Zasada zdjęć paszportowych

Zasada zdjęć paszportowych

POTWIERDZILIŚMY – zdjęcie w paszporcie musi być brzydkie. Nawet nasza piękna córka, która na wszystkich zdjęciach wygląda jak drugie wcielenie Shirley Temple, dorobiła się właśnie zdjęcia paszportowego rodem z kroniki policyjnej.

Gorzej to mogłoby być chyba tylko gdybyśmy jej wyrabiali kartę kibica Legii Warszawa. Zdjęcia do karty kibica robione są na miejscu, w punkcie, który karty wydaje – i mam wrażenie, że mają tam jakiś specjalny filtr, którym te zdjęcia obrabiają, bo każdy wygląda na nich jak zbój. Przykładowo mój Mąż – przystojny i niezwykle fotogeniczny – wygląda na swoim zdjęciu, jakby zaraz miał ruszyć na jakąś ustawkę, żeby komuś wpie***lić. Ja też nie wyglądam lepiej (taaak, pełna nadziei, że Mąż zabierze mnie kiedyś na jakiś mecz, pozwoliłam sobie taką kartę wyrobić. Na mecz nigdy nie poszłam, Najlepszy-z-Braci – kibic Lecha – prawie przestał się do mnie odzywać:))

Swoją drogą żałuję, że nie udało mi się sfilmować całego procesu robienia zdjęcia do paszportu – no ale nie chciałam dziewczyny stresować dodatkowym obiektywem. W każdym razie – nie było łatwo. Okazało się, że równoczesne trzymanie otwartych oczu, zamkniętej buzi, twarzy zwróconej na wprost i wyprostowanego ciała jest w zasadzie niemożliwe. Trochę jak z moimi próbami pływania kraulem („oddychanie-machanie nogami-machanie rękami” – wybierz 2 z 3). Na szczęście pan nastrzelał tyle fotek, że coś tam udało się wybrać:)

[Notka o zdjęciach, ale bez zdjęcia – te opieczętowaliśmy klauzulą „Ściśle Tajne” i schowaliśmy głęboko. Zdjęć w paszporcie się nie pokazuje, no, chyba, że jest to ABSOLUTNIE konieczne:)]

Po angielsku

Po angielsku

Bo z Ewą to jest tak, że można zadawać to samo pytanie dziesiątki razy i nigdy nie doczekać się reakcji – po czym któregoś dnia po prostu na to pytanie odpowie, zupełnie, jak gdyby robiła to zawsze (pytanie „a co tam dzisiaj robiłaś w przedszkolu” zadaję jej odkąd do tego przedszkola poszła, a dopiero wczoraj doczekałam się odpowiedzi). I nie dziwi nas w zasadzie, że ona potrafi coś powiedzieć albo że coś wie – bardziej to, że wreszcie postanowiła do nas przemówić.

Dzisiaj wieczorem Dawid poprosił Ewę, żeby zaśpiewała piosenkę, której nauczyła się na angielskim. Nie spodziewaliśmy się fajerwerków:) A tymczasem Ewa postanowiła nam tę piosenkę zaśpiewać (no, to była raczej melorecytacja, jeśli mam być precyzyjna, ale kto by się tam przejmował). Po angielsku. I ZROZUMIELIŚMY KAŻDE SŁOWO.

„Knock, knock, knock,
what’s in the box?
One… Two… Three…
Open the box!
Helloooo!”

A szczególnie dumna jestem z wymowy „two”. Ja tak ładnie nie potrafię wymówić „two”. Dołączam „two” do listy angielskich słówek, które uwielbiam słuchać w wykonaniu Ewy (na liście jest już „fairy” – słówko, którego Ewa nauczyła się z jakiejś aplikacji na iPadzie).

