Witamina D

Witamina D

W zeszłym miesiącu opublikowano wyniki badań klinicznych z randomizacją (Randomized Controlled Trial – RCT), które potwierdzają skuteczność suplementacji witaminy D w poprawie funkcjonowania dzieci ze spektrum autyzmu.

Badanie obejmowało 109 dzieci ze spektrum, w wieku od 3 do 10 lat. Połowa z nich otrzymywała dzienną dawkę witaminy D w wysokości 300 IU na kilogram wagi ciała, nie więcej jednak niż 5000 IU dziennie. Druga połowa otrzymywała placebo.

Badacze porównali stan dzieci na początku i na końcu badania (po czterech miesiącach). W grupie otrzymującej witaminę D, stwierdzono poprawę w takich sferach jak drażliwość, hiperaktywność, wycofanie, stereotypie i nieadekwatna mowa. Poprawie uległy również umiejętności społeczne i poznawcze. Nie zaobserwowano natomiast podobnej poprawy w grupie otrzymującej placebo.

Zaledwie piątka spośród dzieci przyjmujących witaminę D doświadczyła nieznacznych efektów ubocznych (takich jak wysypka, swędzenie czy biegunka).

Źródło (podesłane przez Kubę R. – dzięki!:))

Vitamin D supplementation improves autism in children, according to new study – Amber Tovey

Saad, K. et al. Randomized controlled trial of vitamin D supplementation in children with autism spectrum disorder. Journal of Child Psychology and Psychiatry, 2016.

W imię nauki…?

W imię nauki…?

Długo zastanawiałam się, czy napisać tego posta – zawsze tak jest, kiedy chciałabym napisać coś wychodzącego poza sferę faktów, a ocierającego się o sferę emocji. Emocje są subiektywne. Emocje sprawiają, że różne osoby mogą daną sytuację interpretować w zupełnie różny sposób. Emocje przeszkadzają w logicznym myśleniu.

Pozwoliłam więc moim emocjom odpocząć przez dwa tygodnie. I napisać tego posta na spokojnie.

23 czerwca SWPS organizował sympozjum naukowe „Autyzm dziecięcy – zaburzenie interdyscyplinarne”. Tematyka poszczególnych wykładów dosyć szeroka, ja miałam mieć akurat luźniejszy dzień, postanowiłam więc się wybrać. Dobrze mieć poczucie, że trzyma się rękę na pulsie:)

Tak się złożyło, że jedno z wystąpień dotyczyło podsumowania programu badawczego, w którym brała udział Ewa (i o którym nawet tutaj pisałam). Wprawdzie wiedziałam, jakiej konkluzji można się spodziewać („protokół jest przystosowany do polskich warunków”), ale nasz osobisty wkład w cały projekt sprawił, że wsłuchiwałam się z zainteresowaniem.

I tak po cichutku, nieśmiało – liczyłam na to, że na koniec Pani Doktor, która prowadziła tę prezentację, wspomni, podziękuje tym wszystkim osobom, które brały udział w badaniu. Doceni wkład – niebagatelny zresztą. Ewa była na kilku spotkaniach, wiele ją to kosztowało, bo wyjątkowo takich obserwacji nie lubi (i myślę, że nie jest w tym odosobniona). Nie dosyć, że ktoś przez godzinę-dwie ciągle czegoś od niej chce, to jeszcze rzecz dzieje się w obcym miejscu, w obecności obcych ludzi. Ja też szczerze mówiąc za tym nie przepadam, zawsze z kolejnych diagnoz wychodzę raczej podminowana (no bo jak rodzic może reagować inaczej, skoro po tylu spotkaniach już wie, które odpowiedzi/reakcje są dobre, wie, jakich odpowiedzi się od dziecka oczekuje, i widzi, jak dziecko kolejne testy po prostu oblewa). No ale zaangażowałyśmy się, „w imię nauki”, po to, żeby kolejne dziecko być może łatwiej było zdiagnozować. Nam osobiście ten program niewiele dał – Ewa swoją diagnozę już miała, a wyników tego konkretnego badania mieliśmy nigdy nie otrzymać.

