Długi weekend spędzamy z Babcią Olą w jej domku letniskowym. Mam już ponad siedem lat doświadczenia w macierzyństwie, lecz nieustannie mnie zaskakuje, ile bałaganu w tak krótkim czasie potrafią wygenerować moje dzieci! Po zaledwie kilku godzinach od naszego przyjazdu, trawnik przed domkiem wyglądał tak, jakby eksplodował na nim średniej wielkości kram z zabawkami. Dmuchany basen i dmuchane zwierzęta prawie naturalnych rozmiarów, łopatki, wiaderka, pukawki na wodę, plastikowe samochody, siatki na motyle – cały dorobek ostatnich lat, przechowywany tu pieczołowicie przez Babcię.
Do wieczora wzbogacili się o pluszowego Pikachu, wędkę, latarkę i balonik z Psim Patrolem. Pochłonęli w sumie pięć gofrów z cukrem pudrem i pół loda czekoladowego (Ewa). Piotrek zaprzyjaźnił się z wszystkimi pieskami mieszkającymi w okolicznych domkach, aczkolwiek jeszcze nie na tyle, żeby dać się im polizać po dłoni. Ale spokojnie, będziemy tu do niedzieli.
Po popołudniowym spacerze wszyscy rozeszli się do swoich ulubionych zajęć. My usiedliśmy na tarasie wraz z miską truskawek i ciastem czekoladowym. Piotrek zawisł na płocie i obserwował przechodzących spacerowiczów (możliwe, że zwyczaj ten podpatrzył u poznanych wcześniej piesków). Ewa natomiast robiła to, co chyba jest dla niej kwintesencją wakacyjnych pobytów u Babci – odkręciła wąż z wodą, zrobiła kałużę i zaczęła w niej skakać.
Wkrótce odkryliśmy jeszcze jedno jej dzieło, wymalowane na ścianie domku pędzlem, który najwyraźniej nie był do końca wypłukany po ostatnim malowaniu płotu.
I wiem, że powinnam być na nią zła, że tak zabrudziła ścianę. Ale z drugiej strony – napisała coś z sensem, po angielsku, i do tego bezbłędnie 🙂
Ewie wczoraj wypadł kolejny ząb. A właściwie to nie wypadł – rano zaczął się ruszać, a po południu już go sobie wyciągnęła. Na tym etapie (7 straconych zębów) moja córka jest już bowiem starym wyjadaczem, zorientowanym tylko na jeden cel: kasę od Wróżki-Zębuszki.
Tak więc ząb został starannie przez Ewę wyczyszczony i zapakowany (a nuż Wróżka Zębuszka to doceni i podniesie stawkę?), po czym włożony pod poduszkę w żółtym pudełku po kinder-niespodziance.
Jednak podczas naszych cowieczornych przytulasków stała się rzecz STRASZNA – Ewa, wyciągnąwszy ząb z pudełka (żeby życzyć mu miłej emerytury we wróżko-zębuszkowym świecie), po prostu go ZGUBIŁA.
I możecie mnie pytać, jak to się stało, że zgubiłyśmy ząb na tak niewielkiej powierzchni. Nie mam pojęcia. Byłam obok i nie mam pojęcia. Natomiast faktem jest, że to już drugi ząb zgubiony przez Ewę.
No nic, zęba trzeba poszukać. A że na mnie czekała jeszcze cała góra pracy, do której dopiero co się zabrałam, i szczerze mówiąc – miałam po całym dniu trochę dosyć szukania kolejnych zabawek/książek/zębów – scedowałam cały proces na mojego męża.
Ewa w ryk. Że Wróżka-Zębuszka nie przyjdzie, że kasy nie będzie, że wszystko jest do niczego – standardowe czarnowidztwo mojej córki.
No to Dawid, że on jej tę kasę da, tyle samo, ile by dostała za zęba. „Nie, bo to mniej wartościowe”.
Tutaj nastąpił cały wykład mojego męża o pieniądzu – ale ta wie oczywiście lepiej. Jego kasa jest gorsza niż kasa od Wróżki-Zębuszki. Och, gdyby tylko wiedziała, kto tak naprawdę Wróżkę-Zębuszkę w tym domu finansuje…
– To może napiszę oświadczenie, tak jak ostatnio, jak zgubiłaś zęba. Wróżka ci wtedy zostawiła pieniądze.
– A jak nie zostawi?
– Zostawi, zobaczysz.
– Nie, nie zostawi! Wróżka-Zębuszka nie istnieje! Nic mi nie zostawi!
– To kto niby zabiera zawsze twoje zęby i zostawia pieniądze?
