Żarcik

Żarcik

Znalazłam w internecie dowcip i czytam Dawidowi: „Nie ma się co załamywać. Kolumbię to my nosem wciągniemy… ”

Ewa podsłuchała. Spodobało jej się. Teraz siedzi i chichocze.

Kolumbię wciągniemy nosem, ha ha!

Z glutami! Ha ha!

Tato, a co to jest Kolumbia?

Mam nadzieję, że nie opowie tego w przedszkolu…

I chwilę później:

A kto mieszka w Kolumbii?

Pablo Escobar.

Nie wiem, czy już powinnam zabronić mężowi rozmów z naszym dzieckiem, czy jeszcze poczekać? 

Upał

Upał

Upał daje mi się we znaki.Właśnie wróciliśmy z Piotrkiem z wojaży po sklepach i nie tylko.

Najpierw pojechaliśmy do biblioteki – oddać dwie zapomniane książki, na których pewnie naliczyła się już jakaś gigantyczna kara. Zajeżdżamy na miejsce – a tam kartka, że w dniach 18-23 biblioteka zamknięta, bo coś tam. Książki zostawiliśmy w automacie, automat nie zażyczył sobie żadnych pieniędzy ani nie wydał paragonu, więc kto wie, czy oddaliśmy te książki skutecznie. No cóż, w poniedziałek będzie trzeba zadzwonić.

Potem pojechaliśmy do ksero, wydrukować historyjki obrazkowe dla Ewy (bo mamy ćwiczyć opowiadanie). 9 stron w kolorze po 2 zł za stronę – dałabym sobie rękę uciąć, że trzeba zapłacić 19 zł. No i nie miałabym teraz, katastrofa i szpinak, ręki (parafrazując klasyka – a nawet dwóch).

Potem – Pepco. Od kilku dni zastanawiam się, w czym mogłabym zaprawić zupy dla Robala – bo słoiczki z recyclingu po obiadkach Bobovity, Bobofruta i Hippa to można wykorzystać co najwyżej… nie wiem w sumie do czego. Zakręcić ich się praktycznie nie da, a jak się da, to i tak średnio szczelnie – o czym przekonałam się kilka dni temu, już w trakcie pasteryzowania gotowej zupy. W każdym razie dzisiaj mnie olśniło, że takie rzeczy to tylko w Pepco. I nie pomyliłam się – są! Tak więc dzisiaj wreszcie zaprawię Piotrkowi zupę i będę miała spokój na najbliższy tydzień! Chyba, że… zapomnę, że do zupy, oprócz słoików, potrzebne mi są również warzywa. O czym przypomnę sobie otwierając lodówkę – już po powrocie z zakupów do domu…

IMG_9108 (002).JPG

No więc wróciliśmy z Piotrkiem z wojaży po sklepach i nie tylko. Większość czasu zabrało nam pewnie przesiadanie się z samochodu do wózka i z wózka do samochodu, z jednoczesnym zapinaniem miliona pasów w każdym z dostępnych środków lokomocji. Piotrek już w drodze powrotnej stwierdził (głośno i dobitnie), że on ma dosyć i idzie spać. Zaniosłam go do sypialni, włożyłam do łóżeczka, smoczek w dziób i kołysanki puszczone z komórki. Kilka minut walki o wygodną pozycję – i śpi. Biorę więc telefon i wychodzę na palcach z pokoju, cichutko zamykając drzwi. Ufff, udało się. Siadam na kanapie. I siedzę, próbując złapać oddech i wymyślić, z czego ugotować zupę. Od dobrych dziesięciu minut tak siedzę.

Kołysanki ciągle grają.

Upał daje mi się we znaki…

 

AKTUALIZACJA

Zdobyłam warzywa. Nastawiłam zupę i zabieram się do mycia słoików. Rozbrajam najpierw folię, tekturową podkładkę, odkręcam wieczka, żeby wyciągnąć te karteczki ze środka.

I czytam: „Nadaje się wyłącznie do przechowywania produktów. Nie używać do gorących produktów/płynów. Produkt nie powinien być używany do konserwowania żywności.”

Czy to już moje gapiostwo, upał, pech, czy może PEPCO zrobiło mnie po prostu w konia (na zewnętrznym opakowaniu takiej informacji nie było)?

Dobijcie.

Mundial, mundial, mundial!