Prezentacja zakończyła się podziękowaniami za „tytaniczną pracę” wykonaną przez specjalistów z różnych ośrodków i instytucji. Ani słowa o osobach ze spektrum, które brały udział w badaniu, o ich rodzicach, czy też zdrowych osobach z grupy kontrolnej.

I w zasadzie nie o podziękowania mi chodzi, bo nie po to brałyśmy z Ewą udział w badaniu. Ale brak wzmianki o uczestnikach badań sprawił, że można było odnieść wrażenie, że osoba z autyzmem jest zaledwie przedmiotem wszelkich naukowych dyskusji, obiektem badań, takim ciekawym dla badacza „czymś”. Liczbą w tabelce, punktem na wykresie. Wrażenie, że czasami zapomina się, po co te badania są prowadzone i czemu w zasadzie mają służyć.

Na samym początku, podczas otwarcia Sympozjum, prof. Gałkowski powiedział, że rodzice osób z autyzem sami stają się specjalistami w tym temacie. Ale czy tak rzeczywiście powinno być? Czy nie jest to jednak skutkiem pewnej wzajemnej nieufności, a może nawet niechęci, pomiędzy naukowcami i specjalistami, a rodzicami osób z autyzmem?

Mam wrażenie, że ten system idzie w złym kierunku. Naukowcy skupiają się na swojej pracy – badają, publikują, wymieniają się między sobą informacjami. Osoba z autyzmem jest często tylko „obserwacją”, rodzic – dostarczycielem dodatkowych informacji. Efekty badań publikowane są często w prasie niedostępnej dla przeciętnego czytelnika, a jeśli już – często nie są po prostu zrozumiałe dla nie-specjalisty. Rodzic (i nie piszę tutaj tylko o rodzicach osób z autyzmem, ale o rodzicach w ogóle) czuje tę barierę, więc stara się sam pozyskać niezbędne dla niego informacje, nie potrafiąc często odróżnić tych wartościowych od naukowych pseudo-teorii. Łapie się ślepo tego, co akurat wpadnie mu w ręce. Łatwiej mu uwierzyć w kolejną „dietę-cud”, która przecież zadziałała u siostrzeńca szwagra anonimowej osoby spotkanej na forum, niż w naukowe badania, że działanie takiej diety nie zostało potwierdzone. Naukowcy patrzą więc na rodziców jak na tępą masę, która łyka wszystko jak leci, rodzice na naukowców natomiast z niechęcią, bo przecież „niby się tym autyzmem zajmują, ale żadnej praktycznej korzyści z tego nie ma”.

Myślę, że każdej ze stron dużo łatwiej by się żyło i pracowało, gdyby po prostu doceniły tę drugą i jej zaufały.

Badania genetyczne

Badania genetyczne

Pisałam kiedyś, że bierzemy z Ewą udział w projekcie Wydziału Psychologii UW mającym na celu walidację badań metodą ADI-R i ADOS-2. Nie pochwaliłam się natomiast, że poprzez ten projekt trafiliśmy do kolejnego – prowadzonego wspólnie przez Wydział Psychologii i Zakład Genetyki. W ramach tego projektu prowadzone są badania genetyczne dzieci z autyzmem (biorących udział w programie walidacji ADI-R i ADOS-2) oraz ich biologicznych rodziców.


