Październikowo

Październikowo

Wprawdzie tydzień po terminie, ale…:)

Nie wiem, czym to jest spowodowane – czy tym, że w mojej i Dawida rodzinie jest nadreprezentacja nauczycieli, a może tym, że mamy świadomość, jak wielka jest rola pedagoga w życiu dziecka (naszego szczególnie) – w każdym razie 14 października jest u nas celebrowany od dawna. Z moich obliczeń wychodzi, że ten rok jest już trzecim z kolei, kiedy Ewa wręcza komuś z tej okazji kwiatki. A że należę do tej ekstremalnej frakcji, dla której „Dzień Edukacji Narodowej” nie kończy się na „Dniu Nauczyciela”, a kwiatki należą się zarówno wychowawczyni jak i paniom z kuchni czy pani woźnej, tak więc Ewa wręczyła już tych kwiatków sporo.

Kwiatki (symboliczne, bo jak duży bukiet jest w stanie unieść kilkunastomiesięczna czy trzyletnia dziewczynka?) dostawały u nas Nianie, Terapeutki, Panie z klubu malucha. W tym roku po raz pierwszy Ewa obchodziła ten dzień w przedszkolu, więc kwiatków trzeba było przygotować odpowiednio więcej. No bo przecież są dwie Panie Wychowawczynie, Pani Pedagog, Pani od SI, Pani Logopeda, była Niania Ewy, która teraz pracuje w jednej z grup w tym samym przedszkolu (i Ewa wyraźnie zaznaczyła, że ma być dla niej kwiatek!), Pani Dyrektor, a także Panie z innych grup, które wprawdzie nie są z Ewą tak blisko, ale jednak znają ją, wspólnie się bawią, zajmują się. Są też Panie z obsługi, które wprawdzie kontaktu z Ewą mają najmniej, ale też SĄ.

Dlaczego te kwiatki są dla nas takie ważne? Bo w zasadzie nie ma słów, którymi mogłabym wyrazić swoją wdzięczność, że ktoś z tak wielką sympatią i zrozumieniem zajmuje się i wspiera naszą córkę. Ktoś powie – za to mają płacone. Nie. Płacone mają za przypilnowanie, przeprowadzenie zajęć, sprzątnięcie, ugotowanie posiłków. Ale życzliwości nie da się opłacić. Albo ktoś ją ma i daje za darmo, albo nie – i żadne pieniądze tego nie zmienią.

Nie zależy nam tak bardzo, żeby przedszkole uczyło Ewę pięciu języków na najwyższym poziomie. Albo, żeby nauczyło ją czytać i pisać. To nie jest dla niej najważniejsze – ja wiem, że jest na tyle bystra, że da sobie z tym radę niezależnie od tego, na jakich nauczycieli trafi. Ale klimat, jaki przedszkole jest w stanie jej stworzyć – to dla niej ogromna wartość. Dzięki temu – odważnie wchodzi na nowe zajęcia, coraz bardziej rozluźnia w sytuacjach dla niej stresujących. Otwiera się na dzieci. Wszyscy są dla niej mili i wyrozumiali – mimo, że czasami ma gorszy dzień, mimo, że to ona jest najczęściej z boku, to ona bywa wycofana, to ona mówi nie patrząc w oczy.

Wiem, że może się wydawać, że Ewa nie zauważa osób wokół siebie. Że je ignoruje, że dla niej nie istnieją. Nieprawda. I po to też są te kwiatki.

Ciemność

Ciemność

Idzie jesień, a wraz z nią nastają krótsze dni. Większość populacji raczej nie przepada za ciemnościami, ale Ewa, to już ustaliliśmy, nie jest większością populacji. Ewa ciemność lubi. Jeśli np. przypadkowo zgaszę jej światło, kiedy ona siedzi w łazience – to owszem, usłyszę protest, ale w momencie, w którym jej to światło znowu zapalę. Siedzenie po ciemku w szafie czy pod kocem – świetna zabawa. A jesienią i zimą to już w ogóle jest super – ciemno jest w zasadzie całe popołudnie, więc można pogasić wszystkie światła i bawić się w chowanego albo w „latarkowe zagadki” (rzucanie cieni różnych przedmiotów na ścianę i zgadywanie, co to za przedmiot, albo – to było sezon temu, kiedy z mówieniem było gorzej – oświetlanie jakiegoś przedmiotu/mebla latarką i mówienie, jak ten przedmiot się nazywa).

