Obrastamy w piórka
W niedzielę odbyliśmy kolejną wycieczkę po sklepach w celu ogarnięcia logistyki okołocytrynowej. Do domu wróciliśmy z dwiema gigantycznymi siatami pełnymi kocyków, pościeli, gadżetów do kąpieli i karmienia. Wydaliśmy – znów – majątek, a nawet nie próbowaliśmy kupować ubrań (bo kto to może wiedzieć, w jakim rozmiarze będzie Ewa zaraz po narodzinach?) 🙂 Kto by pomyślał, że takie małe coś potrzebuje tyle sprzętów…:)
A sama zainteresowana wierci się właśnie i kopie. Dzisiaj w nocy miałam nawet sen, że tak wyciągnęła jedną rękę, że aż wyciągnęła ją poza brzuch i mogłam ją za tę rękę złapać. Po głębszej analizie stwierdzam, że coraz bardziej przypomina to sceny z „Obcego”. Zaczynam się bać.
Dzisiaj wieczorem mamy szkołę rodzenia – tydzień trzeci. I NARESZCIE nauczymy się czegoś POŻYTECZNEGO. W ramach odmiany od masakrycznych ćwiczeń, po których trzy dni miałam problemy ze zrobieniem kroku. Mianowicie – dzisiaj Dawid ma zgłębiać techniki masażu obolałych pleców swojej kochanej żony:))
Cytrynowy pokój
Już prawie dwa miesiące do „godziny 0”, więc trzeba było ogarnąć kwestię cytrynowego pokoju. Na pomoc sprowadziliśmy posiłki, które to przyjechały we wtorek wieczorem w celu pomalowania ścian. Posiłki pracowały dzielnie, wspierane przez nas psychicznie wieczorami:) Niestety nie obyło się bez drobnych problemów – szpachla, którą kupiliśmy była średniej jakości, więc następnego dnia Filip musiał ją wydłubać i zaszpachlować na nowo, co oczywiście wydłużyło cały proces. Ale ostatecznie faza I została zakończona w piątek wieczorem, kiedy to odwieźliśmy Filipa do akademika (z całym majdanem typu deska snowboardowa – bo w sobotę wyjeżdżał na zasłużony odpoczynek w góry:)). Dobrze, że mam Najlepszego z Braci:)
W sobotę rozpoczęliśmy fazę II – Dawid namalował na jednej ze ścian pasy w kolorze „żonkil”, które sobie wcześniej wymyśliliśmy. Następnie udaliśmy się do Ikei po wybrane wcześniej meble. Na miejscu okazało się, że dosłownie CZTERY sztuki mebli, niezbędne dla funkcjonowania tak małego, nienarodzonego jeszcze nawet dziecka potrafią zająć masę miejsca – zarówno na wózku, jak i w samochodzie. Pomimo naszych najszczerszych chęci nie zmieściliśmy wszystkich paczek na raz do auta – focusowi brakowało dosłownie 10 cm w górę lub 10 cm wzdłuż:) Musiałyśmy więc zostać z Cytryną trochę dłużej w Ikei, żeby popilnować zbyt dużego fotela:)
Dziś natomiast – faza III – składanie mebli:) Dzień rozpoczęliśmy od przyjemności – pojechaliśmy do kina na „Szklaną pułapkę 5” 🙂 Przy okazji dostałam od Męża balonika z helem – taki nasz walentynkowy zwyczaj:) Po powrocie do domu rozpoczęliśmy zasadniczą część fazy III przygotowywania pokoju – to znaczy Najlepszy z Mężów zabrał się do skręcania mebli, natomiast my z Cytryną starałyśmy się mu nie przeszkadzać, obserwując go jednak bacznie z perspektywy naszego nowego fotela:) Mąż walczył dzielnie z meblami przez resztę dnia. Efekty można zobaczyć poniżej oraz w galerii na picasie:) Oczywiście jest jeszcze sporo do zrobienia (zamocować kontakty, kupić lampę itd.), ale jakiś zarys już widać:)
Cytryna
Poniedziałkowe usg – oprócz potwierdzenia znakomitej kondycji Obcego vel Cytryny – wyjawiło nam też jego płeć. Nie obyło się oczywiście bez pewnej dramaturgii – Cytryna okazała się być nieśmiałą kobietką, która niekoniecznie chciała pokazywać szerszej publiczności to, co miała (tudzież nie miała) między nogami:) No i w sumie dobrze, niech jej tak zostanie przez najbliższe dwadzieścia lat:) Przyszły tatuś już powoli zaczyna trenować bujanie się w fotelu ze strzelbą na kolanach, w oczekiwaniu na potencjalnych absztyfikantów:)
Z innych wieści – Cytryna zaczyna też coraz energiczniej kopać. Co ciekawe, jak chcę przyłożyć do brzucha rękę Dawida, żeby też poczuł, to ta zamiera. Czuje respekt, czy co?
W szponach SYSTEMU
Brzuch ciągle jeszcze z zewnątrz niewidoczny, ale jakby się tak dokładniej przyjrzeć, to szlag trafił moją talię. W pasie mam już prawie 80 i jest to rozmiar, którego chyba nigdy nie udało mi się osiągnąć.
