Normalnie o tej porze

Normalnie o tej porze

Jadę wczoraj koło 16 odebrać Ewę z przedszkola. Mieszkamy na obrzeżach miasta, więc korki o tej porze nie są jakieś wyjątkowo dotkliwe, ale jednak samochodów na drodze jest trochę więcej. Ale z drugiej strony – słońce świeci, pogoda piękna, ja nie muszę się spieszyć – czego można by chcieć więcej?

Z głośników leci „Normalnie o tej porze” z płyty „Albo Inaczej”, w wykonaniu Wojciecha Gąssowskiego (świetna płyta z jazzowymi aranżacjami kilku hip-hopowych piosenek). Czym Ewa więcej mówi i więcej rozumie, tym jednak rzadziej możemy sobie pozwolić na puszczanie hip-hopowych oryginałów z uwagi na „kwiecistość” ich słownictwa. Chcemy dać jej trochę czasu, żeby najpierw opanowała bardziej społecznie akceptowalne wyrazy:)

No więc jadę sobie ul. Sokratesa, słońce świeci, pogoda piękna, a ja mogę sobie spokojnie pośpiewać (gdzie jak nie w samochodzie?:)).

„Normalnie o tej porze, wożę się po mieście, normalnie o tej porze, raz lepiej, raz gorzej…”

I nagle zdaję sobie sprawę, jak idealnie tekst wpasowuje mi się w moją sytuację:) Pytanie tylko, czy pisząc tę piosenkę, Panowie z Kaliber44 mieli świadomość, że utożsamiać się z nią będzie akurat stateczna żona i matka? 🙂

PS. Jak wracałyśmy do domu, już we dwie, trafiła nam się ta piosenka:

„Jest jedna rzecz, dla której warto żyć, i nie zmieni się nic”

Teksty piosenek hip-hopowych jako tło życia kobiety po trzydziestce. Kto by pomyślał…

Raz po raz

Raz po raz

Siedzimy w trójkę na kanapie. Pomiędzy nami – miseczka z pokrojonym przez Dawida arbuzem. Ewa czyta książkę, raz po raz nabija na widelec kawałek arbuza i nie odrywając wzroku od kartki wkłada go sobie do ust. Dawid siedzi naprzeciwko z chusteczką w dłoni i raz po raz wyciera sok, który kapie Ewie z brody. Ja leżę obok i raz po raz, jak nikt nie patrzy, podbieram kawałek arbuza.

Tak nam mija, w milczeniu, jakieś pięć minut. Zawartość miseczki powoli się kończy.

Dawid: „I co Ewa, kto jest takim wielkim żarłokiem?”
Ewa: „MA-MU-SIA!”

Oni to trenują, czy co? 🙂

Drobiazgi

Drobiazgi

Czy ja już pisałam, że uwielbiam nasze przedszkole?

Sytuacja z dzisiaj – przychodzimy rano do przedszkola, Ewa zmienia w szatni buty i idziemy do sali. Otwieram drzwi. W środku – kilkoro dzieci, jedna z Pań Opiekunek i Pani Ania – pedagog specjalny Ewy.

Stajemy w progu i kucam przy Ewie, żeby się pożegnać. W tym czasie cała grupa – panie i dzieci – podchodzą do nas. Któryś z chłopców krzyczy „O, Ewa!” i widać, że za chwilę będzie chciał się do niej przytulić. Wokół nas nagle robi się tłoczno.

Ewa nie ma problemu z grupą, jest już zaaklimatyzowana, nie ma też problemu, żeby kogoś dotknąć lub żeby ktoś dotknął jej, ale jednak nie bardzo lubi, jak tak na „dzień dobry” ktoś chce się z nią za bardzo integrować. Nawet jeśli jest to jakiś przystojny brunet:) No, w histerię wtedy nie wpadnie, ale widać, że się spina i lekko zawiesza.

Panie jednak pamiętają. Jedna z nich podchodzi, kuca przy Ewie i się z nią wita, a druga lekko przytrzymuje ręką kochliwego kolegę.

Drobny gest – ale w sumie takie rzeczy pewnie sprawiają, że Ewa czuje się tam dobrze.