Rozumienie tego, co Ewa mówi, było coraz łatwiejsze, dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że teraz będzie trzeba najpierw domyślić się, w jakim języku mówi:)

W domu

W domu

Zawsze mnie nieco dziwiły utyskiwania rodziców na różnego rodzaju autystycznych forach, „że znowu wakacje, trzeba gdzieś będzie z dzieckiem wyjechać”. To znaczy teoretycznie wiedziałam, o co chodzi – dzieci są przyzwyczajone do jakiegoś rytmu, a wakacje ten rytm zaburzają – no ale tylko teoretycznie…

Z każdym rokiem Ewa jest coraz starsza i coraz bardziej samodzielna, ale też coraz wyraźniej widać różnicę pomiędzy jej funkcjonowaniem w domu i poza nim. W tym roku wyjazd zmęczył nas na tyle, że po powrocie autentycznie cieszyliśmy się, że następnego dnia jest poniedziałek i wracamy do rytmu przedszkole-praca:)

Miałam tutaj napisać więcej o tym, jak to dziecko mi się na wywczasach rozregulowało, ale… dam już sobie spokój z marudzeniem i zamiast tego pochwalę się, że nauczyłam Ewę jeść… bułkę z masłem! 🙂 Brzmi absurdalnie, ale w przypadku dziecka z pogłębiającą się wybiórczością jedzeniową i ogromną awersją do próbowania nowych potraw – jest niemałym sukcesem. Planuję pójść za ciosem i od przyszłego tygodnia zacząć jej przemycać do tej bułki kolejne produkty. Jakiś serek na początek?

W każdym razie – od poniedziałku mamy w domu dziecko-ideał:) Zero histerii, prawie zero wymuszania pomocy (na wakacjach potrafiła mówić „pomóż”, jak poprosiło się ją np. o zdjęcie butów – i to „pomóż” oznaczało „zrób to za mnie”), zero „jestem chora, do szpitala”. Poprawił się kontakt, poprawiła się też mowa. Wczoraj, jak wracałyśmy z przedszkola, przeprowadziłam chyba najbardziej rozbudowany dialog w historii (co było tym bardziej zaskakujące, że nie siedziałam na przeciwko niej, nie mogłam więc skupić jej uwagi na sobie poprzez np. dotknięcie ramienia):

Ja: „Ewa, a co robiłaś dzisiaj w przedszkolu?”
Ewa: „Emmm… Śpiewałam po angielsku, przytulałam, czytałam bajki.”
Ja: „A kogo przytulałaś?” (imię i nazwisko, szybko, a ja już go znajdę i prześwietlę…:))
Ewa: „Kłapouszka.” (ufff…)
Ja: „A kto czytał bajki? Pani?”
Ewa: „Sama.”
Ja: „A, a o czym te bajki były?”
Ewa: „Emmm… O Puchatku, o miodku…” (i tu nastąpił monolog o jakichś pszczółkach i muszkach, nie do powtórzenia niestety:))

