O Pyszczu, co jeździł koleją

O Pyszczu, co jeździł koleją

Właśnie zaliczyłyśmy z Ewą drugą wyprawę pociągiem (w wersji „na bogato”, czyli Pendolino) na trasie Warszawa-Gdańsk-Warszawa, więc można śmiało stwierdzić, że Gwiazda jest już doświadczonym podróżnikiem. Pierwsza wyprawa miała miejsce jeszcze w kwietniu i jechaliśmy w trójkę, drugą odbyłyśmy już tylko we dwie.

W tym miejscu wypadałoby zaznaczyć, iż nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie dwa niezmiernie ważne gadżety: iPad i zakupiona-na-dworcu-gazetka-z-wróżkami/księżniczkami/puchatkami/itd.-i-plastikowym-czymśtam-gratis. Tematem przewodnim poprzedniego wyjazdu były „skrzydełka wróżki i różdżka” – dzięki którym dało się zaczarować pociąg tak, aby ruszył. Tak ją skutecznie z Dawidem wkręciliśmy ruszając z Centralnej („No, Ewa, czaruj, abrakadabra, hokus pokus… raaaaaaaz….dwaaaaaaaa…. trzy….. i…. i….. iiiiiii…..!!! No ale czekaj, nie pacnęłaś różdżką! Iiiiiii….! JUŻ!”), że mieliśmy ubaw aż do Gdańska, bo za każdym razem jak pociąg miał ruszyć z kolejnej stacji, Ewa z równym przejęciem „czarowała”.

Tym razem zaopatrzyłyśmy się w nową bajkę na drogę, właśnie o Dzwoneczku, więc kolejny numer wróżkowej gazetki miał być niejako dopełnieniem – tyle, że dworcowe kioski nie były na naszą magię przygotowane i nie posiadały w swym asortymencie odpowiedniej prasy. Na szczęście „Księżniczki” (na trasie Warszawa-Gdańsk) i „Klinika dla pluszaków” (na trasie Gdańsk-Warszawa) dały radę.

Największym zaś rozczarowaniem całej podróży był zestaw „produktów mężczyznopodobnych”, z którymi przyszło nam się zetknąć podczas wysiadania w Gdańsku. Cała operacja wsiadania i wysiadania była bowiem najbardziej newralgicznym punktem całej wycieczki – trzeba było ogarnąć w czasie i przestrzeni: 1) Gwiazdę (wraz z Heniem na głowie), 2) wielką walizę, 3) plecak (to najłatwiej, bo na plecach). I niby ręce mam dwie, ale jednak wziąć jednocześnie w ręce walizę i Ewę i wysiąść z pociągu nie jest tak łatwo. Tutaj pojawia się dylemat: zostawić Ewę w pociągu, wytargać walizkę na peron, wrócić po Ewę (ale co zrobić, jeśli w momencie, kiedy ja jestem zajęta targaniem walizki, Ewa jednak ruszy za mną, potknie się na schodkach pociągu i z nich zleci, pół biedy, jeśli na peron, ale co, jeżeli spadnie na tory)? Czy: wynieść Ewę na peron, postawić i przykazać, żeby czekała, i wtedy wynieść walizkę (ale na peronie tłok, ludzie się przepychają, ktoś ją jeszcze popchnie, zabierze, albo ona odwróci się i pobiegnie gonić gołębia, który właśnie sfrunął z peronu na tory…)? No ciężka sprawa. Po cichu liczyłam na to, że ktoś – nie wiem, na przykład któryś z wysiadających panów (a było ich sporo, wiecie, pielgrzymka na Open’era), zobaczy kobietę z dzieckiem i wielką walizą, i nie wiem, zapyta: „może pani pomóc”? Nie liczę na to, że ktoś mi tę walizę wytarga z pociągu, o nie, ja wiem, że równouprawnienie i takie tam, a poza tym, to faceci rachityczni teraz są, wiotcy tacy… Ja sobie tę walizę taką wielką spakowałam, to ja sobie ją mogę targać, dam radę. Ale mógłby któryś chociaż zaproponować: „to ja pani dziecko przytrzymam/podam”. Drobiażdżek taki, a jak pomocny!