Ewy przygoda z przedszkolem – adaptacja i pierwsze tygodnie

Ewy przygoda z przedszkolem – adaptacja i pierwsze tygodnie

Czasami jest tak, że człowiek szuka bardzo długo, bo ciągle coś mu nie do końca pasuje. Wreszcie olewa szukanie i wybiera najlepszą opcję z tych dostępnych, albo przeciwnie – trafia na coś i od razu czuje, że to jest to. Tak było u nas – odwiedziliśmy dwa przedszkola (oprócz tego pierwszego) i mimo, że teoretycznie wszystko było w nich ok – ciągle miałam poczucie, że trzeba szukać dalej. Niby niewiele od przedszkola oczekiwaliśmy – raptem tego, żeby Ewa mogła wejść w grupę i rozpocząć socjalizację, a oprócz tego może ze 2h tygodniowo jakichś zajęć z pedagogiem specjalnym czy logopedą (byliśmy w stanie utrzymać terapię w Asyście, gdyby nie było innego wyjścia). Żeby było w miarę bezpiecznie, w miarę czysto, żeby nie zmuszali do jedzenia (bo ja mam z tego powodu ciągle traumę), żeby nie bili i nie zamykali jej w jakiejś komórce…:) Podstawy po prostu. Fajerwerki typu dwa języki obce z native’m, lekcje baletu, karate i lepienia w glinie – naprawdę nas średnio interesowały.

Ale były drobiazgi, które nie dawały nam w tych przedszkolach spokoju.

W jednym na moje pytanie, czy możemy liczyć na zajęcia z logopedą i pedagogiem specjalnym – pani dyrektor zaczęła recytować formułkę, że każde dziecko na początku jest oceniane przez logopedę pod kątem ewentualnych problemów z mową, i jeśli takowe zostaną stwierdzone, możemy sobie wykupić pakiet zajęć indywidualnych. Stwierdzenie było o tyle zabawne, że przyszłam na spotkanie z całą teczką zaświadczeń, że Ewa opóźniony rozwój mowy posiada – o czym pani wiedziała. Później, przyciśnięta, pani dyrektor stwierdziła, że póki co to orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego dla Ewy na nic się w zasadzie nie przyda, bo i tak nie dostaną na nią dotacji (bo coś tam). Więc możemy płacić niemałe czesne, wykupić sobie dodatkową terapię, ale hej, Ewa będzie się uczyła dwóch języków obcych! Fajnie, ale skupmy się na razie na polskim…

W drugim już tam coś na temat autyzmu wiedzieli, nawet więcej niż mniej. Przeprowadzono z nami dokładny wywiad, jak Ewa funkcjonuje, jak wygląda jej terapia itd. Mogłam przez ponad godzinę robić to, co każda matka uwielbia, mianowicie – opowiadać o swoim dziecku:) Oferta super, bo Ewa byłaby zwolniona z czesnego, miałaby też kilka godzin tygodniowo indywidualnej terapii. „Logopeda? Obowiązkowo! W ogóle, to dziwne, że Ewa nie miała tego logopedy wcześniej, bo teraz byłyby zupełnie inne efekty. Metoda krakowska daje świetne rezultaty!” Na moją delikatną sugestię, że uważam, że problemy Ewy z mówieniem wynikają raczej z niezrozumienia celów komunikacji, co świetnie widać było przy wprowadzaniu jej PECS – pani natychmiast przeszła do ofensywy, że „my tu nie stosujemy PECS, ale elementy języka migowego, bo wg badań to…”. Ciągle wydaje mi się jednak, że warto zastanowić się nad przyczynami zaburzeń, a nie pracować nad jego skutkami.

Obecne przedszkole najpierw zaskoczyło nas swoim wyglądem. Ono jest po prostu… ładne. Wszystko nowe, czyste, świeże. Duże, jasne sale. Kolorowo, ale nie tak „naciupane”, jak to bywa w placówkach opiekuńczo-oświatowych:) Spotkanie z rzeczową panią dyrektor, później z panią, która nadzoruje terapię dzieci z orzeczeniami. Urzekła mnie tym, że… nie upierała się przy zajęciach z logopedą dla Ewy, mimo, iż wiedziała, że Ewa ma opóźnioną mowę. Mówiła, że podstawą ma być terapia w grupie oraz zajęcia indywidualne, które mają być nakierowane na rozwój umiejętności społecznych, w tym komunikacji.

W ostatnim tygodniu kwietnia i pierwszym tygodniu maja Ewa brała udział w adaptacji w Przedszkolu (piszę z wielkiej litery, żeby było wiadomo, że chodzi o nasze, długo poszukiwane, przedszkole). Chodziła tam na 2-3h, po porannych zajęciach w Asyście. Początkowo przebywała w sali z Nianią, później, powolutku, zaczęła zostawać sama. W drugim tygodniu adaptacji (który to tydzień był wyjątkowo krótki, bo chorowałyśmy od weekendu aż do środy, więc w przedszkolu Ewa była w czwartek i piątek), Ewa w zasadzie przez cały czas była w sali bez obstawy.

