„Murzyny gotują pana na obiad”
Tak moja złotousta córka skomentowała ilustrację w książce. I w sumie trudno się dziwić, komentarz dosyć precyzyjny:
Basen. Ewa jak zwykle rządzi w brodziku – co chwilę daje nurka do wody, a uchachana paszcza nie zamyka jej się przy tym ani na moment. Po wynurzeniu – oczekuje braw. Obserwowałam ją kiedyś, jak dawała swój pierwszy występ. Wpadła pod wodę. Obserwuję, czy panuje nad sytuacją. Panuje. Obserwuję publiczność (zorganizowani w brodziku rodzice). Lekka groza na twarzy. W pewnym momencie któryś nie wytrzymuje i rzuca się, żeby Ewę wyciągać. W tym momencie ona wynurza się z gracją i szerokim uśmiechem i zaczyna bić (sobie) brawo. Na twarzach publiczności widzę coś w rodzaju: „ha ha, baaardzo śmieszne, napędziłaś nam stracha”. Ale skoro dziewczynka domaga się braw, to trzeba bić brawo. Atencja publiczności tylko ją nakręca – skoro się podobało (bo bili brawa, prawda?), to Gwiazda nurkuje raz za razem, po wynurzeniu zawsze dokładnie sprawdzając, czy publiczność wie, że ma klaskać.
Tym razem Gwiazda upatrzyła sobie nową zabawkę – różową piłeczkę. Pech chciał, że piłeczka była akurat w posiadaniu na oko półtorarocznego Blond-Dżentelmena, który niekoniecznie chciał ją oddawać. Tym zaś – opiekował się tata. Ewa podeszła do chłopca i dała do zrozumienia, że chciałaby pobawić się piłką. Żeby więc uniknąć konfliktu, tata chłopca sugeruje, żeby on rzucił piłkę Ewie. Ewa odrzuca. Wymieniają tę piłkę w ten sposób ze dwa razy, po czym Gwiazda nudzi się tą zabawą i odchodzi.
Kolejne pięć minut wygląda następująco – Ewa krąży po brodziku, a Blond-Dżentelmen łazi za nią krok w krok i próbuje przekonać do wzięcia różowej piłki.
O 1 w nocy obudziło nas klasyczne *tup tup tup* i nagle w łóżku zjawiła się Gwiazda. Na delikatną sugestię, że „może pójdziemy do twojego łóżeczka” odpowiadała zawsze dosadnym „nie”. Bez różnicy, które z nas pytało.
No nic. Dawid poszedł po trzecią poduszkę (bo moja została zaanektowana przez wroga) i próbujemy spać. To znaczy my próbujemy, bo Gwiazda gada. Gada i gada. Chyba ze dwie godziny to trwało. My jak zwykle ignorujemy, każde zwinęło się po swojej stronie łóżka i próbuje spać. W którymś momencie budzę się i słyszę ciszę. Przysnęła! Ale czuję, że coś mi się do pleców przykleiło i grzeje. Nie jestem w stanie się odsunąć, bo z jednej strony – koniec łóżka, z drugiej – grzejnik, a pomiędzy jakieś trzydzieści centymetrów, na których leżę ja. Wstaję więc, przesuwam Gwiazdę na jej poduszkę, odwracam się, kładę – i w tym momencie znowu czuję grzejnik przytulający się do moich pleców…
Rano żadne z nas nie może się dobudzić. Komórka wydzwania już pewnie z czwartą drzemkę. Kiedy Gwiazda wreszcie jest gotowa do wstania, postanawia upomnieć się o telefon, którego obecność wcześniej zarejestrowała.
Ewa: „Daj komórkę!”
Tata: „Nie, Ewa. Trzeba wstawać.”
*ROZPACZ*
Ewa (płacząc): „Tatusiu! Daj komórkę, to Ewa skończy płakać!”
Niniejszym ogłaszam, że dnia 4 stycznia 2016 r., w wieku 2 lat, 9 miesięcy i 7 dni, Ewa osiągnęła najwyższy poziom jeśli chodzi o manipulację mężczyznami.
Choinka zadecydowała, że czas się zdezintegrować, toteż Mąż Mój Najukochańszy postanowił jej pomóc. Przysnęłyśmy na chwilę z Ewą na kanapie (coś nas dzisiaj łapało, więc większość dnia spędziłyśmy pod kołderką), budzimy się, a tu choinki nie ma.
Ewa: „Nie ma choinki!”
Ja: „No nie ma. Już się skończyły Święta, choinka jest tylko na Święta. Za rok znowu będzie.”