Udział w badaniu polega na pobraniu niewielkiej ilości krwi od dziecka oraz obojga rodziców biologicznych (jeżeli to możliwe). Z krwi wyizolowany zostanie materiał genetyczny w Zakładzie Genetyki Medycznej WUM. We współpracy z Zakładem Genetyki Medycznej Instytutu Matki i Dziecka przeprowadzone zostaną bezpłatnie analizy:
1. Badanie w kierunku wykluczenia łamliwego chromosomu X
2. Badanie w kierunku delecji/duplikacji obszarów nieprawidłowych u dużej części populacji osób z ASD:
* region 15q11-q13 (obejmujący kilkadziesiąt genów, uwzględniający m.in. geny UBE3A, GABRB3,  SNRPN, ATP10A, OCA2 i obszar 15q13 z CHRNA7),
* region 16p11
* region 22q13 z genem SHANK3

Wyniki badań genetycznych mają być udostępnione na koniec projektu (po przebadaniu zestawu zebranych próbek – my swoje wyniki mamy dostać po Nowym Roku, czyli ok. miesiąc po pobraniu – i trzy miesiące przed terminem wizyty w poradni genetycznej CZD, na którą zapisywaliśmy się… w sierpniu:)). Ponadto złożony został wniosek o grant na badanie za pomocą droższych technik (ok. 10 000 zł /pacjenta) – sekwencjonowania następnej generacji, umożliwiającego sekwencjonowanie wszystkich genów człowieka – jeżeli finansowanie zostanie przyznane, badania te zostaną również bezpłatnie wykonane dzieciom. 

Nabór ma trwać do końca sierpnia 2015 lub do wyczerpania miejsc.

Dostałam zgodę na zamieszczenie tutaj maili kontaktowych, gdyby ktoś był zainteresowany bardziej szczegółowymi informacjami: izabela.chojnicka[at]gmail.com lub walidacja2016[at]gmail.com (dla tych rodzin, które chciałyby wziąć udział w projekcie walidacyjnym). Z kolei informacje o projekcie walidacji ADI-R i ADOS-2 można znaleźć na stronie www.ados2.pl
10 rzeczy, które wiemy o autyzmie, których nie wiedzieliśmy rok temu

10 rzeczy, które wiemy o autyzmie, których nie wiedzieliśmy rok temu

Znalazłam ciekawy artykuł w Huffington Post – a w zasadzie zbiór linków do interesujących badań. Artykuł niestety po angielsku (zawartość linków również), ale wklejam moje (pewnie dosyć nieudolne:)) tłumaczenie fragmentu. Może komuś się przyda:)

Poniżej dziesięć ważnych rzeczy, których dowiedzieliśmy się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, interesujących nie tylko dla badaczy i lekarzy, ale oferujących również nowe informacje i praktyczne wskazówki dla rodziców.

1. Dobrej jakości wczesna interwencja terapeutyczna w przypadku dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (ASD) może zdziałać więcej niż tylko poprawić zachowanie, może nawet poprawić funkcjonowanie mózgu. Czytaj więcej

2. Brak mowy w wieku 4 lat NIE oznacza, że dzieci z autyzmem nigdy nie będzie mówić. Badania pokazują, że większość nauczy się używać słów, a prawie połowa będzie mówić płynnie. Czytaj więcej

3. Chociaż autyzm jest raczej przypadłością na całe życie, niektóre dzieci z ASD robią tak ogromne postępy, że po jakimś czasie nie kwalifikują się już do diagnozy autyzmu. Kluczem może być wysokiej jakości wczesne wsparcie terapeutyczne. Czytaj więcej

4. Sporo młodszego rodzeństwa dzieci z ASD ma opóźnienia w rozwoju i objawy, które wprawdzie nie wpadają w diagnozę autyzmu, ale sprawiają, że dzieci wymagają wczesnego wsparcia terapeutycznego. Czytaj więcej

5. Badania potwierdzają to, co rodzice mówili o uciekaniu i samotnym błąkaniu się dzieci z autyzmem: to jest powszechne, przerażające, i nie wynika z niedbałości rodzica. Czytaj więcej

6. Kwas foliowy, zażywany na tygodnie przed i po zajściu kobiety w ciążę, może zmniejszyć ryzyko autyzmu. Czytaj więcej

7. Jednym z najlepszych sposobów wspierania umiejętności społecznych u dzieci z autyzmem jest nauczenie ich kolegów z klasy jak zaprzyjaźnić się z osobą z zaburzeniami rozwojowymi. Czytaj więcej

