

I chwilę później:

A kto mieszka w Kolumbii?

Pablo Escobar.

Nie wiem, czy już powinnam zabronić mężowi rozmów z naszym dzieckiem, czy jeszcze poczekać? 

Upał

Upał

Upał daje mi się we znaki.Właśnie wróciliśmy z Piotrkiem z wojaży po sklepach i nie tylko.

Najpierw pojechaliśmy do biblioteki – oddać dwie zapomniane książki, na których pewnie naliczyła się już jakaś gigantyczna kara. Zajeżdżamy na miejsce – a tam kartka, że w dniach 18-23 biblioteka zamknięta, bo coś tam. Książki zostawiliśmy w automacie, automat nie zażyczył sobie żadnych pieniędzy ani nie wydał paragonu, więc kto wie, czy oddaliśmy te książki skutecznie. No cóż, w poniedziałek będzie trzeba zadzwonić.

Potem pojechaliśmy do ksero, wydrukować historyjki obrazkowe dla Ewy (bo mamy ćwiczyć opowiadanie). 9 stron w kolorze po 2 zł za stronę – dałabym sobie rękę uciąć, że trzeba zapłacić 19 zł. No i nie miałabym teraz, katastrofa i szpinak, ręki (parafrazując klasyka – a nawet dwóch).

Potem – Pepco. Od kilku dni zastanawiam się, w czym mogłabym zaprawić zupy dla Robala – bo słoiczki z recyclingu po obiadkach Bobovity, Bobofruta i Hippa to można wykorzystać co najwyżej… nie wiem w sumie do czego. Zakręcić ich się praktycznie nie da, a jak się da, to i tak średnio szczelnie – o czym przekonałam się kilka dni temu, już w trakcie pasteryzowania gotowej zupy. W każdym razie dzisiaj mnie olśniło, że takie rzeczy to tylko w Pepco. I nie pomyliłam się – są! Tak więc dzisiaj wreszcie zaprawię Piotrkowi zupę i będę miała spokój na najbliższy tydzień! Chyba, że… zapomnę, że do zupy, oprócz słoików, potrzebne mi są również warzywa. O czym przypomnę sobie otwierając lodówkę – już po powrocie z zakupów do domu…

IMG_9108 (002).JPG

No więc wróciliśmy z Piotrkiem z wojaży po sklepach i nie tylko. Większość czasu zabrało nam pewnie przesiadanie się z samochodu do wózka i z wózka do samochodu, z jednoczesnym zapinaniem miliona pasów w każdym z dostępnych środków lokomocji. Piotrek już w drodze powrotnej stwierdził (głośno i dobitnie), że on ma dosyć i idzie spać. Zaniosłam go do sypialni, włożyłam do łóżeczka, smoczek w dziób i kołysanki puszczone z komórki. Kilka minut walki o wygodną pozycję – i śpi. Biorę więc telefon i wychodzę na palcach z pokoju, cichutko zamykając drzwi. Ufff, udało się. Siadam na kanapie. I siedzę, próbując złapać oddech i wymyślić, z czego ugotować zupę. Od dobrych dziesięciu minut tak siedzę.

Kołysanki ciągle grają.

Upał daje mi się we znaki…

 

AKTUALIZACJA

Zdobyłam warzywa. Nastawiłam zupę i zabieram się do mycia słoików. Rozbrajam najpierw folię, tekturową podkładkę, odkręcam wieczka, żeby wyciągnąć te karteczki ze środka.

I czytam: „Nadaje się wyłącznie do przechowywania produktów. Nie używać do gorących produktów/płynów. Produkt nie powinien być używany do konserwowania żywności.”

Czy to już moje gapiostwo, upał, pech, czy może PEPCO zrobiło mnie po prostu w konia (na zewnętrznym opakowaniu takiej informacji nie było)?

Dobijcie.

Mundial, mundial, mundial!

Mundial, mundial, mundial!

Moje podejście do mundialu jest dosyć ambiwalentne. Sama gra interesuje mnie średnio, na ekran patrzę w zasadzie tylko po to, żeby dostrzec jakiegoś przystojniaka. Jednocześnie staram się zapunktować jako dobra żona i wiem, że należy dbać o zapas przekąsek i schłodzonego piwa, absolutnie NIE PRZESZKADZAĆ w trakcie meczu, a pomiędzy meczami rzucić czasami tekstem typu: „a jak tam bark Glika, będzie gotowy na mecz z Senegalem?”.

Mam wrażenie, że podejście Ewy do mundialu jest dosyć podobne do mojego. Wie, że Tatę to interesuje, w Biedronie dają naklejki z piłkarzami, więc chyba czuje, że też POWINNA się ekscytować. Ćwiczy więc hymn, przygotowała już szalik, potrafi wymienić kilku piłkarzy i powiedzieć, jak nazywa się ich trener. Ale jestem przekonana, że jak przyjdzie do oglądania meczu, to ona i tak będzie wolała bajkę puszczoną z laptopa, co najwyżej „poekscytuje się” chwilę strzelonym golem.

Żeby jednak jakoś ten najbliższy miesiąc przetrwać, postanowiłam podkręcić sobie poziom mundialowej ekscytacji i założyć się z mężem o wyniki poszczególnych meczy. Żeby jednak nie musieć zbytnio analizować szans poszczególnych drużyn, postanowiłam wykorzystać swój najcenniejszy zasób, a mianowicie – dzieci:) Przygotowałam założenia, zagoniłam moje piękne Ośmiorniczki do pracy i oto mam symulację wyników dla fazy grupowej:)

yixktkpTURBXy8wNWRjYTZlYTY4N2ZmN2IzYjI2YWU4OGNkMzBmNTJlOS5qcGeSlQLNA8AAwsOVAgDNA8DCww

Póki co mogę zdradzić tylko tyle, że w fazie grupowej Polska jeden raz wygra, jeden raz przegra i jeden raz zremisuje. Piotrek płakał jak typował przegraną Polaków;)