*ROZPACZ*
Po jakichś dziesięciu minutach tulenia i ocierania łez, tłumaczenia, że choinka kiedyś znowu wróci, sytuacja wydaje się opanowana.
Tata: „Ewa, ale popatrz, prezenty zostały!”
No, to jest faktycznie plus. Ewa siada na podłodze obok sterty zabawek, które wcześniej rezydowały pod choinką – z domkiem dla lalek i zestawem Duplo na czele. Zaczyna się bawić, wyraźnie uspokojona. Po chwili wśród zabawek odnajduje stojak od choinki, którego Dawid nie wyniósł jeszcze do komórki. Wstaje, bierze stojak, stawia w miejscu, w którym wcześniej stała choinka.
Ewa: „Kupimy choinkę! Kupimy choinkę!”
Tata: „Teraz nie, Ewa. Za rok.”
*ROZPACZ*
Żałobę po Świętach czas zacząć.
Gwiazda trenuje mówienie. Zasób słów jest już coraz większy – co oczywiście cieszy, choć czasami trudno już udawać, że nie wiemy, że chciałaby na przykład „ciasteczko” 🙂 Jeśli chodzi o rzeczowniki, to czuje się już na tyle mocna, że zaczyna je odmieniać. Ostatnio trenuje wołacz. I o dziwo, nawet jej to wychodzi:
„Mamo, mamooo!”
„Tato, tatooo!”
„Franklinie!”
„Humorku!”
„Kapitanu Haku!”
… zazwyczaj:)
Jest u nas w domu taki wielki, puchaty koc – z rysunkiem równie wielkiego, puchatego wilka. Koc kojarzy się Ewie w zasadzie z jedną zabawą – w „chować!”. W „chować!” Ewa bawi się głównie ze swoją mamą, są też różne odmiany tej zabawy:
„Chować!”
– krzyczy Ewa. No to ja nakrywam się wielkim, puchatym kocem z wilkiem. Staram się, żeby koc zwisał równo z każdej strony, ale aż tak duży jednak nie jest – więc stopy mi wystają, z jednej strony widać też rękę. Ewa chodzi wokół mnie, coś jej się nie podoba, no bo ta ręka wystaje. Upycha ją więc pod kocem, przestawia moją stopę, żeby nie było tak widać. Wreszcie jest zadowolona. Rozkłada ręce (tak mi się przynajmniej zdaje) i nagle czuję, jak ręce oplatają mnie gdzieś na wysokości kolan. Schylam się, nakrywam Ewę kocem i z okrzykiem wojennym – zaczynam łaskotać.
„Chować!”
Tym razem ciągnie mnie najpierw za rękę w dół, żebym usiadła. Podaje koc. No to znowu – przykrywam się nim cała – i teraz jest już łatwiej, bo siedzę. Wyciągam przykryte ciągle kocem ręce przed siebie – i za moment wpada mi w nie roześmiana Ewa! No to znowu – nakrywam ją kocem i łaskoczę, a za chwilę odnajduję rozchichotaną paszczę i dodatkowo wycałowuję policzki.
„Chować!” „Chować!” „Chować!”
Znowu siedzę pod wielkim puchatym kocem. Nie pamiętam już, który raz zarzucam go sobie na głowę. Jest mi potwornie gorąco, próbuję przyklepać naelektryzowane włosy. Nagle pod koc zagląda roześmiana paszcza. „A kuku!” No i za chwilę siedzimy tam już we dwie, przytulamy się i rozmawiamy. Z zewnątrz naszego małego, puchatego świata dobiegają odgłosy Dawida krzątającego się w kuchni. Brzęczą garnki, stuka stawiana na palniku patelnia. Skwierczy olej pod kotletami.
„Tata zaczyna smażyć kotlety” – mówię do Ewy.
Siedzimy jeszcze chwilkę, po czym ona wyskakuje spod koca i znowu:
„Chować!”
I za chwilę znowu wpada w moje rozpostarte ramiona, znowu się łaskoczemy, przytulamy. Dołącza do nas Tata. Przez moment kotłujemy się tak na podłodze – nasza trójka i wielki, puchaty koc.
Pierwsza wyplątuje się Ewa. Ciągnie Tatę za rękę.
„Tata, kotlety!”
Śmiejemy się. No tak, w końcu Tata miał smażyć kotlety! Ale delikatna aluzja w wykonaniu córki jakby do Taty nie dotarła, bo ten w dalszym ciągu stoi koło koca. Ale Ewa już wie, że komunikacja to nie tylko słowa, ale też gesty – więc przepycha Tatę tam, gdzie według niej w tym momencie być powinien – na stanowisko przy kuchence. W końcu, nie od dzisiaj wiadomo, że Ewa ma słabość do kotletów, a te same się nie zrobią. Ale gdy już „pańskie oko” dojrzało, że Tata posłusznie pilnuje kotletów, można było powrócić do…
„Chować!”