Trochę nas przeraża poród – ale nie w kontekście bólu, ale dlatego, że jako para prowincjuszy nie ogarniamy SYSTEMU. Chwilowo ze służby zdrowia korzystamy w sposób dwojaki – do lekarki chodzimy prywatnie, badania robimy w Luxmedzie. W momencie porodu dojdzie jeszcze trzecia opcja – szpital. Tych w Warszawie jest sporo i podobno nie jest tak, że z marszu przyjmą każdego – mogą odesłać tłumacząc, że nie ma miejsc na porodówce. Włos się jeży.
Wstępnie wybraliśmy już szpital (najbliższy, ale o bardzo dobrej renomie) i zdecydowaliśmy, że żeby zwiększyć nasze szanse na poród właśnie tam, wynajmiemy sobie położną. Za taką „dedykowaną” położną trzeba zapłacić kilka stów, ale jeśli ma to nam ułatwić cały proces, to niech już będzie.
Zadzwoniłam też dzisiaj do szkoły rodzenia i wychodzi na to, że trzeba się w niej pojawić w okolicach stycznia. Plus jest taki, że jeżeli Urząd Miasta przyzna dotację, to jako osoba ZAMELDOWANA w Mieście Stołecznym Warszawa, nie będę musiała nic płacić:) Więc chociaż coś będzie za darmo:)
Tuczenie inkubatora
Wygląda na to, że wreszcie waga drgnęła i ruszyła do góry:) Chwilowo jeszcze nie jestem gruba, na razie odrabiam straty z Miesiąca, którego nie chcę pamiętać, ale idzie ku lepszemu. Wszystko dzięki temu, że Najlepszy z Mężów co chwilę pyta mnie, czy czegoś bym nie zjadła. Wystarczy, że skończę coś przeżuwać, to już po pięciu minutach znowu słyszę to pytanie. „A może gruszeczkę?” (bo od początku ciąży mam dziwną ochotę na gruszki, ciągle bym je jadła), „może kanapeczkę?”, „batonika?”… no ludzie… 🙂
A dzisiaj „Akcja półki”! Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że „Akcja półki” ma niewiele wspólnego z Obcym, ale nic bardziej mylnego! „Akcja półki” jest pochodną „Akcji opróżniania małego pokoju z góry książek, które tam zalegają”. A mały pokój, wiadomo, kiedyś przyda się do przechowywania Obcego, jak będzie już łaskaw wyleźć ze mnie i zacząć egzystować na własny rachunek:) Półki już leżą na środku salonu, zaraz jedziemy kupić resztę ustrojstwa do ich montażu, zgarnąć Tanią Siłę Roboczą w postaci Najlepszego z Braci i resztę dnia spędzę pewnie na podziwianiu zmagań obu panów z sześcioma kawałkami płyty pilśniowej (sklejki? bo drewna raczej nie) w kolorze „venge” 🙂
Miesiąc, którego nie chcę pamiętać
Sam początek ciąży to mały pikuś. Nic w zasadzie nie widać, nic nie czuć, a jedyne co świadczy o ciąży, to brak okresu i dwa paski na obsikanym wcześniej teście ciążowym (zdałam! :)). Ale gdzieś tak na początku września zaczął się armageddon. Pewnego dnia poczułam się źle, zrobiło mi się potwornie niedobrze i tak już pozostało na kolejnych kilka tygodni. Wymiotowałam po jedzeniu, z pustym żołądkiem, po napiciu się wody/napoju/herbaty, nawet po zażyciu lekarstwa przeciwko wymiotom. Na nudności stosowałam takie osławione specyfiki jak herbata imbirowa czy rozgazowana coca-cola. Jedno mogę stwierdzić – być może komuś pomagają:) Ja natomiast spędziłam dwa tygodnie nie jedząc praktycznie nic (-5kg, świetna kuracja odchudzająca), leżałam tylko i starałam się nie ruszać, żeby mój żołądek za bardzo się nie zestresował.
Na szczęście wszystko powoli przechodzi, więc jestem już w stanie przeżyć dzień bez nagłych wizyt w ubikacji, ba, nawet dwa albo i trzy dni! Raz po raz coś mnie tam zestresuje (jak na przykład ostatnio – wizyta w sklepie, w którym zamawialiśmy półki na wymiar – nie wiem, czy to duchota, czy zapach drewna i kleju, ale nie wiedziałam, czy szybciej zemdleję czy zwymiotuję im tam na środku), ale da się żyć.
Czego nauczył mnie ostatni miesiąc? Otóż:
- Już wiem, czemu niektórzy ludzie posiadają takie futrzaste chodniczki koło sedesów. Po prostu bardzo niewygodnie jest klęczeć na gołej posadzce 🙂
- Jedna para spodni dresowych do chodzenia po domu to zdecydowanie za mało. Prędzej czy później zostaną obrzygane. (Mój Najdroższy Mąż kupił mi więc drugą parę – najbardziej różową z różowych:))
- Kto normalny produkuje preparaty witaminowe dla kobiet we wczesnej ciąży w postaci wielkiej piguły?! Przecież żadna normalna posiadająca odruch wymiotny osoba nie połknie czegoś takiego. W aptekach można kupić tylko takie wielkoludy, nie ma niczego w małych tabletkach, syropie czy w postaci herbatki. No już nawet czopki bym przeżyła… Luka na rynku, luka.
Prolog
Ślub był, naturalnym więc było zabrać się za robienie potomstwa. Udało się praktycznie od razu – ku wielkiemu zadowoleniu Dawida 🙂 I tak oto jeszcze w lipcu zaczęłam powolutku inkubować małego Obcego…