Od kolejnego tygodnia chodzi już od 8:30 do 15:30. Zaadaptowała się super, od pierwszego „pełnego” dnia zasypiała bez problemu w trakcie leżakowania (co było dużym zaskoczeniem dla Pań – były pewne, że będzie miała problemy z wyciszeniem się i zaśnięciem w sali pełnej innych dzieci). Jedyny problem – ciągle nie chce w przedszkolu nic zjeść. Ale spokojnie, głodem ją weźmiemy, będzie dobrze:)

A największe zaskoczenie dla mnie? Odprowadzam Ewę pierwszego „pełnego” dnia. Wchodzimy przez furtkę i idziemy do drzwi, po drodze mijając dwie dziewczynki – na oko trzy- i pięcioletnią – i ich mamę. Nagle słyszę, jak starsza z dziewczynek mówi:

„O, cześć Ewa! Mamo, popatrz, to Ewa, moja koleżanka!”

Wygląda na to, że Ewa szybciej nawiązuje znajomości niż jej neurotypowi rodzice. Nie wiem, czy się cieszyć (z jej powodu), czy też głęboko zastanowić nad sobą…:)

Henio

Henio

Pewnego dnia przyniosłam do domu siatkę z zakupami. Siatka była efektem moich wojaży po sklepach, mających na celu uzupełnienie braków w naszej letniej garderobie (a które skończyły się jak zwykle, czyli zakupami w rozmiarze 104).

Ewa dopadła mnie już przy drzwiach i zajrzała do torby.

„Henio!” – zawołała.

„Jaki Henio?!” – mruknęłam do siebie pod nosem, Ewa natomiast w tym momencie miała go już na głowie. Kapelutek, który kupiłam, bo tak pociesznie uśmiechał się do mnie z wieszaka. Do celów praktycznych kupiłam również normalną, materiałową czapkę, zakładając, że kapelutek nie przypadnie Gwieździe do gustu.

Dzisiaj nawet nie pamiętam, jakiego koloru jest tamta czapka – Ewa nigdy jej nie założyła. Po co, skoro jest Henio?

Próbowaliśmy z Dawidem dociec, skąd wzięło się to imię. Ewa póki co na ten temat milczy. Henio to Henio, po prostu. Nasze prywatne dochodzenie wykazało, że jedyny „Henio”, jakiego Ewa może znać, to „Henio Tulistworek” z jednej z piosenek dziecięcych, które czasami u nas lecą. Ale Ewa nigdy nie oglądała bajki, z której ta piosenka pochodzi, więc nie wie, jak tamten Henio wygląda. Co więcej, googlaliśmy tę bajkę i tamten nijak do naszego Henia nie jest podobny…

Czwartkowe przedpołudnie spędziliśmy na placu zabaw przy AWF. Siedzimy sobie na kocyku rozłożonym na trawie i obserwujemy Gwiazdę.

Ja: „Śmisznie wygląda z tym Heniem na głowie. Tylko czemu założyła go tył naprzód?”
Dawid: „No jak to czemu, to przecież oczywiste. Żeby mieć oczy z tyłu głowy.”

Zanotować: córka zawsze ma rację

Zanotować: córka zawsze ma rację

Godzina 17, szykuję w kuchni obiad. Z głośników leci muzyka, ustawiona raczej głośniej niż ciszej (mój nowy super-hiper telefon, prezent od Męża, ma taką genialną funkcję udostępniania muzyki i puszczania jej przez wieżę, tak więc wykupiłam abonament w Spotify i hulaj dusza!:)). Ewa kręci mi się pod nogami, co chwilę kombinując, jak by tu wyłudzić kolejnego loda (żeby nie było – lody to u nas zmiksowane na papkę owoce z awokado, „doprawione” Eye-Q). Nagle puszcza się biegiem do drzwi wejściowym z okrzykiem „Tatuś!”.

Myślę sobie: „Coś się dziewczynie pomyliło”. Zazwyczaj nadejście Taty obwieszcza „piknięcie” domofonu (oznaczające, że ktoś przy drzwiach wejściowych wprowadza kod). Tym razem piknięcia nie było – tak przynajmniej mi się wydaje, bo muzyka gra dosyć głośno. Ewa jednak kręci się w korytarzu, więc idę za nią.

