Latarki

Latarki

Zaczęło się chyba od tego, że kiedyś (jakieś dwa lata temu prawie) Dziadek G zauważył słabość Ewy do latarek. Zaczął więc zwozić jej więc kolejne egzemplarze – klasyczne, w różnego rodzaju rozmiarach, ale też mrygające światełka do rowerów, czołówki, latareczki z przezroczami z obrazkami dinozaurów… no wszystko tam było. W pewnym momencie w naszym mieszkaniu chyba w każdym pomieszczeniu można było znaleźć minimum jedną latarkę (co jest w sumie bardzo przydatne w przypadku jakiegoś blackout’u). Co ciekawe, Dziadek G zgodził się nawet te latarki wnuczce serwisować – raz na jakiś czas zajeżdżał do nas z zapasem baterii.

Ostatnio jedna z latarek się zepsuła. Ale tak zepsuła, że trzeba ją niestety było spisać na straty.

Napomknęłam o tym przedwczoraj Dziadkowi G. Dostałam od razu polecenie, że powinniśmy wykonać dokładny audyt stanu latarek, z wyraźną informacją, jaki rodzaj latarek jest najbardziej przez Pyszcza preferowany.

Wczoraj Dziadek G zaoferował, że pożyczy Ewie jedną ze swoich ulubionych latarek, które wozi w samochodzie. Latarka ma wszystko – dwa tryby świecenia, rączkę, którą dodatkowo można świecić czerwonym mrygającym światełkiem, młotek, którym można rozbić szybę w samochodzie i nożyk. Do tego wszystkiego można tę latarkę naładować ręcznie, kręcąc korbką. No jakbym miała utknąć gdzieś pod jakąś lawiną, to tylko z taką latarką! Tak więc latarkę Dziadek G pożyczy Ewie, a my mamy obserwować, czy jej się taka latarka spodoba – jeśli tak, to kupi jej identyczną.

Dzisiaj z kolei Dziadek G zajechał nieoczekiwanie pod budynek, w którym mam zajęcia i wręczył mi jeszcze dwie małe latarki (jedną z nich można przyczepić do czegoś jako breloczek) oraz latarkę w kształcie kamienia ładowaną małym solarem:)

Bystrzak

Bystrzak

Długi weekend majowy minął nam na leczeniu przeziębienia – u mnie i u Ewy. Katar lał się strumieniami, gdzieś w okolicach poniedziałku nasze zapasy chusteczek spadły poniżej poziomu optymalnego (który wynosi: po jednym pudełku w każdej sypialni, koło kanapy, na stole w salonie, w kuchni, w łazience + 2 pudełka zapasowe). We wtorek rano weszliśmy w stan „niepokojący” – pudełek mieliśmy już mniej niż punktów, w których powinny się znajdować. Wieczorem liczba pudełek osiągnęła stan krytyczny – zostały nam tylko dwa, które co chwilę gdzieś przenosiliśmy. W środę pojechałyśmy do Biedronki po zapasy, bo jeszcze dzień zwłoki i zostałby nam tylko papier toaletowy. 

Katar był naszym głównym objawem, więc podstawą naszego leczenia było częste czyszczenie i nawilżanie nosa, a także inhalacje olejkami eterycznymi. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że Ewa wprost kocha moczyć się w wannie – w dzień, w który nigdzie nie wychodzi, mogłaby do tej wanny pakować się ze cztery razy. I na to jej pozwalaliśmy – za każdym razem, kiedy naszła jej na to ochota, napełnialiśmy małą wanienkę ciepłą wodą, do tego kilka kropel olejków i niech się moczy do woli – smarki leciały wtedy szeeeerooookim strumieniem. Dawid porobił zapasy w poniedziałek i miałyśmy chyba z sześć różnych olejków do wyboru. 

No i stoją tak te buteleczki z olejkami w łazience od tygodnia. Na wierzchu, bo nie wiadomo, kiedy znowu będą potrzebne.

W czwartek rano Ewa już czuła się ok, więc postanowiłyśmy pojechać na zajęcia i później do przedszkola. Wstajemy więc rano i jak to zwykle rano bywa – poranne zamieszanie.  

I nagle słyszę ten dźwięk. Podejrzany *PLUSK*. Podobno to jeden z bardziej stresujących dźwięków, które rodzic małego dziecka może usłyszeć. Lecę więc do łazienki i widzę Gwiazdę stojącą nad ubikacją i gapiącą się w jej otchłań.  

O nie – myślę sobie – coś tam utopiła.

Podchodzę i widzę – odkręcony olejek pływający w muszli. Z ubikacji powoli zaczyna ulatniać się woń tymianku. Gwiazda chyba duma, co dalej z tym fantem zrobić.

