Na zakupach. Stoimy przed wielkim regałem z sokami.
Dawid: „Ewa, jaki chcesz smak soku? Jabłkowy? Pomarańczowy? Winogronowy…?”
Ewa: „BARBIOWY!!!”
(Nie, to nie jest kryptoreklama jakby co:))
„Mamusiu, przytul mnie!”
Dawid i Ewa siedzą na kanapie i rozmawiają o Rybce Mini Mini, która przebiera się za różne osoby – za pirata albo za Indianina… Nagle Dawid zrywa się i biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca z malowniczo udrapowanym na głowie szalikiem Legii Warszawa (nie wiem ciągle, czy to miał być pióropusz czy chustka pirata?:)).
Dawid: „Ewa, a kim ja jestem?”
Ewa: (myśli chwilę) „Legianinem!”
Z dzisiejszego wypadu do sklepu przynieśli malutką paczuszkę herbatników. Ewa wszelkie słodycze zjada z odpowiednim namaszczeniem, toteż cztery ciastka zajęły jej prawie całe popołudnie.
Przy ciastku numer trzy Dawid rzucił: „Dobrze, tata da ci ciasteczko, ale powiedz najpierw jakiś wierszyk„.
Ewa lekko skonsternowana, jak w sumie każdy, kto nagle zostaje zaskoczony taką prośbą.
Podpowiadam więc pierwsze słowa wierszyka, który przychodzi mi do głowy: „Mam trzy latka…„. Wiem, że jeśli dobrnie do „trzy i pół„, to Dawid jej to zadanie zaliczy, a jak powie jeszcze „brodą sięgam ponad stół”, to będzie sukces. Ewa wierszyków nie mówi, jeśli już, to kończy pojedyncze wersy.
A tymczasem Gwiazda zaczyna mówić. Ze wzrokiem utkwionym w podłodze spokojnie wypowiada najpierw te, a później kolejne wersy. Nam natomiast z każdym kolejnym szczęki opadają coraz niżej.
Powiedziała cały wierszyk, bez potknięcia.
Dla tych, którzy nie znają:
Jakiś kwadrans później podchodzi do Dawida i bez słowa wstępu zaczyna: „Wlazł kotek na płotek i mruga…” 🙂
Gdzieś tak pod koniec zeszłego roku udało nam się wreszcie nauczyć Ewę wypluwać pastę do zębów, przyszedł więc czas na kupienie „poważnej” pasty z fluorem, takiej dla starszych dzieci. I tutaj pojawił się problem – Ewa za nic nie chciała wziąć jej do ust. Przekonywaliśmy na wszystkie sposoby – pokazywaliśmy, jaki to ciekawy obrazek jest na tubce, że pasta ma fajny kolor, ładnie pachnie. Tata wymył sobie nią zęby, później Mama. Nic nie działało.
Cóż było zrobić – przy następnej okazji kupiłam inną pastę. Taka sama reakcja. Jeszcze inną – tym razem postawiłam nie na markę pasty, ale na „trendy” obrazek na opakowaniu (Myszka Miki). Nic. Księżniczki. Nic. Zwierzątka. To samo…
Próbowaliśmy kłaść na szczoteczkę nową pastę przykrytą starą pastą. Wyczuła. Obmyślałam nawet sposób na rozbrojenie tubki ze starą pastą i umieszczenie w niej nowej. Nie chodziło już nawet o to, żeby umyła sobie nią zęby, ale żeby spróbowała i przekonała się, że nowa pasta nie jest taka zła.
Po jakimś miesiącu stwierdziliśmy, że dajemy sobie póki co spokój. Uprzątnęliśmy ze zlewu kolekcję w zasadzie nieużywanych past i rozdaliśmy je dzieciatym znajomym.
Swoją drogą, to nawet zabawne, że tak skupiamy się zawsze na pozytywach, że tygodniami nie dostrzegamy regresów u Ewy. Ma zły dzień, jest niewyspana, jest przeziębiona albo dopiero wychodzi z przeziębienia, wychodzą jej zęby, jest smutna, bo mama musiała wyjechać. To z kolei jest wytłumaczeniem jej marudnego nastroju, płaczliwości, usztywniania się na wszelkie nowości, braku apetytu, braku chęci na cokolwiek. Jeden zły dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei – w kolejne… Po jakimś miesiącu-dwóch jesteśmy wołani na dywanik do naszej Pani Psycholog, która z niepokojem pyta, czy coś się u nas nie dzieje, bo z Ewą nie da się w ogóle pracować. Czy jest na diecie, bo jeśli nie, to powinniśmy na nią wrócić.
Nie potrafię nigdy powiedzieć, kiedy zaczął się regres, ale zawsze wiem, kiedy się kończy. Ewa wstaje któregoś dnia i ma dobry dzień. Nie ma płaczu przy rozstaniu. Na zajęciach jest super. Drugie śniadanie zjedzone w całości, zupa też, a na kolację wreszcie zjada paprykę, którą z uporem maniaka codziennie jej kroiliśmy, a ona z uporem maniaka ją ignorowała. Następnego dnia to samo. I następnego. W sobotę znowu z entuzjazmem reaguje na propozycję, żeby pojechać na basen. Dobry dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei – w kolejne…
W ramach wyprawki do przedszkola mamy przynieść szczoteczkę i pastę. Jestem więc wczoraj w supermarkecie, żeby kupić drugi komplet. Staję przed półką z pastami. Ręka zastyga mi nad Ziajką z jeżykiem, od której nie możemy się uwolnić od ponad dwóch lat. I wtedy przez głowę przebiega mi myśl: „A, zaszaleję!”. Biorę wersję z wiewiórką, zobaczymy, co będzie.
Wieczorem Ewa staje jak zwykle przed lustrem. „O, wiewiórka!” – mówi na widok pasty. Tata pomaga jej wycisnąć odrobinę na szczoteczkę. „Niebieska!” Zamieramy oboje. Pasta z jeżykiem jest ciemnoróżowa, niebieska może nie przejść. A Ewa, jak gdyby nigdy nic, zaczyna myć zęby… 🙂
Poranne zamieszanie. Ewa je śniadanie, ja postanawiam wymknąć się do łazienki na szybki prysznic. W tle lecą standardowe poranne „hipciory”.
Po chwili wracam do salonu i widzę Gwiazdę siedzącą na kanapie i gapiącą się w telewizor, który jakimś cudem jest włączony. Cudem, bo pilot od telewizora leży wysoko, a pilotem od wieży teoretycznie można włączyć telewizor (ale tylko włączyć, kanałów zmienić nie można), ale nie jest to proste. Mnie się chyba nigdy nie udało:)
Ja: „A to co ma być?!” pytam wskazując na telewizor. Ewa dobrze wie, że jest to sprzęt odpalany u nas tylko wieczorem, w porze bajek.
Ewa: „Play!”
No i rację miała Mała Mądrala – bo akurat leciała reklama jej ulubionej sieci komórkowej.
A ja muszę pamiętać, że zadawanie jej pytań retorycznych nie jest dobrym pomysłem:)
Dawid: „Po kim ona ma takie duże oczy?”
Robię więc wytrzeszcz i próbuję delikatnie zasugerować…
Dawid: „Ale kolor oczu ma jednak bardziej po tobie.”
Ja: „I włosy.”
Dawid: „I płeć.”
Ja: „No płeć to jednak po tobie, ja nie miałam przecież na to żadnego wpływu.”