Gdzie tam. W jednej ręce walizka, drugą trzymam Pyszcza, najpierw wysiada walizka, później ja, za mną Pyszcz, staczamy się razem na peron. „Powoli Ewa, po jednym stopniu, patrz pod nogi!” – mówię, próbując jednocześnie ogarnąć wzrokiem i miejsce, w którym ląduje walizka, i nogi Pyszcza.

„Powooooli!” – słyszę za plecami cenną uwagę jednego z panów. Bardzo pomocne, bardzo.

Na szczęście przy pozostałych operacjach wsiadania/wysiadania z pociągu miałyśmy wsparcie;)

Normalnie o tej porze

Normalnie o tej porze

Jadę wczoraj koło 16 odebrać Ewę z przedszkola. Mieszkamy na obrzeżach miasta, więc korki o tej porze nie są jakieś wyjątkowo dotkliwe, ale jednak samochodów na drodze jest trochę więcej. Ale z drugiej strony – słońce świeci, pogoda piękna, ja nie muszę się spieszyć – czego można by chcieć więcej?

Z głośników leci „Normalnie o tej porze” z płyty „Albo Inaczej”, w wykonaniu Wojciecha Gąssowskiego (świetna płyta z jazzowymi aranżacjami kilku hip-hopowych piosenek). Czym Ewa więcej mówi i więcej rozumie, tym jednak rzadziej możemy sobie pozwolić na puszczanie hip-hopowych oryginałów z uwagi na „kwiecistość” ich słownictwa. Chcemy dać jej trochę czasu, żeby najpierw opanowała bardziej społecznie akceptowalne wyrazy:)

No więc jadę sobie ul. Sokratesa, słońce świeci, pogoda piękna, a ja mogę sobie spokojnie pośpiewać (gdzie jak nie w samochodzie?:)).

„Normalnie o tej porze, wożę się po mieście, normalnie o tej porze, raz lepiej, raz gorzej…”

I nagle zdaję sobie sprawę, jak idealnie tekst wpasowuje mi się w moją sytuację:) Pytanie tylko, czy pisząc tę piosenkę, Panowie z Kaliber44 mieli świadomość, że utożsamiać się z nią będzie akurat stateczna żona i matka? 🙂

PS. Jak wracałyśmy do domu, już we dwie, trafiła nam się ta piosenka:

„Jest jedna rzecz, dla której warto żyć, i nie zmieni się nic”

Teksty piosenek hip-hopowych jako tło życia kobiety po trzydziestce. Kto by pomyślał…

Raz po raz

Raz po raz

Siedzimy w trójkę na kanapie. Pomiędzy nami – miseczka z pokrojonym przez Dawida arbuzem. Ewa czyta książkę, raz po raz nabija na widelec kawałek arbuza i nie odrywając wzroku od kartki wkłada go sobie do ust. Dawid siedzi naprzeciwko z chusteczką w dłoni i raz po raz wyciera sok, który kapie Ewie z brody. Ja leżę obok i raz po raz, jak nikt nie patrzy, podbieram kawałek arbuza.

Tak nam mija, w milczeniu, jakieś pięć minut. Zawartość miseczki powoli się kończy.

Dawid: „I co Ewa, kto jest takim wielkim żarłokiem?”
Ewa: „MA-MU-SIA!”

Oni to trenują, czy co? 🙂

Drobiazgi

Drobiazgi

Czy ja już pisałam, że uwielbiam nasze przedszkole?

Sytuacja z dzisiaj – przychodzimy rano do przedszkola, Ewa zmienia w szatni buty i idziemy do sali. Otwieram drzwi. W środku – kilkoro dzieci, jedna z Pań Opiekunek i Pani Ania – pedagog specjalny Ewy.

Stajemy w progu i kucam przy Ewie, żeby się pożegnać. W tym czasie cała grupa – panie i dzieci – podchodzą do nas. Któryś z chłopców krzyczy „O, Ewa!” i widać, że za chwilę będzie chciał się do niej przytulić. Wokół nas nagle robi się tłoczno.

Ewa nie ma problemu z grupą, jest już zaaklimatyzowana, nie ma też problemu, żeby kogoś dotknąć lub żeby ktoś dotknął jej, ale jednak nie bardzo lubi, jak tak na „dzień dobry” ktoś chce się z nią za bardzo integrować. Nawet jeśli jest to jakiś przystojny brunet:) No, w histerię wtedy nie wpadnie, ale widać, że się spina i lekko zawiesza.