Ja: „I co ja mam teraz zrobić? Jak ja to mam teraz wyciągnąć?!” pytam.

Ewa podnosi do góry palec i z tryumfującym uśmiechem małego odkrywcy/racjonalizatora/bohatera-swojego-domu: „A może zawołamy Mysi Sprzęt*?!”

Ostatecznie wyciągnęłam ręką:)

*) Mysi Sprzęt – dla tych, którzy nie oglądają „Klubu Przyjaciół Myszki Miki”, to taki gadżet/postać, która przylatuje, jak jest jakiś problem, i oferuje do wyboru kilka sprzętów/narzędzi, które można jakoś do rozwiązania tego problemu wykorzystać. Wygląda tak:

Zachwyt

Zachwyt

Leżymy przed snem. Ewa ma katar, który przeszkadza jej w zasypianiu, więc żeby jej pomóc – głaszczę ją po twarzy. Delikatnie, leciutko wodzę opuszkami po jej czole, nosie, policzkach i brodzie. Powoli się uspokaja, wycisza, oddech się wyrównuje.

 „Giiiiteeeees” mówi nagle rozmarzonym głosem.

Nie ma to jak zadowolony klient:)

Słowotwórstwo

Słowotwórstwo

Dawid i Ewa siedzą na kanapie i rozmawiają o Rybce Mini Mini, która przebiera się za różne osoby – za pirata albo za Indianina… Nagle Dawid zrywa się i biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca z malowniczo udrapowanym na głowie szalikiem Legii Warszawa (nie wiem ciągle, czy to miał być pióropusz czy chustka pirata?:)).

Dawid: „Ewa, a kim ja jestem?”
Ewa: (myśli chwilę) „Legianinem!”


A co do samej Legii – zapytana wczoraj, kto wygra finał Pucharu Polski, odpowiedziała (dwa razy!), że Lech. Obstawiam, że to była taka jej pokrętna taktyka – żeby w razie czego móc poszczycić się dobrze obstawionym wynikiem meczu:)

Skutki odpowiedniej motywacji

Skutki odpowiedniej motywacji

Z dzisiejszego wypadu do sklepu przynieśli malutką paczuszkę herbatników. Ewa wszelkie słodycze zjada z odpowiednim namaszczeniem, toteż cztery ciastka zajęły jej prawie całe popołudnie.

Przy ciastku numer trzy Dawid rzucił: „Dobrze, tata da ci ciasteczko, ale powiedz najpierw jakiś wierszyk„.

Ewa lekko skonsternowana, jak w sumie każdy, kto nagle zostaje zaskoczony taką prośbą.

Podpowiadam więc pierwsze słowa wierszyka, który przychodzi mi do głowy: „Mam trzy latka…„. Wiem, że jeśli dobrnie do „trzy i pół„, to Dawid jej to zadanie zaliczy, a jak powie jeszcze „brodą sięgam ponad stół”, to będzie sukces. Ewa wierszyków nie mówi, jeśli już, to kończy pojedyncze wersy.

A tymczasem Gwiazda zaczyna mówić. Ze wzrokiem utkwionym w podłodze spokojnie wypowiada najpierw te, a później kolejne wersy. Nam natomiast z każdym kolejnym szczęki opadają coraz niżej.

Powiedziała cały wierszyk, bez potknięcia.

Dla tych, którzy nie znają:

Jakiś kwadrans później podchodzi do Dawida i bez słowa wstępu zaczyna: „Wlazł kotek na płotek i mruga…” 🙂

Pasta do zębów

Pasta do zębów

Gdzieś tak pod koniec zeszłego roku udało nam się wreszcie nauczyć Ewę wypluwać pastę do zębów, przyszedł więc czas na kupienie „poważnej” pasty z fluorem, takiej dla starszych dzieci. I tutaj pojawił się problem – Ewa za nic nie chciała wziąć jej do ust. Przekonywaliśmy na wszystkie sposoby – pokazywaliśmy, jaki to ciekawy obrazek jest na tubce, że pasta ma fajny kolor, ładnie pachnie. Tata wymył sobie nią zęby, później Mama. Nic nie działało.

Cóż było zrobić – przy następnej okazji kupiłam inną pastę. Taka sama reakcja. Jeszcze inną – tym razem postawiłam nie na markę pasty, ale na „trendy” obrazek na opakowaniu (Myszka Miki). Nic. Księżniczki. Nic. Zwierzątka. To samo…

Próbowaliśmy kłaść na szczoteczkę nową pastę przykrytą starą pastą. Wyczuła. Obmyślałam nawet sposób na rozbrojenie tubki ze starą pastą i umieszczenie w niej nowej. Nie chodziło już nawet o to, żeby umyła sobie nią zęby, ale żeby spróbowała i przekonała się, że nowa pasta nie jest taka zła.