A jeśli na dworze nie jest jeszcze zupełnie ciemno, to zawsze można wejść do łazienki i zamknąć drzwi – łazienka nie ma okien, więc tam jest ciemno właściwie przez całą dobę.

Na zimę musimy koniecznie uzupełnić zapasy baterii do naszej licznej kolekcji latarek.

Ostatnio, zupełnie przez przypadek, nasza kolekcja znowu się powiększyła – a to za sprawą najnowszego numeru gazetki z Kubusiem Puchatkiem. W ramach „gadżetu gratis” znaleźliśmy tam małą latarkę z zestawem trzech przesłonek, za pomocą których można było wyświetlić Kubusia, Prosiaczka i pszczółkę. Oczywiście w zasadzie natychmiast udało nam się zgubić dwie z tych przesłonek, co oczywiście wywołało lekką rozpacz naszego dziecka. No ale mówi się trudno i żyje się dalej, prawda? W każdym razie latarkę trzeba było koniecznie wypróbować, tak więc wylądowaliśmy w trójkę w ciemnej łazience.

Siedzimy na podłodze, Dawid dzierży latarkę i wyświetlając mi Kubusia na policzku, mówi:

Dawid: Mama, wyglądasz jak Kubuś!
Ewa: Nie! Mama wygląda jak… potwór!

Bo w ciemności czają się potwory;)

Chwila grozy

Chwila grozy

Od kilku dni Ewa męczyła nas, żebyśmy zabrali ją do sali zabaw. Wczoraj nareszcie nadszedł ten dzień. Odebrałam Ewę z przedszkola i napisałam do Dawida, że spotkamy się na miejscu.

Nasza ulubiona sala zabaw ostatnio się przebudowała, zmieniły się też zasady – do środka całej konstrukcji dziecko musi wejść samo, bez rodzica. 
Wchodzimy na salę, Ewa ściąga buty, po czym następuje ten moment, w którym popełniam BŁĄD TAKTYCZNY – pozwalam jej zabrać do środka Kłapoucha, który akurat tego dnia MUSI Ewie we wszystkim towarzyszyć.
Dla tych, którzy nie wiedzą – Kłapouch to maskotka Ewy, w zasadzie dla niej bezcenna. Bez Klapoucha Ewa nie położy sie spać, a jak Ewa ma gorszy dzień – to w ogóle nie chce się z nim rozstawać. Nawet wyprać go trudno, bo to oznaczałoby wyłączenie go z obiegu na minimum kilka godzin – a na to zazwyczaj nie ma zgody. Raz juz Klapoucha zgubiliśmy – kupiłam więc dublera, ale Ewa bez problemu dublera rozpoznaje i traktuje go jak każdą inną maskotkę. Po macoszemu. 
No więc Ewa wpada do środka, ja siadam na kanapie w barze. Mija może 10 minut, kiedy znowu zauważam Ewę. BEZ KŁAPOUCHA. Próbuje dowiedzieć się od Ewy, gdzie go podziała, biegam z paniką w oczach wokół konstrukcji (do której nie mogę wejść) próbując go gdzieś wypatrzeć. Jestem o krok od zaangażowania w poszukiwania obsługi i wyznaczenia nagrody dla dzieciaka, który maskotkę odnajdzie. Piszę do Dawida (który jeszcze nie przyszedł), że wtopiłam na całego, po cichu licząc na to, że zdąży zanim przeżyję załamanie nerwowe.
To chyba było najdłuższe 10 minut mojego życia.
I wtedy go widzę. W barze, na podłodze, pomiędzy stolikami. 

Ufff.

Próbowałam później kilkakrotnie nakłonić Ewę, żeby poszukała Kłapoucha (nie mówiąc jej wcześniej, że go jednak znalazłam). Trochę się kręciła w miejscu, w którym go upuściła, ale nie skomentowała, że nie może go znaleźć.

Gdy wsiadaliśmy do samochodu, postanowiłam raz jeszcze ją o Kłapoucha spytać.

Ja: Ewa, a masz Kłapoucha?
Ewa (z niepokojem): Kłapouch!
Ja: Pamiętasz, zgubiłaś go w sali zabaw.
Ewa: Przynieś! (i po chwili dodaje) A my poczekamy.