Panie jednak pamiętają. Jedna z nich podchodzi, kuca przy Ewie i się z nią wita, a druga lekko przytrzymuje ręką kochliwego kolegę.

Drobny gest – ale w sumie takie rzeczy pewnie sprawiają, że Ewa czuje się tam dobrze.

Ewy przygoda z przedszkolem – adaptacja i pierwsze tygodnie

Ewy przygoda z przedszkolem – adaptacja i pierwsze tygodnie

Czasami jest tak, że człowiek szuka bardzo długo, bo ciągle coś mu nie do końca pasuje. Wreszcie olewa szukanie i wybiera najlepszą opcję z tych dostępnych, albo przeciwnie – trafia na coś i od razu czuje, że to jest to. Tak było u nas – odwiedziliśmy dwa przedszkola (oprócz tego pierwszego) i mimo, że teoretycznie wszystko było w nich ok – ciągle miałam poczucie, że trzeba szukać dalej. Niby niewiele od przedszkola oczekiwaliśmy – raptem tego, żeby Ewa mogła wejść w grupę i rozpocząć socjalizację, a oprócz tego może ze 2h tygodniowo jakichś zajęć z pedagogiem specjalnym czy logopedą (byliśmy w stanie utrzymać terapię w Asyście, gdyby nie było innego wyjścia). Żeby było w miarę bezpiecznie, w miarę czysto, żeby nie zmuszali do jedzenia (bo ja mam z tego powodu ciągle traumę), żeby nie bili i nie zamykali jej w jakiejś komórce…:) Podstawy po prostu. Fajerwerki typu dwa języki obce z native’m, lekcje baletu, karate i lepienia w glinie – naprawdę nas średnio interesowały.

Ale były drobiazgi, które nie dawały nam w tych przedszkolach spokoju.

W jednym na moje pytanie, czy możemy liczyć na zajęcia z logopedą i pedagogiem specjalnym – pani dyrektor zaczęła recytować formułkę, że każde dziecko na początku jest oceniane przez logopedę pod kątem ewentualnych problemów z mową, i jeśli takowe zostaną stwierdzone, możemy sobie wykupić pakiet zajęć indywidualnych. Stwierdzenie było o tyle zabawne, że przyszłam na spotkanie z całą teczką zaświadczeń, że Ewa opóźniony rozwój mowy posiada – o czym pani wiedziała. Później, przyciśnięta, pani dyrektor stwierdziła, że póki co to orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego dla Ewy na nic się w zasadzie nie przyda, bo i tak nie dostaną na nią dotacji (bo coś tam). Więc możemy płacić niemałe czesne, wykupić sobie dodatkową terapię, ale hej, Ewa będzie się uczyła dwóch języków obcych! Fajnie, ale skupmy się na razie na polskim…

W drugim już tam coś na temat autyzmu wiedzieli, nawet więcej niż mniej. Przeprowadzono z nami dokładny wywiad, jak Ewa funkcjonuje, jak wygląda jej terapia itd. Mogłam przez ponad godzinę robić to, co każda matka uwielbia, mianowicie – opowiadać o swoim dziecku:) Oferta super, bo Ewa byłaby zwolniona z czesnego, miałaby też kilka godzin tygodniowo indywidualnej terapii. „Logopeda? Obowiązkowo! W ogóle, to dziwne, że Ewa nie miała tego logopedy wcześniej, bo teraz byłyby zupełnie inne efekty. Metoda krakowska daje świetne rezultaty!” Na moją delikatną sugestię, że uważam, że problemy Ewy z mówieniem wynikają raczej z niezrozumienia celów komunikacji, co świetnie widać było przy wprowadzaniu jej PECS – pani natychmiast przeszła do ofensywy, że „my tu nie stosujemy PECS, ale elementy języka migowego, bo wg badań to…”. Ciągle wydaje mi się jednak, że warto zastanowić się nad przyczynami zaburzeń, a nie pracować nad jego skutkami.