8. Badacze potrafią dostrzec wczesne symptomy autyzmu już wieku 6 miesięcy – to odkrycie może doprowadzić do wcześniejszej pomocy i poprawić rokowania dzieci z ASD. Czytaj więcej

9. Wstępne testy pierwszych leków niwelujących główne objawy autyzmu wypadają obiecująco. Czytaj więcej

10. Inwestorzy i konstruktorzy wychodzą naprzeciw potrzebom społeczności autystyków dotyczących wytworzenia niezbędnych dla nich urządzeń i usług. Czytaj więcej

5 zł

5 zł

Wczoraj robiliśmy drugie podejście do badania słuchu ABR. Oczywiście, znowu nie wyszło – Gwiazda zamiast zasnąć od razu snem kamiennym, kicała radośnie po całym łóżeczku (tak, tak, zabraliśmy nawet łóżeczko turystyczne wraz z zestawem pościeli – łudziliśmy się, że to coś pomoże) i obserwowała nowe otoczenie. Zaczniemy jej chyba za te badania potrącać z kieszonkowego…:) Reasumując: 3h w plecy, 150 zł w plecy (bo za przygotowanie do badania też sobie liczą), 5 zł za parking w plecy. No ale nic!

Swoją drogą, historia „5 zł za parking” jest chyba w tym wszystkim najciekawsza:) Badania robiliśmy w Centrum przy Al. Jerozolimskich, więc zaparkować, nawet wieczorem, nie jest tam łatwo. Ale już poprzednim razem wyczailiśmy wjazd od tyłu w taką ślepą uliczkę, w której jest dosyć sporo miejsc. Miejsca są pilnowane przez takich typowych „warszawskich cwaniaków”. Niby opłaty nie pobierają, ale głupio nie dać (miejsce wskażą, pomogą wjechać – no i nigdy nie wiadomo, co stałoby się z autem, gdyby jakoś ich za ich trud nie wynagrodzić:)). Zajeżdżamy, Pan nas kieruje na miejsce, Dawid wysiada, daje mu 5 zł. Pan dziękuje, a że żaden nowy „klient” się nie pojawia – zaczyna do nas gadać. My jak zawsze małomówni, ale pan wypytuje.

[Pan] – Co, do Smyka z córką idziecie na zakupy?
[Dawid] – No nie, nie bardzo.
[Pan] (Chwila ciszy, myśli. Wreszcie, grobowym głosem) – Do Centrum, z córką na badania?
[Dawid] – No tak.
[Pan] – Coś ze słuchem nie tak?
[Dawid] – Możliwe.
[Pan] (Milczy, myśli) – To wie pan, ja państwu te 5 zł oddam!

🙂 Tak nas ujął tym gestem, że tym bardziej nie chcieliśmy tych pieniędzy od niego wziąć. A później jeszcze stanął koło mnie, jak czekałam, aż Dawid wypakuje z bagażnika wszystkie bambetle (nieszczęsne łóżeczko!) i mówi:

– Wie pani, bo tu różni ludzie przyjeżdżają i parkują… na imprezy… do knajpy… na ru*anie… to od nich biorę kasę, czemu nie… ale chore dziecko to co innego…

Jest nadzieja w narodzie! 🙂

Diagnoza

Diagnoza

Przeczytałam ostatnio ten artykuł i pomijając wszystko, co chciałoby się o polskiej służbie zdrowia napisać, naszła mnie jedna refleksja. Jakie to szczęście (w nieszczęściu), że diagnozę Ewy robili i przekazywali nam ludzie, którzy z racji wykształcenia i wykonywanego zawodu muszą wiedzieć, jak obchodzić się z drugim człowiekiem, żeby poradził sobie emocjonalnie. Psychologowie, pedagodzy specjalni, psychiatrzy. (Jeśli ktoś to czyta – dziękuję!)