Mundial, mundial, mundial!

Moje podejście do mundialu jest dosyć ambiwalentne. Sama gra interesuje mnie średnio, na ekran patrzę w zasadzie tylko po to, żeby dostrzec jakiegoś przystojniaka. Jednocześnie staram się zapunktować jako dobra żona i wiem, że należy dbać o zapas przekąsek i schłodzonego piwa, absolutnie NIE PRZESZKADZAĆ w trakcie meczu, a pomiędzy meczami rzucić czasami tekstem typu: „a jak tam bark Glika, będzie gotowy na mecz z Senegalem?”.

Mam wrażenie, że podejście Ewy do mundialu jest dosyć podobne do mojego. Wie, że Tatę to interesuje, w Biedronie dają naklejki z piłkarzami, więc chyba czuje, że też POWINNA się ekscytować. Ćwiczy więc hymn, przygotowała już szalik, potrafi wymienić kilku piłkarzy i powiedzieć, jak nazywa się ich trener. Ale jestem przekonana, że jak przyjdzie do oglądania meczu, to ona i tak będzie wolała bajkę puszczoną z laptopa, co najwyżej „poekscytuje się” chwilę strzelonym golem.

Żeby jednak jakoś ten najbliższy miesiąc przetrwać, postanowiłam podkręcić sobie poziom mundialowej ekscytacji i założyć się z mężem o wyniki poszczególnych meczy. Żeby jednak nie musieć zbytnio analizować szans poszczególnych drużyn, postanowiłam wykorzystać swój najcenniejszy zasób, a mianowicie – dzieci:) Przygotowałam założenia, zagoniłam moje piękne Ośmiorniczki do pracy i oto mam symulację wyników dla fazy grupowej:)

yixktkpTURBXy8wNWRjYTZlYTY4N2ZmN2IzYjI2YWU4OGNkMzBmNTJlOS5qcGeSlQLNA8AAwsOVAgDNA8DCww

Póki co mogę zdradzić tylko tyle, że w fazie grupowej Polska jeden raz wygra, jeden raz przegra i jeden raz zremisuje. Piotrek płakał jak typował przegraną Polaków;)

Jak ryba w wodzie

Jak ryba w wodzie

W przyszłym tygodniu ostatnie zajęcia w tym roku szkolnym, a ja dopiero teraz zebrałam się, żeby o tym napisać:) Otóż – od września Ewa chodzi na zajęcia z pływania. Zajęcia są grupowe (ok. 12 dzieci), ogólnodostępne, organizowane przez szkołę pływania.

Długo zastanawialiśmy się, jak do tematu pływania podejść. Ewa basen uwielbia – do tego stopnia, że czasami strach patrzeć, jak rzuca się do wody. Chcieliśmy więc, żeby ktoś ją nauczył pływać, a oprócz tego liczyliśmy na to, że czas spędzony w wodzie pozytywnie wpłynie na motorykę dużą. Rozważaliśmy zajęcia z rehabilitantem, indywidualne lekcje pływania i szkółkę pływacką.

Do szkółki zapisaliśmy ją w sumie na próbę. Nie wiedzieliśmy, jak poradzi sobie w grupie i czy będzie zainteresowana lekcjami. Przy zapisywaniu poinformowałam o diagnozie, powiedziałam, że Ewa komunikuje i wykonuje polecenia, ale ma problem ze skupieniem się na jednej czynności przez dłuższy czas. Instruktorzy postanowili spróbować:)

Po pierwszych zajęciach już było wiadomo, że zainteresowanie jak najbardziej u Ewy jest, z funkcjonowaniem w grupie też nie ma problemu, natomiast jest coś, co my w domu nazywamy „syndromem muszki owocówki”. Czyli: Ewa dostaje polecenie, idzie, żeby coś zrobić, ale nagle na swojej drodze zobaczy coś interesującego i jej myśli odlatują już w zupełnie innym kierunku. Jak muszka owocówka – o poleceniu pamięta może przez trzy sekundy.

Podobnie było na zajęciach. Dzieci dostawały polecenie – np. przepłynąć od brzegu do brzegu z deską do pływania. Ewa zaczyna płynąć z dziećmi, za chwilę przystaje, odwraca się, robi nurka, patrzy na jakieś dziecko,  przypomina sobie, że fajnie byłoby sobie poskakać – i za chwilę, jak nikt nie patrzy, ona już jest na brzegu basenu i robi efektowny skok do wody.

