Chwila grozy

Chwila grozy

Od kilku dni Ewa męczyła nas, żebyśmy zabrali ją do sali zabaw. Wczoraj nareszcie nadszedł ten dzień. Odebrałam Ewę z przedszkola i napisałam do Dawida, że spotkamy się na miejscu.

Nasza ulubiona sala zabaw ostatnio się przebudowała, zmieniły się też zasady – do środka całej konstrukcji dziecko musi wejść samo, bez rodzica. 
Wchodzimy na salę, Ewa ściąga buty, po czym następuje ten moment, w którym popełniam BŁĄD TAKTYCZNY – pozwalam jej zabrać do środka Kłapoucha, który akurat tego dnia MUSI Ewie we wszystkim towarzyszyć.
Dla tych, którzy nie wiedzą – Kłapouch to maskotka Ewy, w zasadzie dla niej bezcenna. Bez Klapoucha Ewa nie położy sie spać, a jak Ewa ma gorszy dzień – to w ogóle nie chce się z nim rozstawać. Nawet wyprać go trudno, bo to oznaczałoby wyłączenie go z obiegu na minimum kilka godzin – a na to zazwyczaj nie ma zgody. Raz juz Klapoucha zgubiliśmy – kupiłam więc dublera, ale Ewa bez problemu dublera rozpoznaje i traktuje go jak każdą inną maskotkę. Po macoszemu. 
No więc Ewa wpada do środka, ja siadam na kanapie w barze. Mija może 10 minut, kiedy znowu zauważam Ewę. BEZ KŁAPOUCHA. Próbuje dowiedzieć się od Ewy, gdzie go podziała, biegam z paniką w oczach wokół konstrukcji (do której nie mogę wejść) próbując go gdzieś wypatrzeć. Jestem o krok od zaangażowania w poszukiwania obsługi i wyznaczenia nagrody dla dzieciaka, który maskotkę odnajdzie. Piszę do Dawida (który jeszcze nie przyszedł), że wtopiłam na całego, po cichu licząc na to, że zdąży zanim przeżyję załamanie nerwowe.
To chyba było najdłuższe 10 minut mojego życia.
I wtedy go widzę. W barze, na podłodze, pomiędzy stolikami. 

Ufff.

Próbowałam później kilkakrotnie nakłonić Ewę, żeby poszukała Kłapoucha (nie mówiąc jej wcześniej, że go jednak znalazłam). Trochę się kręciła w miejscu, w którym go upuściła, ale nie skomentowała, że nie może go znaleźć.

Gdy wsiadaliśmy do samochodu, postanowiłam raz jeszcze ją o Kłapoucha spytać.

Ja: Ewa, a masz Kłapoucha?
Ewa (z niepokojem): Kłapouch!
Ja: Pamiętasz, zgubiłaś go w sali zabaw.
Ewa: Przynieś! (i po chwili dodaje) A my poczekamy.

Dobrze, że chociaż tyle. W końcu mogła mi kazać wracać autobusem;)

Wyprawa

Wyprawa

Ewa: Jedźmy na wyprawę!
Ja: A gdzie na tą wyprawę mamy jechać?
Ewa: Do sali zabaw!

Pomysł niegłupi, szczególnie, że sala zabaw ma jedną, niezwykle cenną podczas upałów, zaletę – jest wyposażona w klimatyzację. Z drugiej jednak strony, Dawid zabrał Złomka i pojechał opijać z kolegami swoje zbliżające się, okrągłe urodziny, więc „wyprawa” obejmowałaby podróż w upale komunikacją miejską. Ciężka sprawa.

Ja: No dobrze, ale najpierw muszę wziąć prysznic i umyć włosy. (strategia: „odwlecz, może zapomni”)

Ewa zajmuje się sobą, ja biorę spokojnie prysznic i myję włosy, po cichu licząc, że może jednak temat jakoś się (nomen omen) rozmyje.