Ja: „Ewa, ale Tata jeszcze nie idzie…”
Ewa: „Tatuś! Z rowerem!” (Tata kupił sobie w zeszłym tygodniu rower i teraz dojeżdża nim na metro)
Ja otwierając drzwi: „No dobrze, zobaczymy, ale wydaje mi się, że to nie Tatuś…”
Wyglądamy na klatkę i w tym momencie słyszymy charakterystyczny dźwięk obracających się kół roweru, dobiegający zza rogu korytarza – w miejscu, gdzie mamy komórkę i gdzie Dawid trzyma rower. I głos Dawida: „To Tatuś!”

Spytałam Dawida, czy otwierał drzwi domofonem – co oznaczałoby, że ten jednak „piknął”, ale przez muzykę tego nie usłyszałam. Powiedział, że nie – drzwi ktoś zostawił otwarte.

JAK ONA TO USŁYSZAŁA?!!

Wychodzi na to, że należy uzupełnić listę supermocy mojej córki.

I raz jeszcze zanotować sobie w kajeciku, że jeśli Ewa coś mówi, TO TAK JEST.

A może ona jest X-Menem? 🙂

Muzycznie

Muzycznie

Leniwe niedzielne popołudnie. Siedzimy sobie na kanapie, Ewa z nami, chociaż czymś tam zajęta w kącie. W radiu leci „Streets of Philadelphia”.

Dawid: „Nigdy nie pamiętam, kto to śpiewa.”
Ja: „Bruce Springsteen.”
Dawid: „No właśnie, też tak zawsze myślę. Ale potem zaczynam się zastanawiać, że to może jednak jest Chris Rea… Albo Chris Isaak…”
Ewa: „Albo KRISTOFF…”

Jej skojarzenia są jednak jeszcze nieco ograniczone…:)

Bibliofilka

Bibliofilka

Czytamy „Maks dba o zdrowie”. Z tyłu, na okładce, są wymienione inne książeczki z serii. Ewa analizuje dokładnie każdą z pozycji, po czym zrywa się nagle z kanapy i biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca z butami w ręku.

Ja: „Ewa, gdzie idziesz?”
Ewa: „Do biblioteki po książeczki!”
Ja: „Wiesz, o tej porze biblioteka jest już zamknięta”
Ewa: *płacz*
Ja: „Ale popatrz, tu na okładce jest adres sklepu, mama wieczorem wejdzie do internetu i zamówi dla Ciebie Maksa, a za kilka dni Pan Listonosz go dla ciebie przyniesie. Co ty na to?”

Ewa wydaje się usatysfakcjonowana tym tłumaczeniem, wstaję więc i idę do kuchni po coś do picia. Po kilku minutach przychodzi Ewa, tym razem buty ma już na nogach i wydaje się być gotowa do wyjścia. Pytam więc znowu:

Ja: „Ewa, gdzie idziesz?”
Ewa: „Do internetu po książeczki!”

Ewy przygoda z przedszkolem – prolog

Ewy przygoda z przedszkolem – prolog

Dokładnie w drugie urodziny Ewy (czyli przeszło rok temu) usłyszeliśmy od pewnej Pani Neurologopedy, że Ewa powinna jak najszybciej pójść do przedszkola. Że sposób jej „gaworzenia” wskazuje na to, że mówić z pewnością zacznie, ale bardzo pomogłoby jej obcowanie z innymi dziećmi w grupie. Uczepiliśmy się mocno tej opinii i zaczęliśmy dążyć do tego, żeby Ewa zaczęła swoją karierę w przedszkolu.

Nasza Pani Psycholog nie podzielała jednak tego zdania, więc szło nam dosyć powoli:) W czerwcu znaleźliśmy pewne przedszkole, dosyć młode, ale z doświadczoną kadrą. Prywatne, integracyjne, nastawione na autystów (ze względu na doświadczenie Pani Dyrektor). Poszliśmy z Ewą na obserwację (w grupie). Jeszcze w trakcie obserwacji byłam przekonana, że będzie super (Ewa weszła sama do sali, dawała sobie pokazywać zabawki), po czym okazało się jednak, że zdaniem Pani Dyrektor to jeszcze nie ten czas.

Drugie podejście robiliśmy w październiku. Wcześniej, w lipcu, Ewa zaczęła chodzić trzy razy w tygodniu do takiego klubiku dla „przed-przedszkolaków”.