Raz po raz Ewa ogląda bajkę ze Świnką Peppą. Koneserzy tego typu pozycji oczywiście to wiedzą, ale dla niezorientowanych: bohaterami bajki są Świnka Peppa, jej młodszy braciszek George, Mama Świnka i Tata Świnka (plus masa postaci drugoplanowych).
Po obejrzeniu bajki:
Ewa (wskazując na siebie): „Peppa!”
Ja: „Ty jesteś Peppa?”
Ewa (wskazując na mnie): „Mama Świnka!”
Ja: „No nie, ale ja sobie wypraszam, ja się nie zgadzam, żebyś mnie nazywała Mamą Świnką! Jestem zbulwersowana! Ja nie chcę być Mamą Świnką!” (…dłuższy monolog…) „Ewa, kto ja jestem?”
Ewa: „Mama…”
Ja: „No! Dobrze!”
Ewa: „…Świnka!”
Dla pełni obrazu dodam, że jeśli Ewa wchodzi w „tryb Peppa”, to Dawid nazywany jest Tatą Świnką. Z dziwnych względów jemu to nie przeszkadza, co więcej, manifestuje swoje zadowolenie specyficznym dla rodziny Peppy chrumknięciem. Nie rozumiem:)
No i jako, że nie ma u nas za bardzo komu odgrywać roli młodszego braciszka Georga, Ewa tę rolę przypisała sobie. Więc jeśli jest Peppą, to jest też Georgem. No ktoś musi:)
Tak! Nareszcie zaczyna się w naszym życiu powoli ten etap, w którym można już z moją córką porozmawiać. Słów zna masę, używa (w mowie) niewielu, ale czasami jak się wstrzeli z jakimś tekstem, to padamy ze śmiechu. Jak ktoś, kto mówi w sumie tak niewiele (aczkolwiek „gada” sporo:)), potrafi tak trafnie niektóre rzeczy skomentować? 🙂
Na początek dialog, o którym wiedziałam, że ze względu na autyzm Ewy powinien kiedyś się odbyć (i odbywa się u nas raz na jakiś czas – ostatnio jego świadkiem była jedna z naszych sąsiadek, uśmiała się:))
Wychodzimy z mieszkania. Ze względu na wózek, który toczy się z nami – korzystamy z windy, żeby zjechać na dół, na parking. Ewa wybiega pierwsza, ja ciągnę wózek i zamykam drzwi od mieszkania.
Ja: „Ewa, zawołaj windę!”
Ewa (staje przed windą i patrząc na drzwi): „Winda!”
Z okazji Świąt postanowiłam zrobić coś, co dzieje się u nas niezwykle rzadko (i to nie przez moje lenistwo, ale raczej z powodu diety, na której jest Ewa) – upiec ciasto:) Moja córka ma od jakiegoś czasu fazę na „pomaganie”, a raczej na szperanie po wszystkich zakamarkach, do których uda jej się dostać, tak więc dosyć szybko postanowiła przyłączyć się do mnie w kuchni. Przytargała sobie krzesło (jakiś czas temu popełniłam błąd taktyczny i pokazałam jej, że tak można – teraz ciąga to krzesło do kuchni średnio trzy razy dziennie) i stanęła koło mnie przy blacie. I „piecze”…:)
Dla mnie pieczenie świątecznych ciast to przede wszystkim… możliwość wylizania wszystkich łyżek, mieszadeł i misek, które zostają po całym tym procesie. Pokazałam więc Ewie, że na łyżce jest „coś dobrego” – a że jest łasa na słodycze (bo rzadko je dostaje), więc szybciutko załapała, co i jak:) Po przelaniu masy do formy podaję jej więc też miskę, i pokazuję, jak to można palcem poradzić sobie z wyskrobywaniem resztek ze ścianek i dna. Co zrobiła moja bystra córeczka? Wzięła łyżkę i próbowała podłączyć się bezpośrednio do formy z ciastem, które czekało na nagrzewający się piekarnik:) No co się będzie resztkami zadowalać? 🙂
W zasadzie całym stadem zaangażowaliśmy się w akcję #biegiemnapomoc 🙂 Mąż-Mój-Najukochańszy i Najdroższy-Brat postanowili biegać w koszulkach akcji, a my – Ekipa-Dopingująca (czyli ja i Ewa) będziemy wspierać ich duchowo (i logistycznie;)). Debiut – podczas Półmaratonu Warszawskiego🙂