Jakieś pół godziny później wydaje mi się, że Ewa w ferworze swoich bardzo ważnych poranno-sobotnich zajęć (obejmujących między innymi utopienie w ubikacji swoich spodni od piżamy) o całej wyprawie już dawno zapomniała. Zabieram się więc za rozwieszanie prania. Nagle czuję na sobie badawcze spojrzenie córki i po chwili słyszę:

Ewa: Czy jesteś już gotowa, mamoooo?
Ja: A na co? (strategia: „udawanie idiotki”)
Ewa: Na wyprawę! (i cały misterny plan poszedł w …)
Ja: No wiesz, muszę jeszcze wysuszyć włosy (pokazuję na turban z ręcznika na głowie)

Ewa wyciąga rękę i imitując dźwięk suszarki do włosów macha kilka razy w moim kierunku.

Ewa: Gotowe!

Zabawy wyimaginowanymi sprzętami poszły chyba za daleko…:)

Muzycznie

Muzycznie

Pomyślałam sobie ostatnio, że powinnam napisać notkę, która lepiej zobrazuje Wam klimat, który panuje u nas w domu. A że w zasadzie non stop czegoś słuchamy (a po wczorajszym popołudniu mogę śmiało powiedzieć, że potrafimy dobrze się bawić w zasadzie przy wszystkim, od Shakiry po AC/DC), to będzie głównie muzycznie. A konkretniej – disney’owo. I nie skończy się pewnie na jednym wpisie:)

Temat na dzisiaj – Randy Newman. Zdobywca dwóch Oscarów, trzech nagród Emmy i sześciu Grammy (i dziesiątki razy nominowany). Wprawdzie jego twórczość nie ogranicza się tylko do komponowania dla Pixara, to jednak w naszym domu słuchany głównie w tym kontekście. Autor muzyki dla takich filmów jak „Toy Story”, „Dawno temu w trawie”, „Auta”, „Potwory i Spółka” oraz „Uniwersytet Potworny”. Posiadacz charakterystycznego głosu:)

Poniżej chyba pierwsza piosenka jego autorstwa, którą usłyszałam, kojarząca mi się niezmiennie z moim bratem, z którym wiele lat temu oglądaliśmy Toy Story. W świetnym wykonaniu Stanisława Sojki:

A tu już piosenka w wykonaniu samego Randy’ego Newmana (z „Dawno temu w trawie”):

W ogóle jeśli chodzi o produkcje Pixara, to piosenek jest dużo mniej niż w typowych „księżniczkowych” filmach Disney’a. Tam każda postać musi zaśpiewać minimum raz, a jedynym, który wydaje się nie czuć tego klimatu, jest Flynn Rider z „Zaplątanych” (a i tak nawet jego udaje się w końcu przekonać).

A w filmach Pixara piosenek jest jak na lekarstwo – wyjątkiem jest chyba tylko Toy Story. Niemniej jednak Randy Newman potrafi sprawić, że nawet instrumentalne intro zapada człowiekowi w pamięć:

(A może to dlatego, że ja w ogóle mam słabość do instrumentów dętych? :))

Ale moją absolutnie ulubioną pod względem muzycznym bajką jest „Księżniczka i Żaba” – czyli jedyna „księżniczkowa” produkcja Newmana, ale za to jaka! Za samą bajką przepadam średnio, fabuła nigdy mnie jakoś nie porwała, ale piosenek mogę słuchać na okrągło. Wszystkie w klimacie jazzującego Nowego Orleanu lat dwudziestych. Jeśli ktoś lubi Luisa Armstronga, to jest coś dla niego:)

(Mówiłam już o mojej słabości do instrumentów dętych? :))

Na koniec – bonus:) Czy głos Randy’ego Newmana kojarzy się Wam może z jakąś inną, nie-disney’ową piosenką? 🙂

Pobawmy się w rakietę

Pobawmy się w rakietę

Ewa: Pobawmy się w rakietę!

Nigdy nie bawiliśmy się „w rakietę”, nie bardzo więc wiemy, jak się do tego zabrać.

Dawid: A jak się bawi „w rakietę”?

Ewa biegnie w moim kierunku i wskazując na leżącą na kanapie kołdrę wydaje polecenie:

Ewa: Mama, nakryj się!

Przykrywam się, ale chyba niewystarczająco, bo za chwilę słyszę: Głowa! No to nakrywam głowę i czekam. Słyszę, że Ewa biegnie do Dawida i tłumaczy mu, że on też musi wleźć pod kołdrę. Po chwili jesteśmy już w trójkę.