Plusy choroby

Plusy choroby

Choroba trzymała Ewę długo – przez tydzień walczyliśmy z samą temperaturą. Na szczęście jest już dużo lepiej, teraz druga część wakacji (widać Opatrzność nad nami czuwała, że tak zaplanowaliśmy urlop – z tygodniową przerwą w środku).
Ale choroby w przypadku Ewy mają czasami też swoje plusy – mogą skutkować jakimś sukcesem w sferze rozwoju mowy i komunikacji.
Komunikowanie pojawia się u małych dzieci z reguły wtedy, kiedy dzieciom czegoś brakuje, kiedy czują jakąś potrzebę. Ewa była pod tym względem zawsze dosyć obojętna – jej podstawowe potrzeby (picie, jedzenie) były zawsze zaspakajane, pozostałe albo ignorowała, albo próbowała jakoś zaspokoić we własnym zakresie. W wyjątkowych sytuacjach zaczynała po prostu płakać i to na nas ciążył obowiązek domyślania się, o co chodzi (kiedyś napiszę więcej, jak ostatecznie rozwiązaliśmy ten problem i jak nauczyliśmy Ewę, do czego mówienie w ogóle służy).
Zwykła potrzeba nie wystarczała, aby pojawiła się u Ewy jakaś zmiana. Większość komunikacyjnych “skoków rozwojowych” musiało być poprzedzone jakimś małym dziecięcym dramatem.
Ewa na przykład bardzo długo nie potrafiła zawołać “mama”. Owszem, mówiła (a raczej powtarzała) słowo “mama”, potrafiła też mnie nazwać, jak się ją o to spytało (podobnie ze słowem “tata” i Dawidem). Ale nie zwracała się do mnie w ten sposób. A przecież wołanie “mama” to z reguły pierwszy etap komunikacji w wykonaniu najmłodszych dzieci. W jednym “mama” można zawrzeć tyle treści – prośbę o wzięcie na ręce, chęć zjedzenia posiłku czy pytanie o nieznany przedmiot. Tymczasem Ewa miała prawie dwa lata, a u nas tego “mama” ciągle nie było.
Jakiś czas przed jej drugimi urodzinami nasilił się u Ewy lęk separacyjny. Było to wywołane kilkoma zdarzeniami – najpierw była choroba, później odeszła nasza niania, pojawiła się nowa… W każdym razie jej niechęć do tracenia nas z oczu urosła do takich rozmiarów, że trudno było nawet wstać z kanapy i pójść do kuchni, żeby zrobić herbatę. A kuchnię mamy połączoną z salonem…
Najgorzej było rano – staraliśmy się wstawać i brać prysznic jeszcze zanim Ewa się obudzi, ale nie zawsze wychodziło. Czasem to my przysnęliśmy, czasem ona się szybciej obudziła. I jeśli nie widziała wtedy nas obojga – zaczynała płakać. Rano zazwyczaj to ja biorę prysznic jako druga, często więc ten płacz był spowodowany właśnie moją nieobecnością. A ciężko jest szybko wyskoczyć z prysznica, szczególnie, jeśli właśnie zaczęło się namydlać włosy…:) Z tamtego okresu pamiętam więc pośpieszne mycie włosów w akompaniamencie ryku zza drzwi. Dawidowi też nie było lekko – to on musiał Ewę uspokajać, co w sumie nie miało większego sensu, bo wiadomo było, że płacz nie ustanie, dopóki się nie pojawię. Ale podpowiadał jej zawsze: “zawołaj mama!”.
I pewnego dnia, spłukując szampon z włosów, usłyszałam wśród łkań pierwsze, rozpaczliwe “mamaaa!”.
Z kolei choroba, która właśnie mam nadzieję się kończy, zaowocowała innym “mama”. “Mama” śródnocnym. Kiedyś, jeśli Ewa zbudziła się w nocy i było jej z jakiegoś powodu źle, to zaczynała płakać (oczywiście czasami budziła się i źle wcale jej nie było – wtedy można było usłyszeć różnego rodzaju monologi w jej wykonaniu). Teraz – po prostu przychodzi. Doszliśmy już nawet do takiego stopnia zaawansowania, że czasami zjawia się w naszym łóżku, ale żadne z nas nie jest w stanie określić, kiedy właściwie przyszła. Ot, po prostu nagle się pojawia, znajduje sobie jakiś kącik, kładzie się i śpi dalej:)
No, ale choroba oznacza czasami przebudzenie w środku nocy, z gorączką i bólem głowy. Wtedy człowiek nie ma siły na spacery gdziekolwiek, z drugiej strony jednak pamięta, że takie sobie popłakiwanie po cichutku może nie odnieść zamierzonego skutku. I wtedy właśnie pojawia się “mama” śródnocne, oznaczające: “mamo, obudziłam się i nie mam siły przyjść, chodź do mnie!”. I to jest właśnie nasze najnowsze osiągnięcie:)