Przyznam szczerze – byłam załamana. Nie tym, że ona tak słabo na tych zajęciach trenuje, bo to akurat było do przewidzenia – ale tym, że nas z tej szkółki wyrzucą:)  A jej już się spodobało, uznała autorytet instruktorów i widać było, że jednak stara się coś tam robić. Poszłam więc po zajęciach do Pana Instruktora i pytam, czy ona im jednak za bardzo nie przeszkadza, bo widzę, że chwila nieuwagi i robi co chce. Pan przyznał, że z tym utrzymaniem uwagi faktycznie jest problem, ale też nie ma dramatu. Trzeba się jednak liczyć z tym, że pewnie nie nauczy się pływać tak szybko jak inne dzieci.

Takich podejść i dyskusji z instruktorami: „a może jednak ona państwu za bardzo przeszkadza i powinniśmy zamienić te zajęcia na indywidualne” miałam pewnie ze trzy. Ostatecznie dałam sobie spokój (szczególnie, że na semestr letni były nowe zapisy i miejsce dla Ewy znalazło się bez problemu). Ewa pewnie jeszcze długo nie będzie pływać tak, jak powinna (chociaż w wodzie radzi sobie naprawdę dobrze, dużo lepiej, niż we wrześniu!), ale widzę, że dużą frajdę sprawiają jej nie tylko same lekcje pływania, ale przede wszystkim – zajęcia w grupie. Praca nad motoryką dużą w cenie, a trening umiejętności społecznych – gratis:)

Zmiany

Zmiany

Wraz z narodzinami Czwartego narodziła się potrzeba zmiany nazwy bloga. Czwarty niedawno skończył pięć miesięcy, a ja dopiero się za to zabrałam;) Niemniej jednak – lepiej późno niż wcale, tak więc dzisiaj zaczynamy z nową nazwą, pod nowym adresem i z nową szatą graficzną:)

Różne skutki słuchania audiobooków

Różne skutki słuchania audiobooków

Jeżdżenie samochodem od dawna wiąże się u Ewy z oglądaniem bajek lub graniem w gry na komórce lub tablecie. Filmy pozwalają nam we względnym spokoju przeżyć ponad trzygodzinne trasy, natomiast zabawa smartfonem jest dobrą przynętą, żeby zwabić Ewę do samochodu i dowieźć ją do przedszkola.

Cały system stanął jednak na głowie podczas ostatniej wizyty w Gdańsku. Ciocia J. kupiła Ewie audiobooka „Opowiadania i bajki” Grzegorza Kasdepke, po czym włączyła go w samochodzie. Nagle okazało się, że bajki wcale nie są do jazdy samochodem potrzebne – zamiast tego można przecież słuchać nagrania i wyglądać sobie przez okno. A jak się już dotrze na miejsce, to można wyciągnąć płytę z radia i włączyć ją znowu w domu. A później, jakby było nam jeszcze mało, posłuchać jej też do snu, zamiast kołysanek.
257079
Od prawie miesiąca słuchamy więc audiobooków na wszystkich możliwych odtwarzaczach. „Opowiadania i bajki” znamy już na pamięć, na szczęście w ostatni weekend przyjechał Dziadek G. i przywiózł nowe płyty, więc teraz lecą na zmianę „Detektyw Pozytywka” i „Pan Kuleczka” (ten ostatni, rzecz jasna, już nie G. Kasdepke, ale Wojciecha Widłaka).

Jest tylko jeden malutki minus całej tej audiobookowej rewolucji… Znowu nijak nie możemy się dowiedzieć od Ewy, co się działo danego dnia w przedszkolu, bo za każdym razem na tak postawione pytanie uśmiecha się przekornie i odpowiada cytatem z jednego z Opowiadań: „Niiiiiiic!” 🙂 Panie Kasdepke, jak Pan mógł tak mi popsuć komunikację z moim dzieckiem! 😉

Trudna sztuka zasypiania

Trudna sztuka zasypiania

Dawid obraca się wokół własnej osi. Żeby prawidłowo ułożyć się do snu, potrzebuje co najmniej kilka razy przewrócić się z pleców na bok, z boku na brzuch, z brzucha na drugi bok i znowu na plecy.