Ewa: Startujemy!
Dawid: Ale chwila, chwila! Gdzie mamy lecieć?
Ewa: Hmmm… na Księżyc!
Dawid: Dobra, to odliczaj!
Ewa: Jeden… dwa… trzy… cztery…pięć… sześć… siedem… dziewięć…
Dawid: A gdzie „osiem”?
Ewa: Osiem… dziewięć… dziesięć… zerooooooo… start! (trudno jej jeszcze odliczać do tyłu, a wiadomo, że przed samym „start” musi być „zero”, prawda? :))
Dawid: Lecimy!

Zaczynamy robić efekty dźwiękowe imitujące startującą rakietę i tzw. turbulencje. Po chwili Ewa wchodzi w stan nieważkości, wygenerowany rękami taty. Kilka salt w powietrzu – ciągle pod kołdrą – i znowu turbulencje podczas lądowania na Księżycu.

Dawid: Wylądowaliśmy!

Chwila śmiechu i…

Ewa: Lecimy znowu!

Wadą każdej dobrej zabawy jest to, że Ewa chciałaby ją natychmiast powtórzyć. Drugą wadą każdej dobrej zabawy jest to, że owa zabawa jest najczęściej dosyć męcząca dla rodzica (a.k.a. „generatora turbulencji i stanu nieważkości” :)). Dlatego trzeba wymyślić jakiś przerywnik, żeby rodzic mógł sobie odpocząć.

Dawid: No dobrze… Ale nasza rakieta chyba trochę się popsuła w trakcie lądowania.
Ja: No właśnie. Tu jej odpadł wihajster, trzeba przykręcić! (pokazuję na swoje kolano).

Ewa wstaje, wychodzi spod kołdry i wyimaginowanym śrubokrętem przykręca mi wyimaginowany wihajster do kolana.

Ja: A narzędzia? Gdzie masz narzędzia? (pytam w nadziei, że może pójdzie do swojego pokoju po skrzynkę z narzędziami, a my będziemy mogli na chwilkę wyleźć spod kołdry?)
Ewa patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem, który mówi: „No przecież już przykręciłam!”.

Ewa: Lecimy!
Dawid: A prowiant?

Ewa nie wie, o co chodzi. Nie zna słowa „prowiant”.

Ja: A jedzenie na podróż?
Ewa: Jedzenie! Prowiant!

Wyskakuje szybko spod kołdry i biegnie do półki z książkami.

Ewa: Muszę przynieść prowiant! Kawa i hamburger dla taty!

Jakbyście się zastanawiali, czym wg Ewy żywi się tata… 🙂

Po chwili Ewa znowu pakuje się pod kołdrę. W ręku dzierży wyimaginowany prowiant. Nam tymczasem skończyły się pomysły, jakby tu opóźnić kolejny lot, więc rozpoczynamy procedurę startu.

Dawid: Gdzie teraz lecimy?
Ewa: Na Marsa!
Dawid: To odliczaj!
Ewa: Jeden… dwa……..

Turbulencje w drodze na Marsa były jeszcze silniejsze, niż na trasie Ziemia-Księżyc… Nie dla wszystkich takie wycieczki;)

Szef przemówił

Szef przemówił

Jak można się zorientować z bloga, Ewa mówi, w miarę dobrze, jak na swój wiek i diagnozę. Ciągle jednak mamy problem z kontaktem wzrokowym – staramy się nad tym pracować, chociaż też bez jakiegoś większego parcia. Poradzono nam kiedyś, żebyśmy podczas rozmowy kładli jej palec na swoim nosie, kiedy się do nas zwraca – dziecko podobno instynktownie podąża wzrokiem za swoim palcem i w ten sposób przypomina sobie, że powinno patrzeć na rozmówcę. Nie robimy obecnie tej sztuczki z palcem zbyt często, ale Ewa przypomina ją sobie i czasami stosuje, kiedy wie, że chcemy, aby dokładnie przekazała jakąś swoją prośbę. I czasami wychodzi to dosyć śmiesznie…:)

Któregoś wieczora siedzimy na kanapie (hmmm, czy Wy też zauważyliście, że większość scenek z naszego życia dzieje się na kanapie? :)) i rozpoczynamy ostatni punkt wieczornego programu, mianowicie, oglądanie bajki. Ewa już wie, że będzie bajka, więc od razu się ożywia. My natomiast wiemy, że jak już bajka zostanie odpalona, to uwaga Gwiazdy skupi się na telewizorze i z jakiegokolwiek dialogu będą nici. Próbuję więc ustalić, co przygotować jej na kolację.