 (Ale dzisiaj jesteśmy na wakacjach, Ewa czuje się lepiej, tęcza na niebie, jest super:))

Jak nauczyć dziecko pić wodę – w mniej niż minutę

Jak nauczyć dziecko pić wodę – w mniej niż minutę

Oduczenie dziecka picia słodkich napojów i przekonanie go do wody – oto jedno z największych wyzwań współczesnych rodziców! Nam się to udało – zupełnie przypadkowo:)

Co będzie potrzebne:
– napój elektrolitowy (taki z apteki, w saszetce, do rozrobienia w 200 ml wody)
– ulubiony sok dziecka
– woda

Co należy zrobić:
1. Przygotuj dziecku napój elektrolitowy do wypicia.
2. Posmakuj napój przed podaniem. Dojdź do wniosku, że jest obrzydliwy.
3. Dolej trochę ulubionego soku dziecka (w naszym przypadku – „jabłuszkowy”)
4. Podaj dziecku do wypicia. Zobacz, jak się krzywi i pluje.
5. Spróbuj podać raz jeszcze. Spotkaj się z GWAŁTOWNĄ odmową wzięcia słomki do ust.
6. Przeproś dziecko, że próbowałeś/łaś skrzywdzić je tak obrzydliwym napojem.
7. Pobiegnij szybko po sok, tym razem bez elektrolitowej „wkładki”. Podaj dziecku do wypicia. Spotkaj się z GWAŁTOWNĄ odmową wzięcia słomki do ust, uzupełnioną rozpaczliwym krzykiem: „Chcę wody!”
8. Podaj dziecku jego/jej UPRAGNIONĄ wodę.
9. CIESZ SIĘ NIEOCZEKIWANYM SUKCESEM.

Minus jest taki, że sukces trwa do momentu, w którym dziecko zapomni o tym, co zdarzyło się w punkcie 4:)

Wakacyjnie

Wakacyjnie

Po ostatnim tygodniu mogę stwierdzić, że wakacje to nie tylko wypoczynek – to przede wszystkim setki przejechanych kilometrów, dziesiątki odwiedzonych członków rodziny i cała masa porażek wychowawczych. Oraz minimum jeden dzień, kiedy wszystko jest na „nie”. U nas ten dzień wypadł w czwartek.

Ewa, chcesz wykąpać się w basenie? Nie. Chcesz coś zjeść? Nie. Może pójdziemy na spacer? Nie. Chcesz zjeść zupę? Tak. Podtykamy zupę, zjada jedną łyżkę i odsuwa. Chcesz jeszcze? Nie, grzankę. Podtykamy grzankę, zjada kęs i odsuwa. Pójdziemy na placki ziemniaczane? Nie. Frytki? Gofry? Loda? COKOLWIEK?!! W tle oczywiście jęczenie, marudzenie i płacz.

Wieczorem leżymy z Ewą, ona już powoli zasypia, ja głaszczę ją uspokajająco po głowie.

Ja: Jesteś moją najkochańszą księżniczką, wiesz? Mama bardzo nie lubi, jak masz taki marudkowy dzień, mama chciałaby znać przyczynę…
Ewa (wchodząc mi słowo): PIĄTEK.

To było ostatnie słowo, jakie wypowiedziała tamtego wieczora. A ja do teraz zastanawiam się nad sensem tej wypowiedzi:)

PS. W piątek natomiast odkryliśmy prawdziwą przyczynę czwartkowego marudzenia. Dość, żeby powiedzieć, że z wakacji wróciliśmy wcześniej, a dziś rano odbyliśmy wycieczkę do lekarza. Na szczęście, już jest lepiej:)

Pracowity poranek

Pracowity poranek

Gdzieś koło godziny 4 rano obudziło mnie gadanie. Mój niezawodny pod tym względem instynkt podpowiadał mi, że jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby wstawać – więc gadanie zignorowałam. Ale monolog zza ściany nie ustawał przez kolejne kilkanaście minut, na dworze było już w zasadzie jasno, a ja zaledwie cztery godziny wcześniej nałykałam się tabletek z pseudoefedryną, toteż natychmiastowe zaśnięcie nie było takie łatwe, jak mi się z początku wydawało. Postanowiłam więc wstać i spróbować wyeliminować chociażby jeden czynnik rozpraszający – spacyfikować gadułę.

