Szaleńcy wszystkich krajów łączcie się

Szaleńcy wszystkich krajów łączcie się

Jakiś czas temu pojawił się w Rzeczpospolitej felieton p. Piotra Nowaka pod tytułem: „Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na uczelnie wyższe”. W dużym skrócie – autor uważa, że oczywiste jest, że studia powinny podejmować tylko osoby zdrowe na umyśle, jednak w praktyce tak się nie dzieje, bo nikt tego „zdrowia” nie sprawdza. Na studia wyższe trafiają więc różnego rodzaju szaleńcy, osoby niezrównoważone, niepoczytalne, obłąkane, z oczywistą dysfunkcją umysłową, z zaburzeniami psychicznymichorzy psychicznie, wariaci, ludzie psychicznie upośledzeni*. Jako przykład podany jest student z Zespołem Aspergera. Po czym pojawia się konkluzja: „Do życia między ludźmi wystarczy ostrożność i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka.

Rozumiem, że można mieć różne poglądy, jednak nie spodziewałam się, że zdecyduje się je opublikować jeden z bardziej poczytnych i szanujących się dzienników w Polsce. Tego typu tekst po prostu bardziej kojarzy mi się z jakimiś egzotycznymi obrzeżami internetu. Dziwi mnie też, że autorem jest ktoś, kto szczyci się tytułem profesora filozofii – chociaż to już mniej, biorąc pod uwagę, co różni profesorowie potrafią w dzisiejszych czasach sobą prezentować.

Żeby było jasne – nie jestem za integracją osób niepełnosprawnych za wszelką cenę. Osoby zdrowe (a szczególnie – dzieci) nie powinny ponosić emocjonalnych kosztów takiej integracji. Dziecko z autyzmem może z powodzeniem być wprowadzane do grupy rówieśniczej – umówmy się, dla niego to jest większy wysiłek, niż dla któregokolwiek z pozostałych dzieci. Ale jeśli to dziecko np. w sytuacjach stresowych reaguje agresją, bije siebie, opiekunów i inne dzieci, to jego integracja z grupą powinna być bardzo ograniczona. Nawet kosztem jego umiejętności społecznych. I piszę to jako matka dziecka z autyzmem – wolałabym ograniczyć terapię swojego dziecka, jego kontakty z innymi dziećmi, niż mieć świadomość, że inne dzieci mają z tego powodu jakąś traumę.

Czy studenci uczestniczący w wykładzie „ubarwianym” zachowaniami chłopaka z ZA będą mieli z tego powodu jakąś traumę? Czy naprawdę dążenie do tego, aby wykład nie był niczym zakłócany, a wykładowca mógł bez ograniczeń używać ironii jest powodem, aby odmawiać osobom ze spektrum autyzmu (oraz innym osobom z zaburzeniami psychicznymi) studiów wyższych?

Objawy charakterystyczne dla Zespołu Aspergera mieli Einstein, Newton, Mozart, Beethoven, Freud, Hitchcock i Warhol. Ma je Bill Gates. Diagnozę Zespołu Aspergera ma Leo Messi. Depresję mieli/mają m.in. Andersen, Hemingway, Agatha Christie, Nietzsche (ale lista jest ogromna!). John Nash miał schizofrenię. To są te „osoby niezrównoważone”, o których pisze p. Nowak. Naprawdę powinniśmy ich izolować?

PS. Petycja do „Rzeczpospolitej” w sprawie przeprosin i sprostowania znajduje się tutaj (jeśli ktoś miałby ochotę podpisać): PETYCJA

PS.2 Okazuje się, że chłopak z artykułu istnieje naprawdę, i nie jest studentem znajomego p. Nowaka, ale samego p. Nowaka. Studenci z Białegostoku zwrócili władzom uczelni uwagę na zamieszczony w Rzeczpospolitej felieton. Okazało się również, że chłopak na wykładzie u p. Nowaka był raz, bo na kolejny nie został już wpuszczony, a ogólnie nie jest uciążliwy ani dla innych studentów, ani dla wykładowców. Pozytywne w tej historii jest jednak to, że najwyraźniej nie jest dyskryminowany przez swoich kolegów, więcej nawet, koledzy się za nim wstawiają i w jego imieniu z dyskryminacją walczą. Szacunek!