Dobrze, że chociaż tyle. W końcu mogła mi kazać wracać autobusem;)

Wyprawa

Wyprawa

Ewa: Jedźmy na wyprawę!
Ja: A gdzie na tą wyprawę mamy jechać?
Ewa: Do sali zabaw!

Pomysł niegłupi, szczególnie, że sala zabaw ma jedną, niezwykle cenną podczas upałów, zaletę – jest wyposażona w klimatyzację. Z drugiej jednak strony, Dawid zabrał Złomka i pojechał opijać z kolegami swoje zbliżające się, okrągłe urodziny, więc „wyprawa” obejmowałaby podróż w upale komunikacją miejską. Ciężka sprawa.

Ja: No dobrze, ale najpierw muszę wziąć prysznic i umyć włosy. (strategia: „odwlecz, może zapomni”)

Ewa zajmuje się sobą, ja biorę spokojnie prysznic i myję włosy, po cichu licząc, że może jednak temat jakoś się (nomen omen) rozmyje.

Jakieś pół godziny później wydaje mi się, że Ewa w ferworze swoich bardzo ważnych poranno-sobotnich zajęć (obejmujących między innymi utopienie w ubikacji swoich spodni od piżamy) o całej wyprawie już dawno zapomniała. Zabieram się więc za rozwieszanie prania. Nagle czuję na sobie badawcze spojrzenie córki i po chwili słyszę:

Ewa: Czy jesteś już gotowa, mamoooo?
Ja: A na co? (strategia: „udawanie idiotki”)
Ewa: Na wyprawę! (i cały misterny plan poszedł w …)
Ja: No wiesz, muszę jeszcze wysuszyć włosy (pokazuję na turban z ręcznika na głowie)

Ewa wyciąga rękę i imitując dźwięk suszarki do włosów macha kilka razy w moim kierunku.

Ewa: Gotowe!

Zabawy wyimaginowanymi sprzętami poszły chyba za daleko…:)

Muzycznie

Muzycznie

Pomyślałam sobie ostatnio, że powinnam napisać notkę, która lepiej zobrazuje Wam klimat, który panuje u nas w domu. A że w zasadzie non stop czegoś słuchamy (a po wczorajszym popołudniu mogę śmiało powiedzieć, że potrafimy dobrze się bawić w zasadzie przy wszystkim, od Shakiry po AC/DC), to będzie głównie muzycznie. A konkretniej – disney’owo. I nie skończy się pewnie na jednym wpisie:)

Temat na dzisiaj – Randy Newman. Zdobywca dwóch Oscarów, trzech nagród Emmy i sześciu Grammy (i dziesiątki razy nominowany). Wprawdzie jego twórczość nie ogranicza się tylko do komponowania dla Pixara, to jednak w naszym domu słuchany głównie w tym kontekście. Autor muzyki dla takich filmów jak „Toy Story”, „Dawno temu w trawie”, „Auta”, „Potwory i Spółka” oraz „Uniwersytet Potworny”. Posiadacz charakterystycznego głosu:)

Poniżej chyba pierwsza piosenka jego autorstwa, którą usłyszałam, kojarząca mi się niezmiennie z moim bratem, z którym wiele lat temu oglądaliśmy Toy Story. W świetnym wykonaniu Stanisława Sojki:

A tu już piosenka w wykonaniu samego Randy’ego Newmana (z „Dawno temu w trawie”):

W ogóle jeśli chodzi o produkcje Pixara, to piosenek jest dużo mniej niż w typowych „księżniczkowych” filmach Disney’a. Tam każda postać musi zaśpiewać minimum raz, a jedynym, który wydaje się nie czuć tego klimatu, jest Flynn Rider z „Zaplątanych” (a i tak nawet jego udaje się w końcu przekonać).

A w filmach Pixara piosenek jest jak na lekarstwo – wyjątkiem jest chyba tylko Toy Story. Niemniej jednak Randy Newman potrafi sprawić, że nawet instrumentalne intro zapada człowiekowi w pamięć:

(A może to dlatego, że ja w ogóle mam słabość do instrumentów dętych? :))

Ale moją absolutnie ulubioną pod względem muzycznym bajką jest „Księżniczka i Żaba” – czyli jedyna „księżniczkowa” produkcja Newmana, ale za to jaka! Za samą bajką przepadam średnio, fabuła nigdy mnie jakoś nie porwała, ale piosenek mogę słuchać na okrągło. Wszystkie w klimacie jazzującego Nowego Orleanu lat dwudziestych. Jeśli ktoś lubi Luisa Armstronga, to jest coś dla niego:)

(Mówiłam już o mojej słabości do instrumentów dętych? :))

Na koniec – bonus:) Czy głos Randy’ego Newmana kojarzy się Wam może z jakąś inną, nie-disney’ową piosenką? 🙂

Pobawmy się w rakietę

Pobawmy się w rakietę

Ewa: Pobawmy się w rakietę!