Idę więc do pokoju obok i widzę ją siedzącą w kącie, odgrywającą jakieś scenki Kłapouchem.

– Chcesz przyjść do nas do sypialni…? A może mama ma się położyć tutaj z tobą?
– Tak.

Kładę się, nakrywam po samą szyję kołdrą, Ewa kładzie się koło mnie.

– No, to którą stópkę mam najpierw zacząć głaskać?

I tak leżymy sobie przez chwilkę, już, już mam nadzieję, że jeszcze sobie przyśniemy. Ale monolog zaczyna się znowu. Żeby tylko monolog! Są też piosenki i wierszyki, i odgrywanie scenki z „Dzwoneczka”, w której to jedna z wróżek budzi jakiegoś opornego króliczka krzycząc mu do ucha „wstawaj śpiochu!”. Zgadnijcie, kto był króliczkiem…

Po jakimś czasie zmienia mnie Dawid, później, gdzieś koło szóstej, zmieniam go ja.

Na szczęście trzy lata to wystarczająco zaawansowany wiek, żeby można było zainstalować się z dzieckiem na kanapie, dać mu coś do jedzenia, rzucić kilka książek i liczyć na to, że zajmie się sobą, podczas gdy samemu uskutecznia się „jeszcze pięć minutek”.

Plan jest genialny w swej prostocie i ma duże szanse powodzenia. Do momentu, kiedy pacyfikowana trzylatka nie postanowi się na rodzicu położyć i wyśpiewać mu prosto do ucha: „niech się tu nie schodzą łakomczuszki mu-uuu-szki!”.

Do godziny 7:30 Ewa zdążyła przeczytać kilka książeczek, odszukać Walliego na kilkunastu obrazkach, pobawić się Lego, wypić kakao, zjeść grzanki, zjeść loda z truskawek, namalować farbami dwa obrazki, zainscenizować kilkanaście razy wybrane scenki z filmu z Dzwoneczkiem (przy użyciu półprzytomnej matki), zaśpiewać kilka piosenek i powiedzieć kilka wierszyków (w tym stworzyć jedno kreatywne połączenie wierszyka o czerwonych jabłuszkach i piosenki o zielonym ogórku).

Zanim ubrałam ją przed wyjściem do przedszkola, musiałam najpierw zmyć z niej różnokolorowe plamy z farb i truskawek (z twarzy i korpusu – bo w taką pogodę najlepiej maluje się topless, pamiętajcie).

Poniżej dzieła Ewy z dzisiejszego poranka, określone przez Dawida jako „wczesny Degas – no, albo któryś z tych, co to malowali kropkami”:)) Chociaż to drugie to mi bardziej pod Van Gogha podchodzi. No nic, wychodzi na to, że czas obciąć Ewie ucho i zacząć trzepać kasę na jej niewątpliwym talencie:)

PS. A tak zupełnie serio w temacie malarstwa i autystycznych dzieci – nie wiem, czy słyszeliście o sześcioletniej Iris Grace i jej obrazach: https://irisgracepainting.com/. Niesamowite:)

Podręczny zestaw do kąpieli

Podręczny zestaw do kąpieli

Jedną z ulubionych rozrywek mojego dziecka jest moczenie się w wodzie. Basen, wanienka z wodą wystawiona na taras, piaskownica wypełniona po burzy deszczówką, fontanna w centrum handlowym, ba, choćby małe wiaderko z wodą – jak Ewa zobaczy wodę, to automatycznie załącza się jej w głowie procedura: „1. Rozebrać się do naga 2. Wejść do zbiornika z wodą”.