*) zarówno tytuł, jak i wszystkie pogrubione słowa pochodzą z felietonu p. Nowaka. Muszę przyznać, że bardzo poszerzyłam moje słownictwo – nie wiedziałam, że osobę zaburzoną psychicznie (w tym z ZA) można określić na tyle sposobów!

Wymarzony prezent

Wymarzony prezent

Siedzimy razem z Ewą przy stole. Ona coś tam lepi z ciastoliny, ja próbuję zagadywać:

Ja: Ewa, a wiesz, niedługo jest Dzień Babci i Dziadka. Coś by trzeba było przygotować dla Babć i Dziadków. Co byś chciała zrobić? Może jakąś laurkę, albo obrazek?

Ewa wydaje się być pochłonięta toczeniem wałka z ciastoliny, toczy go, toczy, aż nagle podnosi go wysoko, patrzy na mnie, uśmiecha się szeroko i mówi: A może węża!

No, nie wiem…:)

O próbowaniu

O próbowaniu

The most important thing people did for me was to expose me to new things.

(Najważniejszą rzeczą, którą dla mnie zrobiono, było wystawianie mnie na nowe doświadczenia.)

– Temple Grandin

Pisałam niedawno o tym, że znowu byliśmy w kinie – ale w sumie nigdy nie wspominałam, dlaczego w zasadzie my do tego kina chodzimy. W końcu moglibyśmy poczekać, aż film pojawi się na DVD i obejrzeć go spokojnie w domu – wyszłoby taniej, a i Ewie pewnie byłoby łatwiej.

Jednak nie chodzi o to, żeby Ewa istniała sobie w idealnych warunkach, otoczona tylko wybranymi osobami, bawiąc się jedną jedyną ulubioną zabawką i jedząc jedną ulubioną potrawę. My wiemy, że Ewa ma i będzie miała tendencję do trzymania się utartych schematów, korzystania tylko z rozrywek, które już dobrze zna – i czym częściej będziemy jej na to pozwalać, tym bardziej będzie od tych schematów uzależniona. Dlatego właśnie tak ważne jest wystawianie jej na nowe doświadczenia.

Pisałam kiedyś o kryzysie rajstopowym – oczywiście mogłabym temat olać, nakupić jej rajstop z Minnie czy inną Daisy i niech nosi tylko takie – ale chodziło też o to, żeby raz na jakiś czas spróbować czegoś innego. Chodziło o próbowanie, nie o rajstopy.

Nie chodzimy z Ewą zbyt często w gości, nie jeździmy zbyt często w odwiedziny do dziadków – wiemy, że Ewę to jednak męczy, jej poziom stresu poza domem jest wyższy niż wtedy, kiedy jesteśmy w domu. No ale tego typu wyjazdy są jednak jej raz na jakiś czas potrzebne (pomijając już kompletnie to, że Ewa lubi swoich dziadków:)).

Raz na jakiś czas próbujemy też czegoś zupełnie nowego. Zdobywamy jakąś „sprawność”. Kino nie jest już dla Ewy problemem, wie, że trzeba kupić bilet, że przed seansem idziemy do łazienki, że w czasie filmu jemy pop-corn. Już nie boi się panicznie ciemnego korytarza prowadzącego do sali kinowej, chociaż ostatnio widziałam, że lekko się przestraszyła (ale już wie, że w środku nie ma nic strasznego, no i są z nią przecież rodzice).

Wie, jak się zachować w sklepie, że zakupy najpierw wkłada się do koszyka, później wykłada się je na taśmę, pani kasuje, mama lub tata płacą i dopiero można je zabrać. Wie, jak się zachować w bibliotece.

Jechaliśmy już razem autobusem, tramwajem czy metrem (bilet kupujemy w biletomacie – bilet kasujemy w bramce – wyciągamy go z drugiej strony – przechodzimy – schodzimy na peron – trzymamy mamę lub tatę za rękę – w wagonie siedzimy na siedzeniu lub trzymamy się drążka) i pociągiem (bilet kupujemy wcześniej – po pociągu chodzi pan/pani konduktor i sprawdza bilety – w pociągu można pójść do toalety – na peronie trzeba trzymać mamę lub tatę za rękę). Za niecały miesiąc czeka nas pierwsza podróż samolotem – przygotowujemy się do niej od jesieni!

Wystawianie na nowe doświadczenia jest o tyle trudne, że trzeba wyważyć, ile to jest „w sam raz”, a ile „za dużo”. „Za dużo” powoduje u dziecka ciągłą niepewność, brak poczucia bezpieczeństwa, niebezpiecznie podnosi poziom stresu.