Nigdy nie bawiliśmy się „w rakietę”, nie bardzo więc wiemy, jak się do tego zabrać.

Dawid: A jak się bawi „w rakietę”?

Ewa biegnie w moim kierunku i wskazując na leżącą na kanapie kołdrę wydaje polecenie:

Ewa: Mama, nakryj się!

Przykrywam się, ale chyba niewystarczająco, bo za chwilę słyszę: Głowa! No to nakrywam głowę i czekam. Słyszę, że Ewa biegnie do Dawida i tłumaczy mu, że on też musi wleźć pod kołdrę. Po chwili jesteśmy już w trójkę.

Ewa: Startujemy!
Dawid: Ale chwila, chwila! Gdzie mamy lecieć?
Ewa: Hmmm… na Księżyc!
Dawid: Dobra, to odliczaj!
Ewa: Jeden… dwa… trzy… cztery…pięć… sześć… siedem… dziewięć…
Dawid: A gdzie „osiem”?
Ewa: Osiem… dziewięć… dziesięć… zerooooooo… start! (trudno jej jeszcze odliczać do tyłu, a wiadomo, że przed samym „start” musi być „zero”, prawda? :))
Dawid: Lecimy!

Zaczynamy robić efekty dźwiękowe imitujące startującą rakietę i tzw. turbulencje. Po chwili Ewa wchodzi w stan nieważkości, wygenerowany rękami taty. Kilka salt w powietrzu – ciągle pod kołdrą – i znowu turbulencje podczas lądowania na Księżycu.

Dawid: Wylądowaliśmy!

Chwila śmiechu i…

Ewa: Lecimy znowu!

Wadą każdej dobrej zabawy jest to, że Ewa chciałaby ją natychmiast powtórzyć. Drugą wadą każdej dobrej zabawy jest to, że owa zabawa jest najczęściej dosyć męcząca dla rodzica (a.k.a. „generatora turbulencji i stanu nieważkości” :)). Dlatego trzeba wymyślić jakiś przerywnik, żeby rodzic mógł sobie odpocząć.

Dawid: No dobrze… Ale nasza rakieta chyba trochę się popsuła w trakcie lądowania.
Ja: No właśnie. Tu jej odpadł wihajster, trzeba przykręcić! (pokazuję na swoje kolano).

Ewa wstaje, wychodzi spod kołdry i wyimaginowanym śrubokrętem przykręca mi wyimaginowany wihajster do kolana.

Ja: A narzędzia? Gdzie masz narzędzia? (pytam w nadziei, że może pójdzie do swojego pokoju po skrzynkę z narzędziami, a my będziemy mogli na chwilkę wyleźć spod kołdry?)
Ewa patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem, który mówi: „No przecież już przykręciłam!”.

Ewa: Lecimy!
Dawid: A prowiant?

Ewa nie wie, o co chodzi. Nie zna słowa „prowiant”.

Ja: A jedzenie na podróż?
Ewa: Jedzenie! Prowiant!

Wyskakuje szybko spod kołdry i biegnie do półki z książkami.

Ewa: Muszę przynieść prowiant! Kawa i hamburger dla taty!

Jakbyście się zastanawiali, czym wg Ewy żywi się tata… 🙂

Po chwili Ewa znowu pakuje się pod kołdrę. W ręku dzierży wyimaginowany prowiant. Nam tymczasem skończyły się pomysły, jakby tu opóźnić kolejny lot, więc rozpoczynamy procedurę startu.

Dawid: Gdzie teraz lecimy?
Ewa: Na Marsa!
Dawid: To odliczaj!
Ewa: Jeden… dwa……..