Obecne przedszkole najpierw zaskoczyło nas swoim wyglądem. Ono jest po prostu… ładne. Wszystko nowe, czyste, świeże. Duże, jasne sale. Kolorowo, ale nie tak „naciupane”, jak to bywa w placówkach opiekuńczo-oświatowych:) Spotkanie z rzeczową panią dyrektor, później z panią, która nadzoruje terapię dzieci z orzeczeniami. Urzekła mnie tym, że… nie upierała się przy zajęciach z logopedą dla Ewy, mimo, iż wiedziała, że Ewa ma opóźnioną mowę. Mówiła, że podstawą ma być terapia w grupie oraz zajęcia indywidualne, które mają być nakierowane na rozwój umiejętności społecznych, w tym komunikacji.

W ostatnim tygodniu kwietnia i pierwszym tygodniu maja Ewa brała udział w adaptacji w Przedszkolu (piszę z wielkiej litery, żeby było wiadomo, że chodzi o nasze, długo poszukiwane, przedszkole). Chodziła tam na 2-3h, po porannych zajęciach w Asyście. Początkowo przebywała w sali z Nianią, później, powolutku, zaczęła zostawać sama. W drugim tygodniu adaptacji (który to tydzień był wyjątkowo krótki, bo chorowałyśmy od weekendu aż do środy, więc w przedszkolu Ewa była w czwartek i piątek), Ewa w zasadzie przez cały czas była w sali bez obstawy.

Od kolejnego tygodnia chodzi już od 8:30 do 15:30. Zaadaptowała się super, od pierwszego „pełnego” dnia zasypiała bez problemu w trakcie leżakowania (co było dużym zaskoczeniem dla Pań – były pewne, że będzie miała problemy z wyciszeniem się i zaśnięciem w sali pełnej innych dzieci). Jedyny problem – ciągle nie chce w przedszkolu nic zjeść. Ale spokojnie, głodem ją weźmiemy, będzie dobrze:)

A największe zaskoczenie dla mnie? Odprowadzam Ewę pierwszego „pełnego” dnia. Wchodzimy przez furtkę i idziemy do drzwi, po drodze mijając dwie dziewczynki – na oko trzy- i pięcioletnią – i ich mamę. Nagle słyszę, jak starsza z dziewczynek mówi:

„O, cześć Ewa! Mamo, popatrz, to Ewa, moja koleżanka!”

Wygląda na to, że Ewa szybciej nawiązuje znajomości niż jej neurotypowi rodzice. Nie wiem, czy się cieszyć (z jej powodu), czy też głęboko zastanowić nad sobą…:)

Henio

Henio

Pewnego dnia przyniosłam do domu siatkę z zakupami. Siatka była efektem moich wojaży po sklepach, mających na celu uzupełnienie braków w naszej letniej garderobie (a które skończyły się jak zwykle, czyli zakupami w rozmiarze 104).

Ewa dopadła mnie już przy drzwiach i zajrzała do torby.

„Henio!” – zawołała.

„Jaki Henio?!” – mruknęłam do siebie pod nosem, Ewa natomiast w tym momencie miała go już na głowie. Kapelutek, który kupiłam, bo tak pociesznie uśmiechał się do mnie z wieszaka. Do celów praktycznych kupiłam również normalną, materiałową czapkę, zakładając, że kapelutek nie przypadnie Gwieździe do gustu.

Dzisiaj nawet nie pamiętam, jakiego koloru jest tamta czapka – Ewa nigdy jej nie założyła. Po co, skoro jest Henio?

Próbowaliśmy z Dawidem dociec, skąd wzięło się to imię. Ewa póki co na ten temat milczy. Henio to Henio, po prostu. Nasze prywatne dochodzenie wykazało, że jedyny „Henio”, jakiego Ewa może znać, to „Henio Tulistworek” z jednej z piosenek dziecięcych, które czasami u nas lecą. Ale Ewa nigdy nie oglądała bajki, z której ta piosenka pochodzi, więc nie wie, jak tamten Henio wygląda. Co więcej, googlaliśmy tę bajkę i tamten nijak do naszego Henia nie jest podobny…

Czwartkowe przedpołudnie spędziliśmy na placu zabaw przy AWF. Siedzimy sobie na kocyku rozłożonym na trawie i obserwujemy Gwiazdę.