Jeśli więc Ewa sama mówi, że ma ochotę na coś nowego, to choćby to była, nie wiem, najgłupsza, najbardziej badziewnie wyglądająca atrakcja w najbardziej badziewnym wesołym miasteczku w okolicy – trzeba spróbować. Dla samego spróbowania.

Po cichu wierzę, że czym większa wprawa w próbowaniu, tym będzie coraz więcej kolejnych prób. I będę mogła częściej Wam się chwalić taką wiadomością jak ta, że dzisiaj, 10 stycznia 2017 r., Ewa po raz pierwszy spróbowała w przedszkolu zupy pomidorowej:)

Sing

Sing

Wczoraj byliśmy na „Sing” (w nomenklaturze Ewy: „film o oł-maj-gaszu”*). Jeśli się zastanawiacie, czy będzie to nowy numer 1 wśród ulubionych filmów Ewy, to…

Ewa (w trakcie jednej z dłuższych „gadanych” scen, na cały głos): Chodźmy na Trolle…

Niemniej jednak film nam się bardzo podobał. Od rana katujemy ścieżkę dźwiękową z filmu, a Ewa zapałała szczególną miłością do jednej piosenki Gypsy Kings:)

Swoją drogą, fascynujące są składanki, na których obok Gypsy Kings albo Queen potrafią się znaleźć covery Niki Minaj albo Taylor Swift:) W każdym razie, dla ciekawskich – link do albumu na Spotify:

*) Dlaczego „film o oł-maj-gaszu”? Otóż ulubioną sceną Ewy z trailera była scenka, w której trzy króliczki śpiewają „Oh my gosh, look at her butt” – w filmiku poniżej od 0:57. Proszę, nie pytajcie mnie dlaczego – nie mam pojęcia:)

Cztery bardzo przydatne rzeczy, jeśli jesteś rodzicem małego dziecka (lub seryjnym mordercą:))

Cztery bardzo przydatne rzeczy, jeśli jesteś rodzicem małego dziecka (lub seryjnym mordercą:))

Pamiętam te czasy, kiedy będąc w ciąży miałam ZDECYDOWANIE za dużo wolnego czasu (przymus leżenia przez jakieś dwa miesiące) i czytałam przeróżne artykuły, które miały mnie przygotować do macierzyństwa. Nie wiedziałam, że potrzeba mi tyle rzeczy do ogarnięcia małego dziecka! A czym dziecko starsze, tym tych rzeczy miało być coraz więcej…
Na szczęście teraz jestem mądrzejsza (czytaj: potrafię przygotować mleko podgrzać niemowlakowi jedzenie w warunkach polowych – czyli bez wybajerzonego podgrzewacza – na minimum 5 różnych sposobów), postanowiłam więc zrobić WŁASNE ZESTAWIENIE. A co!

1. Olejki eteryczne

Zanim pojawiła się Ewa – nie używaliśmy w ogóle. Teraz wystarczy, że Ewa ma katar – już dostaje do kąpieli wkładkę w postaci kilku kropel olejku eterycznego. W sezonie jesienno-zimowym – również profilaktycznie. Z katarem jest tak, że „nieleczony trwa tydzień, leczony siedem dni” – więc trudno powiedzieć, czy takie „inhalacje” w jakiś istotny sposób skracają infekcję, ale dają przynajmniej chwilową ulgę, a smarki podczas takiej kąpieli płyną szerokim strumieniem:) Kąpieli z olejkami eterycznymi nie da się za bardzo przedawkować, nie mają działań ubocznych, więc jest to nasz domowy sposób nr 1 na katar. Niestety, inhalacje z wykorzystaniem nebulizatora się u nas nie sprawdzają (Ewa nie chce dać sobie przyłożyć maski do twarzy), więc jest to też u nas jedyny sposób na inhalacje.