Ja: Ewa, co chcesz na kolację? Może tosty francuskie albo grzanki?
Ewa (patrząc już w stronę nie włączonego ciągle telewizora): Grzanki.
Ja (starając się ją nakierować na odpowiedni komunikat): „Mamo…”
Ewa (patrząc na mnie i pokazując palcem w moją stronę): Mamo… ugotuj… (zamyśla się) upiecz… upiecz… (znowu się zamyśla)
Ja (cicho podpowiadam): Grzanki.
Ewa: …grzanki. (już chcę zadać pytanie, co w takim razie chce dzisiaj oglądać, ale ona przechodzi płynnie do kolejnego komunikatu, przesuwając jednocześnie palec w stronę Dawida) Tato, podaj pilota!

No, jakbyście się jeszcze zastanawiali, kto tu wydaje polecenia w naszym domu:)

Odrobina czułości

Odrobina czułości

Parkujemy pod przedszkolem. Wysiadamy z samochodu i idziemy do furtki. Kiedy mijamy auto zaparkowane obok naszego, Ewa zatrzymuje się, żeby dotknąć znaczka znajdującego się na masce. Nagle coś jej się przypomina. Odwraca się i biegnie w stronę naszego samochodu. Przystaje na wprost maski, dotyka dłonią znaczka, później maski powyżej. Lekko głaszcze.

Ewa: „Pa, Złomku!”

Nie przestanie mnie zadziwiać:)

Skutki uboczne procesu twórczego

Skutki uboczne procesu twórczego

Bywa tak, że akt twórczy wymaga poświęceń – zarówno od artysty, jak i jego otoczenia. Czasami dzieło, mimo, iż niewielkiego formatu, wymaga odpowiedniej ekspresji.

Czasami akt twórczy kończy się praniem firan. A „otoczenie artysty” vel „osoba piorąca” zastanawia się, jak u diabła niespełna metrowe dziecko, siedzące cały czas grzecznie w krzesełku, zdołało zachlapać czerwoną farbką firanę na wysokości karnisza:)

Ojcowskie metody wychowawcze

Ojcowskie metody wychowawcze

Jemy frytki. Są jeszcze dosyć ciepłe, więc Ewa każdą frytkę podtyka tacie, żeby podmuchał.

Ewa: *podsuwa frytkę* Dmuchnij!
Dawid: *dmucha*
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: *dmucha*
(Sytuacja powtarza się kilkanaście razy. Frytki już w zasadzie przestygły.)
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: Frytki są już dobre, nie trzeba dmuchać.
Ewa: Dmuchnij!!!
Dawid: *dmucha*
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: Dobra jest, zjedz!
Ewa: Dmuchnij!!!
Dawid: *dmucha*
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: *zjada podsuniętą frytkę*
Ewa lekko skonsternowana.
Po chwili bierze kolejną frytkę, zamyśla się, patrzy na ojca, patrzy na frytkę… I pakuje ją sobie od razu do paszczy.
Dawid (niezmiernie z siebie zadowolony): ZAWSZE działa!

O konikach polnych

O konikach polnych

Wieczór, ustalamy z Ewą, jaką bajkę chce oglądać.

Ewa: To może… O konikach polnych!
Dawid: No ale o konikach polnych już oglądaliśmy ostatnio. Dwa razy z rzędu.
Ewa: O konikach polnych.
Dawid: No ale wczoraj było o konikach. Może coś innego?
Ewa: O konikach polnych.
Dawid: To może „Zaplątani”
Ewa: „Spójrz, spadł ostatni liść!” (cytat z bajki… o konikach polnych)
Dawid: To może „Auta”?
Ewa: „Umieram! Umieram!” (kolejny cytat z bajki o konikach polnych:))
Dawid: To może „Alladyn”?
Ewa: Może… (jest nadzieja, jest nadzieja!!!) Może… O konikach polnych!

