Soccer mom

Soccer mom

Cisza na blogu mogłaby oznaczać, że nie mam o czym pisać. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie – tematów do opisania jest aż za dużo. Myśli krążą po głowie, wirują w oczekiwaniu, aż wreszcie którąś z nich złapię i sformułuję z niej gotowy wpis. Ale kiedy siadam wieczorem do komputera, jestem już tak zmęczona tą kotłowaniną, że rozplątywanie tego, co dzieje się w mojej głowie, wydaje mi się być arcytrudnym zadaniem. Kończy się więc na jakimś filmie o prostej fabule, który choć przez chwilę da mi odpocząć.

Poza tym grudzień… grudzień jest zawsze wyjątkowo męczący. Niezależnie od tego, jak wcześnie zaczynam operację „Gwiazdka” (w tym roku już w listopadzie), to ostatnie prezenty i tak pakuję w noc przed Wigilią. I to jest pewnie drugi powód, dla którego tak rzadko tu piszę – bo pisać mogę dopiero wieczorami, a te podzielone są precyzyjnie pomiędzy pracę, malowanie* i przygotowania do Świąt. Staram się je maksymalnie wydłużyć, działając wbrew swoim naturalnym instynktom i kładąc się jak najpóźniej, dużo później niż zwykle. Rano jestem więc potwornie niewyspana i do względnego pionu podnoszę się dopiero po zaserwowanej przez Syna kofeinie.

W skrzynce ciągle maile, na które powinnam odpowiedzieć. W pracy – klęska urodzaju, bo to koniec roku, więc co chwilę ktoś dzwoni. Na maile pracowe trzeba odpowiadać szybko, więc odpisuję, nawet jeśli stoję akurat w kolejce do żłobka. Jeśli nie odpowiem od razu, to jest spora szansa, że wiadomość z maila wpadnie w wir myśli w mojej głowie i przypomnę sobie o niej dopiero kilka dni później, obudziwszy się w środku nocy z nagłym olśnieniem, że miałam na tego maila odpowiedzieć.

Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że to żonglowanie spotkaniami, terminami i zadaniami idzie mi na tyle dobrze, że udaje mi się przynajmniej nie zapomnieć o żadnym spotkaniu. Głównie dlatego, że już dawno nauczyłam się skrupulatnie wszystko zapisywać w kalendarzu. Bez moich notatek jestem nikim.

Psychiatra Piotrka (z Piotrkiem). Psychiatra Ewy (bez Ewy). Obserwacja Piotrka – u Psychologa. Druga obserwacja Piotrka – ale w terminie zajęć Ewy. Zajęcia Ewy – w innym terminie. Obserwacja SI (z Piotrkiem). Psychiatra Ewy (z Ewą). Dentysta Ewy. TUS Ewy. Logopedia Piotrka. WWR… Piotrka? Psycholog Ewy. Spotkanie w szkole. Odwołane najpierw przeze mnie (Ewa chyba łapie jelitówkę), później przez szkołę (na szczęście, bo nie wyrabiam z pracą). Omówienie diagnozy SI Piotrka (bez Piotrka)…

Dwa dni przed Świętami jadę na ostatnie spotkanie. Obliczony co do minuty harmonogram popołudnia obsuwa się, kiedy Dawid natrafia na zbyt długą kolejkę pod żłobkiem i odebranie Piotrka zajmuje mu więcej czasu niż zaplanowałam. Mijam ich więc w drzwiach i biegnę do samochodu. Siłą woli zmuszam się do spokojnej jazdy – jest ciemno, leje deszcz, a ja muszę w godzinach szczytu przejechać z Bielan na Wolę, najlepiej w jednym kawałku. Puszczam radio i uspokaja mnie audycja W. Manna, sama jej końcówka z Dave’m Alvinem i świąteczne piosenki The Tractors. Deszcz i światła innych aut powoli zmieniają się w magiczne, bajkowe tło.

Pół godziny później wbiegam do gabinetu psychiatry. Spóźniam się raptem dziesięć minut, za co oczywiście wylewnie przepraszam, ale mam wrażenie, że moje tłumaczenia nie spotykają się ze zbytnim zrozumieniem. Przypominam, po co przyszłam („Po diagnozę syna, wspominałam o tym w mailu...”), siadam na krzesełku i czekam, aż lekarka wypisze dokumenty, które niebawem będę musiała spakować w wielką paczkę razem z innymi pieczołowicie kolekcjonowanymi przez ostatni miesiąc papierami, a potem wysłać do pewnego bardzo ważnego urzędu przy ul. Andersa. I wtedy dopada mnie myśl: „Dlaczego znowu tu jestem? Nie tak miało być.”

Patrzę przez wielkie okno na zalaną deszczem, zatłoczoną ulicę Towarową. Kiedy zmieniłam się w soccer mom**? Kiedy moim głównym zajęciem stało się wożenie gdzieś dzieci, ogarnianie ich spraw i podporządkowywanie temu całego dnia? I żeby jeszcze chodziło o piłkę nożną czy balet, ale nie, ja jestem jakąś pokręconą soccer mom, która wozi dzieci po terapiach i psychiatrach… Nawet SUVa mam, bardziej stereotypowo już chyba być nie może.

O tej porze kiedyś siedziałam jeszcze w pracy. W sukience, szpilkach i pełnym makijażu.

Czy ja jeszcze w ogóle potrafię chodzić w szpilkach…?

Pół godziny później jestem już w domu. Od progu wita mnie radosne „Mama!”, po czym jestem sadzana na kanapie w celu odbycia popołudniowej sesji głaskania i przytulasków. Dawid stawia koło mnie kubek gorącej herbaty. Tu jest moje miejsce. Zaczynają się Święta.

Jestem szczęśliwa.

*) Na początku jesiennego lockdownu zamówiłam sobie obraz do samodzielnego pomalowania wg numerków. „Gwiaździstą Noc” Van Gogha („Według Neila deGrasse Tysona to nie noc, ale moment zaraz przed brzaskiem – przynajmniej na to wskazuje ułożenie ciał niebieskich na niebie” – powiedziałby teraz mój Mąż). Nie doceniłam tej formy rozrywki – nie wiedziałam, że zajmie mi to aż tak dużo czasu (jeszcze nie skończyłam) i że tak fantastycznie to uspokaja. Żeby trafić w te malutkie pola trzeba bardzo się skupić, uspokoić oddech, wyciszyć. Świetna sprawa 🙂

**) Soccer mom – określenie odnosi się do białej, zamężnej kobiety z amerykańskiej klasy średniej, mieszkającej na przedmieściach i poruszającej się SUVem lub minivanem, która większość dnia spędza na wożeniu swoich dzieci na dodatkowe zajęcia, głównie sportowe. Obecnie ma wydźwięk raczej pejoratywny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s