U Czwartego procedura ta jest jeszcze bardziej skomplikowana. Zasadniczo Czwarty obraca się bowiem nie wokół osi swojego ciała, ale wokół wyimaginowanej osi prostopadłej do podłoża, przecinającej go gdzieś pomiędzy pępkiem a przeponą. A więc jeśli na początku położyliśmy go równolegle do swojego ciała, to najprawdopodobniej zaśnie ułożony prostopadle, ze stopami na naszej klatce piersiowej. Lub, co gorsza, na twarzy. Czasami też po drzemce znajdujemy go głową znajdującą się tam, gdzie pierwotnie były jego nogi. Jeśli natomiast śpi tak, jak został położony na samym początku, to najprawdopodobniej zdążył już wykonać 360 stopni.

Oprócz tego Czwarty obraca się również wokół własnej osi, ale tylko 90 stopni w każdą stronę (czyli w systemie plecy – bok – plecy – bok). Przewrót na bok rozpoczyna uniesieniem wszystkich czterech kończyn pionowo do góry, po czym wykonuje gwałtowny zamach całym ciałem. Jeśli osiągnięta pozycja mu nie odpowiada, to prawie natychmiast powraca do punktu wyjścia i próbuje od nowa. Przypomina wtedy taką wielką bańkę-wstańkę.

Czasami zasypianie trwa szybko – kilka obrotów i po sprawie. Czasami jednak jest to bite pół godziny wiercenia się, przewracania, obracania, układania na i obok kołdry (nie, nie pod!), znowu obracania…

Po czym okazuje się, że pomimo różnego systemu obrotów i różnej ich częstotliwości, obaj, ojciec i syn, zasypiają w DOKŁADNIE tej samej pozycji.

Geny.

Klub Miłośników Śmiesznych Słów

Klub Miłośników Śmiesznych Słów

Jedną z naszych podstawowych strategii przetrwania jest: „zmęczyć Przychówek, zanim on zmęczy nas”. W tygodniu jest o tyle łatwiej, że to zadanie częściowo udaje nam się outsource’ować i w męczeniu Ewy pomaga nam Przedszkole. Ale weekendy są już trudniejsze – w weekendy musimy radzić sobie sami.

Pogoda sprzyja, więc korzystamy ostatnio z opcji wózek typu „czołg” + rower/hulajnoga. W takim zestawie bylibyśmy pewnie w stanie wjechać i na Gubałówkę (gdyby, rzecz jasna, ktoś nas najpierw pod nią podwiózł) – ale że ostatnio samochód stał w warsztacie, to poruszać mogliśmy się jedynie po najbliższej okolicy. Wybraliśmy się więc na plac zabaw przy AWF. W drodze powrotnej jechaliśmy przez las – a tam, wiadomo, co chwilę a to patyk, a to kwiatuszek, mrówka, żuczek… Samego jeżdżenia było w sumie niewiele, więcej mojego ciągnięcia roweru i namawiania Ewy, żeby przemieszczała się w obranym wcześniej kierunku (w którym wcześniej udali się nasi Panowie).

DSC08072

Naglę słyszę:

– Mamo, chcę siku!

Po cichu liczę, że obejdzie się bez włażenia w krzaczory, oraz że potrzeba fizjologiczna zmotywuje Ewę, żeby zwiększyć tempo spaceru.

– Dojedziesz do końca tej ścieżki? Może tam będzie jakiś toi-toi.

Zamiast odpowiedzi dobiega mnie cichy chichot.

– Z czego się śmiejesz? – pytam.
– Toi-toi! Śmieszne słowo! – odpowiada Ewa i zaczyna już zupełnie głośno rechotać.

Reszta dnia upłynęła nam na powtarzaniu słowa „toi-toi” i wybuchach śmiechu, a także na poszukiwaniu innych słów, które wywoływałyby u nas podobną reakcję. Tak właśnie powstał Klub Miłośników Śmiesznych Słów.

Póki co na liście mamy między innymi: toi-toi, Niuniuś, kiśnie (te dwa – dzięki Panu Majstrowi-Majstrowi, który remontuje u nas popękaną ścianę), Bodzio (z audiobooka Grzegorza Kasdepke), pasikonik, widzimisię…

A Wy, znacie jakieś śmieszne słowa? 🙂