Kiedy laryngolog nie stwierdziła u Ewy żadnego niedosłuchu, wiedzieliśmy, jaki jest kolejny krok. Byłam już wtedy zresztą zapisana „w kolejkę” w Fundacji Synapsis – wiedziałam, że na diagnozę trzeba trochę poczekać, więc zarejestrowałam tam Ewę jeszcze przed wizytą u laryngologa, na wszelki wypadek. Pamiętam, jak rozmawiałam z panią z Fundacji: „wie pani, ja nie wiem, czy córka nie słyszy, idziemy do laryngologa, więc może po tej wizycie zadzwonię i będę spotkanie u państwa odwoływać…” Zanim wyznaczono nam termin zdążyliśmy przeczytać już sporo na temat autyzmu i różnych zaburzeń ze spektrum, wiedzieliśmy więc więcej i coraz więcej charakterystycznych objawów widzieliśmy u Ewy. A z drugiej strony – Ewa powoli przestawała być tak apatyczna jak wcześniej, znowu reagowała na dźwięki i częściej się śmiała. Na spotkanie w Synapsis szliśmy już z zupełnie innym nastawieniem – wiedzieliśmy więcej, zarówno o samym zaburzeniu, jego formach i przejawach, jak i o tym, co w zasadzie mielibyśmy z takim dzieckiem dalej robić.

Już po pierwszej obserwacji przekazano nam, że można stwierdzić u Ewy całościowe zaburzenia rozwojowe. I jak pomyślę sobie o tamtym dniu, o samym momencie przekazywania diagnozy, to w mojej głowy myśli biegły kilkutorowo. Z jednej strony pojawiała się myśl: „o nie, spełniło się najgorsze„. Z drugiej: „super! wiemy, co jest nie tak, teraz trzeba dowiedzieć się, co konkretnie robić i gdzie pójść, jaka terapia, jakie badania, leki? ale działamy, będzie dobrze!”. I, jakby obok, „jejku, ale one potrafią to umiejętnie rodzicom zakomunikować – nie załamać, ale też nie dać fałszywych nadziei. znać profesjonalistów!”

Oboje z Dawidem jesteśmy ludźmi, którzy chyba najbardziej boją się stanu niewiedzy i niepewności. W momencie, w którym ktoś powiedział nam, co jest nie tak, szybko udało nam się zbudować pewien plan działania i odzyskaliśmy przez to poczucie kontroli nad całą sytuacją. Wiemy, że „poczucie kontroli” i „autyzm” ciężko pogodzić, ale chodzi tu bardziej o świadomość, że zna się kierunek i wie, co powinno się w danej sytuacji robić. Dzisiaj nie wiemy, jak to będzie w przyszłości, ale wiemy, co powinniśmy robić teraz, żeby było jak najlepiej.

Początek

Początek

Pamiętam, kiedy zaczęłam się niepokoić. Wcześniej – przez prawie cały rok życia Ewy byłam zupełnie spokojna, bez względu na wszystko. Wcześniactwo, żółtaczka i naświetlanie, ulewanie, potówki, obniżone napięcie mięśniowe, wysypka na twarzy – kolejne wizyty u lekarzy, ale to nic, bo co to za problem, wysypka jakaś. Zresztą, skoro chodziliśmy do lekarzy, to znaczy, że problem był w trakcie rozwiązywania.

Podobnie z kolejnymi etapami rozwoju – nowe umiejętności pojawiały się dosyć późno, ale ciągle w normie. Pamiętałam, żeby nie porównywać dziecka z innymi dziećmi, że to jest sport, w który można niebezpiecznie się wkręcić, a z którego jest niewiele pożytku, ale dużo nerwów. Więc nie porównywałam. Co było o tyle łatwe, że w otoczeniu nie było innych dzieci w podobnym wieku, trudno więc było porównywać Ewę z kimkolwiek.