Najprostszym i najbardziej oczywistym sposobem na zanurzenie się w wodzie jest oczywiście kąpiel. W zależności od fantazji Ewa uskutecznia kąpiele w wannie, w wanience/misce postawionej w wannie lub w wanience/misce postawionej pod prysznicem. Najczęściej jednak ląduje w wannie, stąd też wanna jest u nas składowiskiem różnego rodzaju akcesoriów i zabawek, których Ewa do kąpieli używa.

Raz na jakiś czas podejmuję się karkołomnego zadania „odgruzowania” wanny i ograniczenia nieco liczby przedmiotów, które tam się znajdują.

Wczoraj był jeden z tych dni.

Oprócz oczywistych gadżetów przeznaczonych do kąpieli, w wannie znalazłam między innymi:
– filiżanki/talerzyki/łyżeczki/dzbanuszki – elementy minimum 3 różnych zabawkowych serwisów do herbaty,
– dwie lalki barbie,
– kilkanaście plastikowych figurek z jajek z niespodzianką,
– kilkanaście plastikowych rybek z magnesami (wędki, która też była w zestawie, niestety nie znalazłam),
– wiaderko, plastikowe grabki, konewkę i foremkę do piasku,
– maskę i rurkę do pływania,
– siatkę do prania,
– butelkę ze spryskiwaczem,
– dużą chochlę do zupy.

Liczba zabaw, które można wymyślić z takim zestawem jest praktycznie nieograniczona…:)

W imię nauki…?

W imię nauki…?

Długo zastanawiałam się, czy napisać tego posta – zawsze tak jest, kiedy chciałabym napisać coś wychodzącego poza sferę faktów, a ocierającego się o sferę emocji. Emocje są subiektywne. Emocje sprawiają, że różne osoby mogą daną sytuację interpretować w zupełnie różny sposób. Emocje przeszkadzają w logicznym myśleniu.

Pozwoliłam więc moim emocjom odpocząć przez dwa tygodnie. I napisać tego posta na spokojnie.

23 czerwca SWPS organizował sympozjum naukowe „Autyzm dziecięcy – zaburzenie interdyscyplinarne”. Tematyka poszczególnych wykładów dosyć szeroka, ja miałam mieć akurat luźniejszy dzień, postanowiłam więc się wybrać. Dobrze mieć poczucie, że trzyma się rękę na pulsie:)

Tak się złożyło, że jedno z wystąpień dotyczyło podsumowania programu badawczego, w którym brała udział Ewa (i o którym nawet tutaj pisałam). Wprawdzie wiedziałam, jakiej konkluzji można się spodziewać („protokół jest przystosowany do polskich warunków”), ale nasz osobisty wkład w cały projekt sprawił, że wsłuchiwałam się z zainteresowaniem.

I tak po cichutku, nieśmiało – liczyłam na to, że na koniec Pani Doktor, która prowadziła tę prezentację, wspomni, podziękuje tym wszystkim osobom, które brały udział w badaniu. Doceni wkład – niebagatelny zresztą. Ewa była na kilku spotkaniach, wiele ją to kosztowało, bo wyjątkowo takich obserwacji nie lubi (i myślę, że nie jest w tym odosobniona). Nie dosyć, że ktoś przez godzinę-dwie ciągle czegoś od niej chce, to jeszcze rzecz dzieje się w obcym miejscu, w obecności obcych ludzi. Ja też szczerze mówiąc za tym nie przepadam, zawsze z kolejnych diagnoz wychodzę raczej podminowana (no bo jak rodzic może reagować inaczej, skoro po tylu spotkaniach już wie, które odpowiedzi/reakcje są dobre, wie, jakich odpowiedzi się od dziecka oczekuje, i widzi, jak dziecko kolejne testy po prostu oblewa). No ale zaangażowałyśmy się, „w imię nauki”, po to, żeby kolejne dziecko być może łatwiej było zdiagnozować. Nam osobiście ten program niewiele dał – Ewa swoją diagnozę już miała, a wyników tego konkretnego badania mieliśmy nigdy nie otrzymać.