– Rybiki cukroweeee! – odpowiedziała zanosząc się już szlochem.
Nie bardzo wiedzieliśmy, jak zareagować – ciężko było się nie roześmiać, no ale dziecko płacze…
– Pssst, co to jest „rybik cukrowy”? – zapytałam dyskretnie Dawida, bo znowu miałam przeczucie, że ta śmieszna nazwa – choć brzmi jak coś wymyślonego – jest jednak skądś zaczerpnięta.
– To mały robak, co czasem pojawia się w łazience. – wyjaśnił mi mąż. A jednak!
– Nie mogę się uspokooooiiiić. Jak mnie uspokooooiiiisz?! – zawodziła Ewa.
Dawid napisał więc oświadczenie o zgubionym zębie i razem poszli włożyć je pod poduszkę.
– A jak ona nie istnieje i nie przyniesie mi pieniążkaaaaa?
– Przyniesie. To kwestia statystyki. Ile zębów Ci już wypadło?
– Nieeee wieeeem…
– Ten jest siódmy! – krzyczę z drugiego pokoju.
– No właśnie. Ten jest siódmy. – tłumaczy spokojnie Dawid – Czyli sześć razy dostałaś już pieniążka od Wróżki-Zębuszki. Teraz też dostaniesz. Statystyka.
– A jak nie dostaaanęęęę?
– Dostaniesz. Jeśli coś wystąpiło sześć razy, to można wnioskować, że za siódmym razem też to wystąpi. Jak zrzucisz szklankę na podłogę, to co się stanie?
– A jest grawitacja?
– No jest. Na Ziemi przecież jesteśmy, nie? No to co się stanie?
– Stłucze się…
– Właśnie. Stłucze się. Jak zrzucisz drugą szklankę, to co się stanie?
– Stłucze się.
– Trzecią?
– Też.
– Czwartą?
– Też się stłucze.
– Piątą?
– Też.
– Szóstą?
– Też.
– No właśnie. Stłukło się już sześć szklanek. Więc jak będziesz miała zrzucić siódmą, to można założyć, że co się stanie?
– Stłucze się.
– Właśnie. Tak właśnie mówi statystyka. A ja coś o tym wiem, jestem w końcu dyplomowanym statystykiem. A teraz już nie płacz. Kładź się, przykryję cię kołdrą.
– A jak mnie uspokoisz?
– Przytulaskami. I potęgą statystyki.
PS Statystyka miała racje – Wróżka-Zębuszka zostawiła kasę 😉
– „Oj plama, plama, co za pech!” – podśpiewuję sobie pod nosem, grzebiąc w koszu z praniem – Wiesz, Ewa, kiedyś była taka reklama, dawno, dawno temu. A to, że ją teraz śpiewam, oznacza, że chyba jestem stara.
Ewa patrzy na mnie uważnie, milczy przez chwilę, po czym jej twarz się rozjaśnia i odpowiada radośnie:
– Nie, to znaczy, że masz bardzo dobrą pamięć!
Tego się nie spodziewałam po tej rozmowie!
Mój syn natomiast ciągle mówi niewiele, ale nie przeszkodziło mu to ostatnio w zasugerowaniu mi, że chyba zbyt dużo słodzę. I zrobił to w pięknym, uszczypliwo-złośliwym stylu!
(Przesypał cukier z cukiernicy do takiego oto słoika)
Pan Piotr przechodził dzisiaj samego siebie, jeśli chodzi o igranie ze zdrowiem psychicznym swojej matki. Jeśli coś dało się rozrzucić, rozlać, rozsypać, otworzyć – mimo kolejnych próśb i gróźb, że nie wolno – to to zrobił.
O 16:15, z pracy (wykonywanej w sypialni), WRESZCIE wrócił Dawid. A ja – jako, że ostatnia godzina była chyba jedną z najdłuższych w moim życiu – z radością oddałam mu zarządzanie stadem i wątpliwą przyjemność dyscyplinowania syna.
Coś tam przebąkiwał o jakimś autorytecie, ale nie zagłębiałam się w ten temat za bardzo. Zamiast tego „zagłębiłam” się w kanapę 🙂
Niedługo potem Pan Piotr, najwyraźniej niepoinformowany o autorytecie ojca, trzykrotnie zignorował zakaz bawienia się drzwiami od zamrażalnika. Został więc zaprowadzony do swojego pokoju w celu odbycia pięciominutowej kontemplacji na temat swojego nieposłuszeństwa (określanej potocznie mianem „kary”).