Uparta jest, nie ma co.

Dla wyjaśnienia, bo pewnie nie wiecie, co to jest za film „o konikach polnych” (aczkolwiek gdybyście spędzili z Ewą więcej czasu, to z pewnością byście wiedzieli – przy czym przez „wiedzieć” rozumiem: znać tytuł, imiona bohaterów, autora muzyki, teksty piosenek – o ile występują, a także garść wybranych cytatów). Otóż to, co wg Ewy jest „filmem o konikach polnych”, reszta świata kojarzy jako „Dawno temu w trawie”.

Dla tych, którzy nie są zaznajomieni z fabułą (aczkolwiek, jakbyście spędzili z Ewą więcej czasu, to byście byli:)) – film jest disneyowską intepretacją starej bajki o mrówkach i koniku polnych. Główny bohater, mrówka-wynalazca, przez przypadek niszczy zapasy, które mają być przeznaczone na haracz dla koników polnych. Reszta filmu to najpierw próby odkręcenia katastrofy, a później – szukanie sposobów na to, jak by się tu oprawcom postawić.

Ogólnie rzecz biorąc – koniki polne w całej tej historii jednak nie są pozytywnymi bohaterami:)

Staramy się nie zastanawiać za bardzo, dlaczego Ewa właśnie tak postanowiła nazwać ten film.

Trochę nam to też przypomina taką scenę z How I Met Your Mother, w której Barney tłumaczył, że Karate Kid to nie jest ten dzieciak, który trenował z Panem Miyagi, ale ten drugi, ten, który był mistrzem.

Obejrzeliśmy kolejny raz „bajkę o konikach polnych”, pełni nadziei, że na jakiś czas będzie spokój.

Nadzieja skończyła się następnego dnia, gdzieś w okolicach godziny piątej rano, kiedy to zostaliśmy obudzeni radosnym: „Spójrz! Spadł ostatni liść!”, wykrzyczanym do ucha…:)

Zasada zdjęć paszportowych

Zasada zdjęć paszportowych

POTWIERDZILIŚMY – zdjęcie w paszporcie musi być brzydkie. Nawet nasza piękna córka, która na wszystkich zdjęciach wygląda jak drugie wcielenie Shirley Temple, dorobiła się właśnie zdjęcia paszportowego rodem z kroniki policyjnej.

Gorzej to mogłoby być chyba tylko gdybyśmy jej wyrabiali kartę kibica Legii Warszawa. Zdjęcia do karty kibica robione są na miejscu, w punkcie, który karty wydaje – i mam wrażenie, że mają tam jakiś specjalny filtr, którym te zdjęcia obrabiają, bo każdy wygląda na nich jak zbój. Przykładowo mój Mąż – przystojny i niezwykle fotogeniczny – wygląda na swoim zdjęciu, jakby zaraz miał ruszyć na jakąś ustawkę, żeby komuś wpie***lić. Ja też nie wyglądam lepiej (taaak, pełna nadziei, że Mąż zabierze mnie kiedyś na jakiś mecz, pozwoliłam sobie taką kartę wyrobić. Na mecz nigdy nie poszłam, Najlepszy-z-Braci – kibic Lecha – prawie przestał się do mnie odzywać:))

Swoją drogą żałuję, że nie udało mi się sfilmować całego procesu robienia zdjęcia do paszportu – no ale nie chciałam dziewczyny stresować dodatkowym obiektywem. W każdym razie – nie było łatwo. Okazało się, że równoczesne trzymanie otwartych oczu, zamkniętej buzi, twarzy zwróconej na wprost i wyprostowanego ciała jest w zasadzie niemożliwe. Trochę jak z moimi próbami pływania kraulem („oddychanie-machanie nogami-machanie rękami” – wybierz 2 z 3). Na szczęście pan nastrzelał tyle fotek, że coś tam udało się wybrać:)

[Notka o zdjęciach, ale bez zdjęcia – te opieczętowaliśmy klauzulą „Ściśle Tajne” i schowaliśmy głęboko. Zdjęć w paszporcie się nie pokazuje, no, chyba, że jest to ABSOLUTNIE konieczne:)]