Tańczyć na plaży

Tańczyć na plaży

Ledwo zaczął się sierpień, a już czuć zbliżający się wrzesień, a wraz z nim – początek nowej szkoły. Po wielu dyskusjach zdecydowaliśmy w końcu, że Ewa do pierwszej klasy pójdzie dopiero za rok, niemniej jednak nawet zerówka w szkole podstawowej wydaje się być bardzo poważną sprawą. I czasem zastanawiam się, która z nas przeżywa to bardziej: Ewa czy ja.

Tymczasem jednak jesteśmy ciągle na wakacjach.

Wczorajsze popołudnie spędziliśmy podobnie jak kilka poprzednich – na plaży. Przyjeżdżamy około 18, kiedy z plaży zaczynają się już zbierać entuzjaści kąpieli słonecznych, więc jest na tyle pusto, że nie trzeba martwić się o trudności z zachowaniem dystansu społecznego (tego spowodowanego koronawirusem i tego spowodowanego naszą aspołecznością). Wczoraj dodatkowo było dosyć pochmurno, więc nikt z obecnych raczej nie rozkładał się plackiem na piasku.

Rozbiliśmy się w stałym miejscu – na wąskim pasie piasku pomiędzy brzegiem morza a płynącym przez plażę strumieniem. Podzieliliśmy się zadaniami („Ty ubezpieczasz Piotrka, ja Ewę” – powiedział Mąż), oparliśmy się o siebie plecami i każde z nas zaczęło obserwować „swoje” dziecko.

Jakiś czas później zostałam na ręczniku sama – Dawid towarzyszył akurat Piotrkowi, który postanowił odwiedzić każdą z wykopanych na brzegu strumienia „zatoczek” i trochę je przemodelować. Ja natomiast mogłam odwrócić się twarzą do morza, raz po raz rzucając okiem na Ewę, która, pogrążona zupełnie w swoim świecie, biegała nieopodal.

Ciekawa jestem, czy ktoś ją wczoraj zauważył, czy ktoś wczoraj również, tak jak ja, obserwował jej zachowanie. Biegała to w jedną, to w drugą stronę, wzdłuż brzegu. Co jakiś czas schylała się, żeby nabrać na łopatkę trochę mokrego piasku, po czym brała go po trochu do ręki i wrzucała do wody. Odbiegała wgłąb plaży, po czym wracała do morza. Podskakiwała, machała rękoma. Goniła ptaki. Cały czas coś do siebie mówiła, może nawet śpiewała? Trochę przypominało to połączenie rytuału zaklinania deszczu i tańca nowoczesnego.

Możliwe, że nikt nie zwrócił uwagi na roześmianą dziewczynkę w różowym stroju we flamingi. Większość plażowiczów spędzała czas w czyimś towarzystwie i na tym towarzystwie była skupiona. Prawie nikt nie był sam. Były grupy ludzi grających w siatkówkę plażową. Dzieciaki próbujące swoich sił na skimboardach (przy czym niektórzy – robiący naprawdę niesamowite rzeczy). Rodzice z małymi dziećmi, którzy, tak jak my, raczej unikają słońca. Spacerowicze, w większości już w bluzach, bo chmury i wiatr od morza sprawiły, że zrobiło się dosyć zimno. Nawet mewy wydawały się poruszać stadnie, przeszukując piasek w poszukiwaniu pozostawionych przez plażowiczów resztek jedzenia.

I gdy tak siedziałam na ręczniku, ze stopami schowanymi w przyjemnie mokrym piasku, owinięta ręcznikiem (bo bluzę zostawiłam w samochodzie), moje myśli znowu zaczęły krążyć wokół zbliżającego się września i szkoły. Wokół plecaka, który musimy kupić, chociaż wszystkie wydają się być o wiele na Ewę za duże. Wokół butów na zmianę i tenisówek na wf.

I wokół nowych koleżanek i kolegów Ewy.

Czy znajdzie tam sobie przyjaciół? Choćby tylko jednego, ale takiego, który ją zrozumie. Czy zaakceptują jej nieco ekscentryczne momentami zachowania? Co pomyśleliby sobie, gdyby zobaczyli ją teraz? No i czy ona będzie na tyle otwarta, żeby wpuścić kogoś do swojego świata, zatrzymać się na chwilę w swoim tańcu, porozmawiać, pobawić się z kimś, a nie tylko sama?

Przymknęłam na chwilę oczy, próbując skupić się na szumie morza i wyciszeniu myśli. Wiatr rozwiewał mi włosy, mewy skrzeczały, w oddali słychać było śmiech dzieci. Znów byłam na plaży, znów były wakacje.

Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam Ewę rzucającą swoje zaklęcia w kierunku morza. Szczęśliwą. Rozejrzałam się w poszukiwaniu chłopaków. Musiałam się obrócić, tak daleko odeszli. Ledwo ich zresztą było widać, na szczęście na relatywnie pustej plaży dosyć łatwo dostrzec faceta w żółtej koszulce, towarzyszącego chłopcu w kapeluszu.

I tak rozglądając się po plaży, zauważyłam Chłopca. Chodził w tę i z powrotem i coś mówił, wymachując przy tym palcem wskazującym – zupełnie, jakby tłumaczył coś niewidzialnemu rozmówcy. Co chwilę schylał się, niby podnosząc coś z piasku. Czasem przyspieszał, podbiegał kawałek, później znowu zwalniał. Raz po raz podchodził do grupy dorosłych i dzieci, stojących nieopodal, zamieniał kilka słów, po czym wracał do swojej wędrówki.

Uśmiechnęłam się do siebie.

Bo wychodzi na to, że jest szansa – i to całkiem spora – że Ewa znajdzie kiedyś kogoś, kto nie tylko zaakceptuje jej dziwactwa, ale może nawet będzie je z nią dzielił. Może nie w tej klasie, może nie w tej szkole. Może w liceum. Na studiach. W pracy. Ale znajdzie. Bo w końcu nie jest jedyną osobą, która lubi „tańczyć” na plaży…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s