Kilka minut później miał miejsce następujący dialog:
Dawid: I co, będziesz już się słuchał? Piotrek: Tak! Dawid: Nie będziesz dalej psocił? Piotrek: Tak! Dawid: To czego nie można robić? Piotrek: Tak!
Być może nikt nie patrzy na mnie z taką miłością i uwielbieniem, jak mój syn. A może to tylko iluzja stworzona przez to czarujące spojrzenie, będące lustrzanym odbiciem spojrzenia jego ojca, dołeczek w jego własnym policzku i moją matczyną miłość?
Wszedł dzisiaj do kuchni akurat wtedy, kiedy stojąc przy zlewie próbowałam doszorować pędzle i palety po wcześniejszym malowaniu. Rozejrzał się po kuchni i zdecydowanym: „Mama!” zażądał podania mu kotleta, który został z obiadu. Znając upodobania mojego syna nie próbowałam nawet bawić się w serwowanie mu tego na talerzu – wytarłam tylko dłoń i wręczyłam mu kotleta po prostu do ręki, po czym wróciłam do zaschniętych na paletach farb.
A musicie wiedzieć, że być może nikt nie patrzy na kotleta z taką miłością i uwielbieniem, jak mój syn. Zresztą, nie tylko na kotleta – na mięso w ogóle. W lodówce musimy mieć stały zapas kabanosów. Spróbuje każdą wędlinę. Salami – pycha. Szynka serrano – pycha. Chorizo – pycha. Krakowska sucha – pycha. Parówki – tak sobie. Ogórek, pomidor – bleee.
– O, masz kotleta – zauważa mój mąż. I zaczyna zmienionym głosem – DAJ KOTLETA, DAJ!
Piotrek ucieka z chichotem przez Potworem-Tatą. Biegnie w moim kierunku i wpycha się pomiędzy moje nogi a szafkę, przy której stoję. A że jestem dobrą matką, która ukochanego syna własną piersią przed potworem zasłoni, to odsuwam się lekko, żeby zrobić mu miejsce. On wciska się głębiej i stoi tak, z kotletem w dłoni, zaśmiewając się do rozpuku, kiedy Potwór-Tata zbliża się do jego kryjówki.
– DAJ KOTLETA! DAJ! BO… ZJEM MAMĘ! – mówi Potwór-Tata i na dowód, że mówi poważnie, udaje, że gryzie mnie w bok, gdzieś pomiędzy talią a żebrami.
– KOTLET ALBO MAMA! KOTLET ALBO MAMA!!! – Potwór-Tata domaga się dokonania trudnego wyboru.
Trudnego…?
Chwilę później czuję, jak syn mój najukochańszy odpycha się od szafki, napiera na mnie całym ciałem i przesuwa w kierunku Potwora… 🙂
Stoimy już ubrane do wyjścia, ja z naręczem tobołków w ręku, kiedy Gwiazda uświadamia sobie, że ABSOLUTNIE MUSI zabrać tego dnia do przedszkola pewną książkę. Za kilka minut dziewiąta, powinnyśmy już wychodzić, więc nawet nie próbuję nakłonić jej, żeby sama tej książki poszukała, tylko cofam się do jej pokoju i zaczynam przeglądać półki.
– Gdzie ona może być…? – mruczę do siebie, wertując kolejne rzędy książek i zastanawiając się jednocześnie, czy będę miała szczęście i rozpocznę poszukiwania od właściwego regału. Bo musicie wiedzieć, że książek moje dzieci (głównie Ewa) posiadają już ok. trzystu i składują je na dwóch regałach w pokoju dziecięcym, jednej półce w salonie i niezliczonej liczbie malowniczych stosików, porozkładanych w zasadzie w całym mieszkaniu.
– Mała książka, gładka, na odwrocie na dole jest cień kota, a pod spodem napis: „Wydawnictwo Jaguar” – podpowiada mi Gwiazda, która stoi tuż za moimi plecami i mnie WSPIERA.
A ja nawet nie próbuję tego kontestować, mimo iż nigdy nie słyszałam o takim wydawnictwie. Już się nauczyłam, że skoro tak mówi, to pewnie ma rację. Tak samo jak uwierzyłam jej na słowo, że antylopa należy do rodziny wołowatych. I że lizozymy pomogły mi zwalczyć infekcję oka, która mnie kiedyś dopadła (tylko zerknęłam wtedy na Dawida, który potwierdził dyskretnym skinieniem głowy). No, przyznam, że zaprotestowałam nieśmiało przy latających torbaczach*, ale był to ostatni raz i sami przyznajcie, że latający torbacz brzmi nieco absurdalnie (na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że „latanie” oznacza w tym przypadku raczej lot ślizgowy i spadanie do celu).