Gdzieś w okolicach marca zdałam sobie sprawę, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy Ewa coraz rzadziej się śmiała. Nie cieszyły ją ulubione piosenki, nie rechotała się przy „a kuku”, nie reagowała nawet na bajki w telewizji. Za jej zły nastrój winiliśmy wychodzące zęby, przeziębienia, złą pogodę. Ale wtedy dotarło do mnie, że wszystko trwa zbyt długo. Moje dziecko może być pryszczate, może nie mówić, może być „niedoskonałe” na wiele sposobów – ale nie zgadzam się, żeby było smutne.

Spotkałam się też wtedy z M, koleżanką, która też ma córkę, tyle, że cztery miesiące młodszą. Często wymieniałyśmy doświadczenia, przemyślenia i refleksje na temat macierzyństwa, dlatego też nasze spotkania były raczej zdominowane opowieściami o mojej Ewie i jej Kostce. Wtedy rozmawiałyśmy między innymi o reagowaniu na imię i zdałam sobie sprawę, że Ewa nigdy na imię nie reagowała, a być może powinna?
No i zaczęłam szukać. Tak, w wieku 11 miesięcy dziecko powinno już reagować na swoje imię. Co mówi dr Google? Niedosłuch lub autyzm.

Kolejny tydzień był chyba najgorszym w moim życiu. Podzieliłam się wątpliwościami z Dawidem i on najpierw zareagował z powątpiewaniem, ale później zaczął Ewę obserwować. Dwa dni później stwierdził, że coś może być na rzeczy. Umówiliśmy się do laryngologa. Czekając, nie mogliśmy powstrzymać się, żeby jej nie testować. Zareaguje na hałas? Na klaskanie? Na piosenkę?

A najgorsze było chyba to, że ja po cichu trzymałam kciuki za ten niedosłuch. Bo to wydawało mi się wtedy łatwiejsze do ogarnięcia niż alternatywa…

Zresztą, przez cały ten czas, i jeszcze długo później, nie byliśmy w stanie w ogóle wypowiedzieć słowa „autyzm”. Oboje wiedzieliśmy, że istnieje taka możliwość. Oboje czytaliśmy na ten temat. Ale wypowiedzenie samego słowa było jak zaklęcie, które mogłoby się zrealizować.

Laryngolog nie stwiedziła nic, co mogłoby wskazywać na problemy ze słuchem.

Wtorkowa wycieczka:)

Wtorkowa wycieczka:)

We wtorek pojechałyśmy z Cytryną na drugą wizytę u lekarza. Zaliczyłyśmy pierwszą podróż samochodem tylko we dwie – trochę rozryczałyśmy się w domu, ale jak tylko włożyłam ją do fotelika i zaczęłam nim bujać, to Ewa poszła w kimę i spała całą drogę. Oczywiście sprawdziła się stara zasada pod tytułem: „jak musisz się zgubić, to bądź pewna, że wylądujesz na Pradze”. To nic, że zmierzałyśmy w kierunku Woli:) Na szczęście Cytryna wtedy spała, nie dane było jej więc zobaczyć, jakim debilem topograficznym jest jej matka:) Co ciekawe, nie zgubiłam się później ani razu (a czas skalkulowany miałam na dwa zgubienia, więc byłam jedno do przodu i na miejsce dojechałyśmy przed czasem)

W Blue City (gdzie miałyśmy wizytę) spotkałyśmy się z Tatą. Całe szczęście, bo nawigacja po tym centrum handlowym jest pewnie trudniejsza niż po Warszawie. 
Pani Doktor stwierdziła, że Cytryna jest zdrowa, piękna i w ogóle idealna:) Cytryna natomiast zdobyła bonusa: „obsikać przewijak u lekarza” i „zrobić kupę na przewijak u lekarza”. Nasza ambitna córka celowała oczywiście swoimi sikami i kupą bezpośrednio w Panią Doktor, ale ta się nie dała. Lata doświadczeń wyrobiły u niej najwyraźniej niezły refleks. Może my też się kiedyś nauczymy? ;))