Po jakimś miesiącu stwierdziliśmy, że dajemy sobie póki co spokój. Uprzątnęliśmy ze zlewu kolekcję w zasadzie nieużywanych past i rozdaliśmy je dzieciatym znajomym.

Swoją drogą, to nawet zabawne, że tak skupiamy się zawsze na pozytywach, że tygodniami nie dostrzegamy regresów u Ewy. Ma zły dzień, jest niewyspana, jest przeziębiona albo dopiero wychodzi z przeziębienia, wychodzą jej zęby, jest smutna, bo mama musiała wyjechać. To z kolei jest wytłumaczeniem jej marudnego nastroju, płaczliwości, usztywniania się na wszelkie nowości, braku apetytu, braku chęci na cokolwiek. Jeden zły dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei – w kolejne… Po jakimś miesiącu-dwóch jesteśmy wołani na dywanik do naszej Pani Psycholog, która z niepokojem pyta, czy coś się u nas nie dzieje, bo z Ewą nie da się w ogóle pracować. Czy jest na diecie, bo jeśli nie, to powinniśmy na nią wrócić.

Nie potrafię nigdy powiedzieć, kiedy zaczął się regres, ale zawsze wiem, kiedy się kończy. Ewa wstaje któregoś dnia i ma dobry dzień. Nie ma płaczu przy rozstaniu. Na zajęciach jest super. Drugie śniadanie zjedzone w całości, zupa też, a na kolację wreszcie zjada paprykę, którą z uporem maniaka codziennie jej kroiliśmy, a ona z uporem maniaka ją ignorowała. Następnego dnia to samo. I następnego. W sobotę znowu z entuzjazmem reaguje na propozycję, żeby pojechać na basen. Dobry dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei – w kolejne…

W ramach wyprawki do przedszkola mamy przynieść szczoteczkę i pastę. Jestem więc wczoraj w supermarkecie, żeby kupić drugi komplet. Staję przed półką z pastami. Ręka zastyga mi nad Ziajką z jeżykiem, od której nie możemy się uwolnić od ponad dwóch lat. I wtedy przez głowę przebiega mi myśl: „A, zaszaleję!”. Biorę wersję z wiewiórką, zobaczymy, co będzie.

Wieczorem Ewa staje jak zwykle przed lustrem. „O, wiewiórka!” – mówi na widok pasty. Tata pomaga jej wycisnąć odrobinę na szczoteczkę. „Niebieska!” Zamieramy oboje. Pasta z jeżykiem jest ciemnoróżowa, niebieska może nie przejść. A Ewa, jak gdyby nigdy nic, zaczyna myć zęby… 🙂

Pytania retoryczne

Pytania retoryczne

Poranne zamieszanie. Ewa je śniadanie, ja postanawiam wymknąć się do łazienki na szybki prysznic. W tle lecą standardowe poranne „hipciory”.

Po chwili wracam do salonu i widzę Gwiazdę siedzącą na kanapie i gapiącą się w telewizor, który jakimś cudem jest włączony. Cudem, bo pilot od telewizora leży wysoko, a pilotem od wieży teoretycznie można włączyć telewizor (ale tylko włączyć, kanałów zmienić nie można), ale nie jest to proste. Mnie się chyba nigdy nie udało:)

Ja: „A to co ma być?!” pytam wskazując na telewizor. Ewa dobrze wie, że jest to sprzęt odpalany u nas tylko wieczorem, w porze bajek.
Ewa: „Play!”

No i rację miała Mała Mądrala – bo akurat leciała reklama jej ulubionej sieci komórkowej.

A ja muszę pamiętać, że zadawanie jej pytań retorycznych nie jest dobrym pomysłem:)

Dylemat filozoficzno-genetyczny

Dylemat filozoficzno-genetyczny

Leżymy sobie w trójkę na kanapie. Dawid patrzy na Ewę i mówi:

Dawid: „Po kim ona ma takie duże oczy?”
Robię więc wytrzeszcz i próbuję delikatnie zasugerować…
Dawid: „Ale kolor oczu ma jednak bardziej po tobie.”
Ja: „I włosy.”
Dawid: „I płeć.”
Ja: „No płeć to jednak po tobie, ja nie miałam przecież na to żadnego wpływu.”

Nie możemy dojść w tej sprawie do consensusu. Po kim Ewa ma płeć? 🙂