Wreszcie znalazłyśmy właściwą książkę. A na odwrocie…
*) Lotopałanka – takie małe coś przypominające latającą wiewiórkę
Wczoraj był jeden z ulubionych dni w roku mojego Męża – Dzień Składania Deklaracji Podatkowej, znanym również jako Dzień Obliczania Zwrotu Podatku. Z tej okazji postanowiłam podsumować to, co wiemy na temat ulgi rehabilitacyjnej – może komuś się przyda:)
Ulga rehabilitacyjna daje możliwość odliczenia od dochodu pewnych wydatków na cele rehabilitacyjne, co w rezultacie obniża podatek do zapłacenia. A w praktyce – sprawia, że US zwraca nam część nadpłaconego podatku 🙂
Kto może skorzystać
Osoba niepełnosprawna (posiadająca orzeczenie o niepełnosprawności) lub jej opiekun.
Co można odliczyć
Wydatki ponoszone na cele rehabilitacyjne dzielą się na dwie grupy: na wydatki limitowane (które można odliczyć, ale tylko do kwoty limitu) oraz nielimitowane (można je odliczać bez ograniczeń, ale trzeba mieć je udokumentowane fakturami i rachunkami).
Wydatki limitowane
koszty użytkowania samochodu – do 2280 zł rocznie
W tych kosztach zawierają się koszty eksploatacyjne samochodu (np. paliwo, utrzymanie). Nie ma obowiązku udowadniania, że koszty te zostały poniesione w związku z dojazdem na konkretne wizyty u lekarza/rehabilitanta. Wymogi:
Rodzic posiadający na utrzymaniu dziecko niepełnosprawne musi być właścicielem lub współwłaścicielem samochodu osobowego
Należy mieć opłacone OC.
Osoba będąca współwłaścicielem auta nie musi mieć prawa jazdy, a więc nie musi być faktycznym kierowcą.
US może poprosić o udowodnienie, że samochód był użytkowany (poprosić np. o wyciągi z konta potwierdzające, że podatnik kupował paliwo – ale nie trzeba udowadniać, że kupił paliwa za całą kwotę).
Uwaga:
jeśli każde z rodziców posiada lub współposiada auto, to każde może odliczyć po 2280 zł, czyli razem 4560 zł. Ale jedna osoba fizyczna może odliczyć tylko jeden limit (nawet, jeśli ma na utrzymaniu więcej osób niepełnosprawnych lub sama również jest osobą niepełnosprawną).
Są jeszcze dwa rodzaje kosztów objętych limitem, ale osoby posiadające orzeczenie o niepełnosprawności z uwagi na spektrum autyzmu raczej nie będą ich wykorzystywały:
opłacenie przewodników osób niewidomych I lub II grupy inwalidztwa oraz osób z niepełnosprawnością narządu ruchu zaliczonych do I grupy inwalidztwa – do 2280 zł;
utrzymanie psa asystującego, o którym mowa w ustawie o rehabilitacji zawodowej – do 2280 zł
Uwaga:
Koszty limitowane nie muszą być udokumentowane w postaci rachunków czy faktur.
Wydatki nielimitowane
Wydatki ponoszone na:
adaptację i wyposażenie mieszkań oraz budynków mieszkalnych stosownie do potrzeb wynikających z niepełnosprawności;
przystosowanie pojazdów mechanicznych do potrzeb wynikających z niepełnosprawności;
zakup i naprawę indywidualnego sprzętu, urządzeń i narzędzi technicznych niezbędnych w rehabilitacji oraz ułatwiających wykonywanie czynności życiowych, stosownie do potrzeb wynikających z niepełnosprawności, z wyjątkiem sprzętu gospodarstwa domowego;
zakup wydawnictw i materiałów (pomocy) szkoleniowych, stosownie do potrzeb wynikających z niepełnosprawności;
odpłatność za pobyt na turnusie rehabilitacyjnym;
odpłatność za pobyt na leczeniu w zakładzie lecznictwa uzdrowiskowego, za pobyt w zakładzie rehabilitacji leczniczej, zakładach opiekuńczo-leczniczych i pielęgnacyjno-opiekuńczych oraz odpłatność za zabiegi rehabilitacyjne;
opiekę pielęgniarską w domu nad osobą niepełnosprawną w okresie przewlekłej choroby uniemożliwiającej poruszanie się oraz usługi opiekuńcze świadczone dla osób niepełnosprawnych zaliczonych do I grupy inwalidztwa;
opłacenie tłumacza języka migowego;
kolonie i obozy dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej oraz dzieci osób niepełnosprawnych, które nie ukończyły 25. roku życia;
leki – w wysokości stanowiącej różnicę pomiędzy faktycznie poniesionymi wydatkami w danym miesiącu a kwotą 100 zł, jeśli lekarz specjalista stwierdzi, że osoba niepełnosprawna powinna stosować określone leki (stale lub czasowo);
odpłatny, konieczny przewóz na niezbędne zabiegi leczniczo-rehabilitacyjne:
osoby niepełnosprawnej – karetką transportu sanitarnego,
osoby niepełnosprawnej, zaliczonej do I lub II grupy inwalidztwa, oraz dzieci niepełnosprawnych do lat 16 – również innymi środkami transportu niż wymienione w lit. a;
odpłatne przejazdy środkami transportu publicznego związane z pobytem:
na turnusie rehabilitacyjnym,
w zakładach, o których mowa w pkt 6,
na koloniach i obozach dla dzieci i młodzieży, o których mowa w pkt 9.