Prezentacja zakończyła się podziękowaniami za „tytaniczną pracę” wykonaną przez specjalistów z różnych ośrodków i instytucji. Ani słowa o osobach ze spektrum, które brały udział w badaniu, o ich rodzicach, czy też zdrowych osobach z grupy kontrolnej.

I w zasadzie nie o podziękowania mi chodzi, bo nie po to brałyśmy z Ewą udział w badaniu. Ale brak wzmianki o uczestnikach badań sprawił, że można było odnieść wrażenie, że osoba z autyzmem jest zaledwie przedmiotem wszelkich naukowych dyskusji, obiektem badań, takim ciekawym dla badacza „czymś”. Liczbą w tabelce, punktem na wykresie. Wrażenie, że czasami zapomina się, po co te badania są prowadzone i czemu w zasadzie mają służyć.

Na samym początku, podczas otwarcia Sympozjum, prof. Gałkowski powiedział, że rodzice osób z autyzem sami stają się specjalistami w tym temacie. Ale czy tak rzeczywiście powinno być? Czy nie jest to jednak skutkiem pewnej wzajemnej nieufności, a może nawet niechęci, pomiędzy naukowcami i specjalistami, a rodzicami osób z autyzmem?

Mam wrażenie, że ten system idzie w złym kierunku. Naukowcy skupiają się na swojej pracy – badają, publikują, wymieniają się między sobą informacjami. Osoba z autyzmem jest często tylko „obserwacją”, rodzic – dostarczycielem dodatkowych informacji. Efekty badań publikowane są często w prasie niedostępnej dla przeciętnego czytelnika, a jeśli już – często nie są po prostu zrozumiałe dla nie-specjalisty. Rodzic (i nie piszę tutaj tylko o rodzicach osób z autyzmem, ale o rodzicach w ogóle) czuje tę barierę, więc stara się sam pozyskać niezbędne dla niego informacje, nie potrafiąc często odróżnić tych wartościowych od naukowych pseudo-teorii. Łapie się ślepo tego, co akurat wpadnie mu w ręce. Łatwiej mu uwierzyć w kolejną „dietę-cud”, która przecież zadziałała u siostrzeńca szwagra anonimowej osoby spotkanej na forum, niż w naukowe badania, że działanie takiej diety nie zostało potwierdzone. Naukowcy patrzą więc na rodziców jak na tępą masę, która łyka wszystko jak leci, rodzice na naukowców natomiast z niechęcią, bo przecież „niby się tym autyzmem zajmują, ale żadnej praktycznej korzyści z tego nie ma”.

Myślę, że każdej ze stron dużo łatwiej by się żyło i pracowało, gdyby po prostu doceniły tę drugą i jej zaufały.

O Pyszczu, co jeździł koleją

O Pyszczu, co jeździł koleją

Właśnie zaliczyłyśmy z Ewą drugą wyprawę pociągiem (w wersji „na bogato”, czyli Pendolino) na trasie Warszawa-Gdańsk-Warszawa, więc można śmiało stwierdzić, że Gwiazda jest już doświadczonym podróżnikiem. Pierwsza wyprawa miała miejsce jeszcze w kwietniu i jechaliśmy w trójkę, drugą odbyłyśmy już tylko we dwie.