Turbulencje w drodze na Marsa były jeszcze silniejsze, niż na trasie Ziemia-Księżyc… Nie dla wszystkich takie wycieczki;)

Szef przemówił

Szef przemówił

Jak można się zorientować z bloga, Ewa mówi, w miarę dobrze, jak na swój wiek i diagnozę. Ciągle jednak mamy problem z kontaktem wzrokowym – staramy się nad tym pracować, chociaż też bez jakiegoś większego parcia. Poradzono nam kiedyś, żebyśmy podczas rozmowy kładli jej palec na swoim nosie, kiedy się do nas zwraca – dziecko podobno instynktownie podąża wzrokiem za swoim palcem i w ten sposób przypomina sobie, że powinno patrzeć na rozmówcę. Nie robimy obecnie tej sztuczki z palcem zbyt często, ale Ewa przypomina ją sobie i czasami stosuje, kiedy wie, że chcemy, aby dokładnie przekazała jakąś swoją prośbę. I czasami wychodzi to dosyć śmiesznie…:)

Któregoś wieczora siedzimy na kanapie (hmmm, czy Wy też zauważyliście, że większość scenek z naszego życia dzieje się na kanapie? :)) i rozpoczynamy ostatni punkt wieczornego programu, mianowicie, oglądanie bajki. Ewa już wie, że będzie bajka, więc od razu się ożywia. My natomiast wiemy, że jak już bajka zostanie odpalona, to uwaga Gwiazdy skupi się na telewizorze i z jakiegokolwiek dialogu będą nici. Próbuję więc ustalić, co przygotować jej na kolację.

Ja: Ewa, co chcesz na kolację? Może tosty francuskie albo grzanki?
Ewa (patrząc już w stronę nie włączonego ciągle telewizora): Grzanki.
Ja (starając się ją nakierować na odpowiedni komunikat): „Mamo…”
Ewa (patrząc na mnie i pokazując palcem w moją stronę): Mamo… ugotuj… (zamyśla się) upiecz… upiecz… (znowu się zamyśla)
Ja (cicho podpowiadam): Grzanki.
Ewa: …grzanki. (już chcę zadać pytanie, co w takim razie chce dzisiaj oglądać, ale ona przechodzi płynnie do kolejnego komunikatu, przesuwając jednocześnie palec w stronę Dawida) Tato, podaj pilota!

No, jakbyście się jeszcze zastanawiali, kto tu wydaje polecenia w naszym domu:)

Odrobina czułości

Odrobina czułości

Parkujemy pod przedszkolem. Wysiadamy z samochodu i idziemy do furtki. Kiedy mijamy auto zaparkowane obok naszego, Ewa zatrzymuje się, żeby dotknąć znaczka znajdującego się na masce. Nagle coś jej się przypomina. Odwraca się i biegnie w stronę naszego samochodu. Przystaje na wprost maski, dotyka dłonią znaczka, później maski powyżej. Lekko głaszcze.

Ewa: „Pa, Złomku!”

Nie przestanie mnie zadziwiać:)

Skutki uboczne procesu twórczego

Skutki uboczne procesu twórczego

Bywa tak, że akt twórczy wymaga poświęceń – zarówno od artysty, jak i jego otoczenia. Czasami dzieło, mimo, iż niewielkiego formatu, wymaga odpowiedniej ekspresji.

Czasami akt twórczy kończy się praniem firan. A „otoczenie artysty” vel „osoba piorąca” zastanawia się, jak u diabła niespełna metrowe dziecko, siedzące cały czas grzecznie w krzesełku, zdołało zachlapać czerwoną farbką firanę na wysokości karnisza:)

Ojcowskie metody wychowawcze

Ojcowskie metody wychowawcze

Jemy frytki. Są jeszcze dosyć ciepłe, więc Ewa każdą frytkę podtyka tacie, żeby podmuchał.

Ewa: *podsuwa frytkę* Dmuchnij!
Dawid: *dmucha*
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: *dmucha*
(Sytuacja powtarza się kilkanaście razy. Frytki już w zasadzie przestygły.)
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: Frytki są już dobre, nie trzeba dmuchać.
Ewa: Dmuchnij!!!
Dawid: *dmucha*
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: Dobra jest, zjedz!
Ewa: Dmuchnij!!!
Dawid: *dmucha*
Ewa: *podsuwa następną frytkę* Dmuchnij!
Dawid: *zjada podsuniętą frytkę*
Ewa lekko skonsternowana.
Po chwili bierze kolejną frytkę, zamyśla się, patrzy na ojca, patrzy na frytkę… I pakuje ją sobie od razu do paszczy.
Dawid (niezmiernie z siebie zadowolony): ZAWSZE działa!