W październiku okazało się, że Ewa zrobiła ogromne postępy, widać po niej, że obserwuje zachowania i relacje w grupie, jest gotowa, żeby pójść do przedszkola!

Tyle, że akurat wtedy w przedszkolu nie było miejsca.

Umówiłam się z Panią Dyrektor, że będę dzwonić po Nowym Roku. Dodzwoniłam się, rozmawiałyśmy – miejsca „natychmiast” ciągle nie było, Pani nie wiedziała też, co z utworzeniem nowej grupy we wrześniu (to był okres zamieszania z sześciolatkami, nikt wtedy nie wiedział, czy będą zostawały w przedszkolach czy nie). Miałam dzwonić na początku lutego. Zadzwoniłam na początku lutego – znowu ta sama historia – jeszcze nic nie wiadomo co z wrześniem, teraz niby miałaby jedno miejsce, ale jedna z przedszkolanek jest chora, ma mieć jakiś zabieg, więc mają jedną osobę mniej, a adaptacja nowego dziecka z orzeczeniem jest z reguły dosyć pracochłonna. Mam zadzwonić na początku marca.

Na początku marca znowu zaczęłam dzwonić. Ale kontakt już się urwał. Wydzwaniałam chyba tydzień, wreszcie otrzymałam smsa, że Pani „zadzwoni w wolnej chwili”. Spoko. Pomyślałam sobie, że pewnie faktycznie ma urwanie głowy z tymi sześciolatkami, wiadomo, jak to bywa w przedszkolu:) No to napisałam maila, co i jak u nas, jakie mamy plany odnośnie przedszkola Ewy, no i czy moglibyśmy dostać jakąś informację na temat miejsca we wrześniu, bo akurat jest rekrutacja do przedszkoli publicznych, a chcemy mieć jakiś „plan B”.

Prosiłam o jakąś odpowiedź do 17 marca, bo wtedy upływał termin rekrutacji w przedszkolach publicznych. Zero reakcji.

Do 17 wysłałam jeszcze kilka proszących, później już błagalnych maili i smsów, z prośbą o jakąkolwiek odpowiedź, choćby „tak” albo „nie”. Bardzo zależało mi na tym przedszkolu, przez kilka ładnych miesięcy byłam przekonana, że to będzie akurat to.

I w pewnym momencie dotarło do mnie – że tak nie powinno być. To nie tak powinna wyglądać relacja rodzic-terapeuta (bo tym de facto byłoby dla nas przedszkole – placówką terapeutyczną). Być może Asysta nas trochę „popsuła” – tam w każdej chwili mogłam napisać maila/wysłać smsa/zadzwonić do którejkolwiek z naszych terapeutek, nie musiałam się napraszać. Zresztą, dla dobrego terapeuty to oczywiste, że odpowiedni przepływ informacji pomiędzy terapeutą a rodzicem jest niezbędny do tego, żeby dziecku pomóc. Nie da się wiele osiągnąć, jeżeli „każdy sobie rzepkę skrobie” gdzieś na boku.

Poza tym – jeśli w ten sposób wygląda komunikacja na etapie: „dzień dobry, przyprowadzam Wam dziecko z orzeczeniem, dostaniecie na nie niemałą dotację, plus w ramach bonusa – spore czesne, które będę Wam płacić, chcecie?”, to jak będzie później?

Od marca minęły dwa miesiące, a mnie ciągle ta sprawa jakoś uwiera. I to nie dlatego, że ostatecznie nie udało nam się dostać do przedszkola, które być może byłoby świetne dla Ewy. Ale dlatego, że ktoś sprawił, że pisałam błagalne maile i smsy. I nawet nie błagalne w stylu: „proszę, przyjmijcie moje dziecko”, ale raczej „proszę, napiszcie cokolwiek”. Ktoś zepchnął mnie do roli natrętnego petenta – a żaden rodzic nie powinien czuć się jak petent. A już szczególnie rodzic niepełnosprawnego dziecka, rodzic, który da sobą pomiatać, żeby tylko ktoś jego dziecku pomógł. To jak kopanie leżącego…

W momencie, w którym to sobie uświadomiłam – zaczęłam szukać innego przedszkola. Byliśmy w kilku, ostatecznie wybraliśmy takie, w którym już od progu dało się poczuć, że dobry kontakt z rodzicem to jednak sprawa najwyższej wagi:)