Uwaga:
Koszty poniesione na wyżej wymienione cele muszą być udokumentowane. Należy posiadać faktury/rachunki, które będą wskazywały sprzedającego i kupującego, rodzaj zakupionego towaru lub usługi oraz kwotę zapłaty.
Koszty muszą być poniesione przez podatnika. Czyli: jeżeli dane koszty są refundowane/częściowo refundowane przez np. fundację organizującą zbiórki z 1% na subkoncie dziecka, to taki koszt nie może już zostać rozliczony. Jeśli refundacja jest częściowa – odliczamy różnicę pomiędzy kosztem towaru/usługi i refundacją.
Dyskusyjna jest kwestia „zabiegu rehabilitacyjnego” w kontekście rehabilitacji dzieci ze zdiagnozowanym spektrum autyzmu. Czy np. zajęcia logopedyczne czy pedagogiczno-psychologiczne są rehabilitacją? Tutaj nie ma prostej odpowiedzi. Jednak liczne interpretacje indywidualne potwierdzają, że można odliczać te koszty. Należy jednak pamiętać, że US może zakwestionować takie koszty w przypadku kontroli, a „cudza” interpretacja indywidualna nie zapewnia nam ochrony. W razie wątpliwości warto więc zwrócić się o własną interpretację indywidualną do KIS (tutaj adres wyszukiwarki interpretacji indywidualnych – wyszukując „autyzm” można poczytać, jakie koszty zostały uznane przez KIS za podlegające uldze rehabilitacyjnej).
Podobnie jest ze stwierdzeniem „stosownie do potrzeb wynikających z niepełnosprawności”. W przypadku osób z niepełnosprawnościami ruchowymi jest to dosyć oczywiste (np. samochód musi być odpowiednio przystosowany, drzwi w mieszkaniu odpowiednio szerokie itd.). Z osobami ze spektrum jest już trudniej. Dlatego w przypadku rozliczania tych kosztów warto pozbierać odpowiednie dowody na to, że dziecko faktycznie potrzebuje danego ułatwienia. Przydadzą się tu opinie lekarskie i diagnozy psychologiczne (i inne), które potwierdzą, że dziecko w danym wieku np. nie mówi i potrzebuje tabletu z aplikacją do komunikacji alternatywnej. A i tak te koszty mogą zostać zakwestionowane w trakcie kontroli. A więc znowu – warto wystąpić o interpretację indywidualną, w której opiszemy całą sytuację (przy okazji – opłata skarbowa związana z interpretacją indywidualną wynosi 40 zł).
Rachunki i faktury należy przechowywać przez okres możliwej kontroli – pięć lat licząc od końca roku, w którym składano deklarację (czyli rachunki z 2019 r. należy składać do końca 2025 r.). Po tym czasie zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu – nawet, jeśli było wypełnione błędnie, to US nie może nas już skontrolować. Co więcej – w czasie tych pięciu lat można złożyć korektę zeznania podatkowego. Czyli – jeśli nie wiedzieliście o możliwości odliczenia jakichś kosztów, a chcielibyście je teraz rozliczyć i macie za nie rachunki, to macie taką możliwość korygując poprzednie zeznania podatkowe.
Kiedy powstaje możliwość skorzystania z ulgi
Wg interpretacji KIS, ważny jest moment powstania niepełnosprawności, a nie data wydania orzeczenia. Oznacza to, że jeżeli na orzeczeniu o niepełnosprawności wydanym np. w 2020 r. jest napisane, że niepełnosprawność trwa od urodzenia, to możemy złożyć korekty i odliczyć koszty, które ponieśliśmy również przed datą otrzymania orzeczenia.