W tym miejscu wypadałoby zaznaczyć, iż nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie dwa niezmiernie ważne gadżety: iPad i zakupiona-na-dworcu-gazetka-z-wróżkami/księżniczkami/puchatkami/itd.-i-plastikowym-czymśtam-gratis. Tematem przewodnim poprzedniego wyjazdu były „skrzydełka wróżki i różdżka” – dzięki którym dało się zaczarować pociąg tak, aby ruszył. Tak ją skutecznie z Dawidem wkręciliśmy ruszając z Centralnej („No, Ewa, czaruj, abrakadabra, hokus pokus… raaaaaaaz….dwaaaaaaaa…. trzy….. i…. i….. iiiiiii…..!!! No ale czekaj, nie pacnęłaś różdżką! Iiiiiii….! JUŻ!”), że mieliśmy ubaw aż do Gdańska, bo za każdym razem jak pociąg miał ruszyć z kolejnej stacji, Ewa z równym przejęciem „czarowała”.

Tym razem zaopatrzyłyśmy się w nową bajkę na drogę, właśnie o Dzwoneczku, więc kolejny numer wróżkowej gazetki miał być niejako dopełnieniem – tyle, że dworcowe kioski nie były na naszą magię przygotowane i nie posiadały w swym asortymencie odpowiedniej prasy. Na szczęście „Księżniczki” (na trasie Warszawa-Gdańsk) i „Klinika dla pluszaków” (na trasie Gdańsk-Warszawa) dały radę.

Największym zaś rozczarowaniem całej podróży był zestaw „produktów mężczyznopodobnych”, z którymi przyszło nam się zetknąć podczas wysiadania w Gdańsku. Cała operacja wsiadania i wysiadania była bowiem najbardziej newralgicznym punktem całej wycieczki – trzeba było ogarnąć w czasie i przestrzeni: 1) Gwiazdę (wraz z Heniem na głowie), 2) wielką walizę, 3) plecak (to najłatwiej, bo na plecach). I niby ręce mam dwie, ale jednak wziąć jednocześnie w ręce walizę i Ewę i wysiąść z pociągu nie jest tak łatwo. Tutaj pojawia się dylemat: zostawić Ewę w pociągu, wytargać walizkę na peron, wrócić po Ewę (ale co zrobić, jeśli w momencie, kiedy ja jestem zajęta targaniem walizki, Ewa jednak ruszy za mną, potknie się na schodkach pociągu i z nich zleci, pół biedy, jeśli na peron, ale co, jeżeli spadnie na tory)? Czy: wynieść Ewę na peron, postawić i przykazać, żeby czekała, i wtedy wynieść walizkę (ale na peronie tłok, ludzie się przepychają, ktoś ją jeszcze popchnie, zabierze, albo ona odwróci się i pobiegnie gonić gołębia, który właśnie sfrunął z peronu na tory…)? No ciężka sprawa. Po cichu liczyłam na to, że ktoś – nie wiem, na przykład któryś z wysiadających panów (a było ich sporo, wiecie, pielgrzymka na Open’era), zobaczy kobietę z dzieckiem i wielką walizą, i nie wiem, zapyta: „może pani pomóc”? Nie liczę na to, że ktoś mi tę walizę wytarga z pociągu, o nie, ja wiem, że równouprawnienie i takie tam, a poza tym, to faceci rachityczni teraz są, wiotcy tacy… Ja sobie tę walizę taką wielką spakowałam, to ja sobie ją mogę targać, dam radę. Ale mógłby któryś chociaż zaproponować: „to ja pani dziecko przytrzymam/podam”. Drobiażdżek taki, a jak pomocny!

Gdzie tam. W jednej ręce walizka, drugą trzymam Pyszcza, najpierw wysiada walizka, później ja, za mną Pyszcz, staczamy się razem na peron. „Powoli Ewa, po jednym stopniu, patrz pod nogi!” – mówię, próbując jednocześnie ogarnąć wzrokiem i miejsce, w którym ląduje walizka, i nogi Pyszcza.

„Powooooli!” – słyszę za plecami cenną uwagę jednego z panów. Bardzo pomocne, bardzo.

Na szczęście przy pozostałych operacjach wsiadania/wysiadania z pociągu miałyśmy wsparcie;)