Ja: „Śmisznie wygląda z tym Heniem na głowie. Tylko czemu założyła go tył naprzód?”
Dawid: „No jak to czemu, to przecież oczywiste. Żeby mieć oczy z tyłu głowy.”

Zanotować: córka zawsze ma rację

Zanotować: córka zawsze ma rację

Godzina 17, szykuję w kuchni obiad. Z głośników leci muzyka, ustawiona raczej głośniej niż ciszej (mój nowy super-hiper telefon, prezent od Męża, ma taką genialną funkcję udostępniania muzyki i puszczania jej przez wieżę, tak więc wykupiłam abonament w Spotify i hulaj dusza!:)). Ewa kręci mi się pod nogami, co chwilę kombinując, jak by tu wyłudzić kolejnego loda (żeby nie było – lody to u nas zmiksowane na papkę owoce z awokado, „doprawione” Eye-Q). Nagle puszcza się biegiem do drzwi wejściowym z okrzykiem „Tatuś!”.

Myślę sobie: „Coś się dziewczynie pomyliło”. Zazwyczaj nadejście Taty obwieszcza „piknięcie” domofonu (oznaczające, że ktoś przy drzwiach wejściowych wprowadza kod). Tym razem piknięcia nie było – tak przynajmniej mi się wydaje, bo muzyka gra dosyć głośno. Ewa jednak kręci się w korytarzu, więc idę za nią.

Ja: „Ewa, ale Tata jeszcze nie idzie…”
Ewa: „Tatuś! Z rowerem!” (Tata kupił sobie w zeszłym tygodniu rower i teraz dojeżdża nim na metro)
Ja otwierając drzwi: „No dobrze, zobaczymy, ale wydaje mi się, że to nie Tatuś…”
Wyglądamy na klatkę i w tym momencie słyszymy charakterystyczny dźwięk obracających się kół roweru, dobiegający zza rogu korytarza – w miejscu, gdzie mamy komórkę i gdzie Dawid trzyma rower. I głos Dawida: „To Tatuś!”

Spytałam Dawida, czy otwierał drzwi domofonem – co oznaczałoby, że ten jednak „piknął”, ale przez muzykę tego nie usłyszałam. Powiedział, że nie – drzwi ktoś zostawił otwarte.

JAK ONA TO USŁYSZAŁA?!!

Wychodzi na to, że należy uzupełnić listę supermocy mojej córki.

I raz jeszcze zanotować sobie w kajeciku, że jeśli Ewa coś mówi, TO TAK JEST.

A może ona jest X-Menem? 🙂

Muzycznie

Muzycznie

Leniwe niedzielne popołudnie. Siedzimy sobie na kanapie, Ewa z nami, chociaż czymś tam zajęta w kącie. W radiu leci „Streets of Philadelphia”.

Dawid: „Nigdy nie pamiętam, kto to śpiewa.”
Ja: „Bruce Springsteen.”
Dawid: „No właśnie, też tak zawsze myślę. Ale potem zaczynam się zastanawiać, że to może jednak jest Chris Rea… Albo Chris Isaak…”
Ewa: „Albo KRISTOFF…”

Jej skojarzenia są jednak jeszcze nieco ograniczone…:)

Bibliofilka

Bibliofilka

Czytamy „Maks dba o zdrowie”. Z tyłu, na okładce, są wymienione inne książeczki z serii. Ewa analizuje dokładnie każdą z pozycji, po czym zrywa się nagle z kanapy i biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca z butami w ręku.

Ja: „Ewa, gdzie idziesz?”
Ewa: „Do biblioteki po książeczki!”
Ja: „Wiesz, o tej porze biblioteka jest już zamknięta”
Ewa: *płacz*
Ja: „Ale popatrz, tu na okładce jest adres sklepu, mama wieczorem wejdzie do internetu i zamówi dla Ciebie Maksa, a za kilka dni Pan Listonosz go dla ciebie przyniesie. Co ty na to?”

Ewa wydaje się usatysfakcjonowana tym tłumaczeniem, wstaję więc i idę do kuchni po coś do picia. Po kilku minutach przychodzi Ewa, tym razem buty ma już na nogach i wydaje się być gotowa do wyjścia. Pytam więc znowu:

Ja: „Ewa, gdzie idziesz?”
Ewa: „Do internetu po książeczki!”