Olejków mamy całą kolekcję – od takich typowo „na katar” (miętowy, sosnowy, geraniowy, eukaliptusowy, cytrynowy), po „relaksujące” (lawendowy, pomarańczowy, waniliowy). W zależności od zapotrzebowania:)

Olejków używam też do skraplania mokrych ręczników, które kładę zimą na kaloryferach, a także do przygotowania mikstury, którą psikam Ewie włosy w celu łatwego ich rozczesania:)

Jeśli jesteś seryjnym mordercą – olejki eteryczne mogą świetnie się przydać do maskowania hmmm… zapachów, które seryjni mordercy chcieliby zamaskować (podobno najlepiej sprawdza się cynamonowy;))


2. Folia stretch/folia spożywcza

Folia spożywcza nie jest jakimś wyjątkowym odkryciem, używałam jej długo zanim pojawiła się Ewa. Ale jak dla mnie jest to prawie idealny substytut folii stretch (mniejszy format, z dodatkową funkcją „można owinąć jedzenie”).

Folię stretch podpatrzyłam u ekipy przeprowadzkowej podczas jednej z pierwszych przeprowadzek – podczas kolejnej przeprowadzki mieliśmy już własną:) Niestety, można kupić (chyba) tylko w wielkich rolkach – takich, co to wystarczają na lata:) Niemniej jednak – pakowanie czegokolwiek staje się czystą przyjemnością. Wózek-którego-Ewa-już-nie-potrzebuje – owinięty i upchnięty w piwnicy u jednej z babć. Poduchy z ławek tarasowych – owinięte i zapakowane na zimę w komórce lokatorskiej. Ozdoby choinkowe – popakowane w pudełka, owinięte i schowane sama-nie-wiem-gdzie… 🙂

Jeśli chodzi o folię i jej zastosowanie w zabawach z dzieckiem: folią oklejamy szyby, ramy okienne zabezpieczamy taśmą malarską (patrz punkt 4), podłogę koło okna – gazetami lub papierem pakowym (patrz punkt 3), bierzemy farbki plakatowe i malujemy:) Efekt: piękne witrażowe okna (a przy okazji – wzmacnianie obręczy barkowej dziecka;))

Folia może też się sprawdzić przy zabezpieczaniu różnych powierzchni przed szkodliwym / brudzącym działaniem dziecka. Tego jednak nie próbowaliśmy – w zasadzie wszystkie powierzchnie w naszym domu – oprócz kanapy – są łatwo zmywalne. A kanapę ciężko byłoby jednak owinąć w folię stretch – był jednak taki okres w naszym (Ewy) życiu, kiedy kanapa była obłożona czymś w rodzaju plastikowego pokrowca, zrobionego z zasłonek prysznicowych:))

Jest też jeszcze jedno, BARDZO WAŻNE zastosowanie folii stretch. Jeszcze z niego nigdy nie skorzystaliśmy, ale świadomość, że zawsze mamy taką opcję (bo folii mamy spory zapas) jest bardzo uspokajająca. Zastosowanie szczególnie przydatne w przypadku wyjątkowo ruchliwych/hałaśliwych/męczących dzieci.
Skrępować dziecko folią i przywiązać np. do nogi stołu. Albo w zasadzie położyć gdziekolwiek – jak będzie dobrze owinięte, to i tak daleko się nie ruszy;) Jak jest hałaśliwe, to można dodatkowo zakneblować. I spokój;)

Jeśli jesteś seryjnym mordercą – folia może się przydać do pakowania zwłok. Zresztą, obejrzyjcie Dextera, to będziecie wiedzieć;)


3. Szary papier pakowy

Jak Ewa miała mniej więcej rok i zaczęliśmy uskuteczniać różnego rodzaju prace „stolikowe” (rysowanie, malowanie, ciastolina itd.), to w przypływie geniuszu kupiłam w Makro wielką rolkę szarego papieru pakowego. Przez kilka ładnych miesięcy w zasadzie na stałe mieliśmy nim oklejone pół stołu – mogła sobie malować ile chciała, a ja nie dostawałam palpitacji, że będę musiała szorować później stół:)

Na takim „obrusie” z papieru były różne rysunki, nie tylko Ewy, ale też nasze. Czasami na szybko zapisało się tam jakąś wiadomość, adres, numer telefonu, raz nawet Dawid wyliczył tam jedną całkę…:)

malowanie_1

Później często naklejaliśmy papier na kawałku ściany, żeby mogła malować większe formy (obręcz barkowa!).

Poniżej przykład bardziej skomplikowanej konstrukcji: najpierw papier pakowy przyklejony do ściany taśmą malarską, później kolorowanka naklejona na papier pakowy (widać nawet, że papier ma większą powierzchnię – w razie gdyby „się wyjechało”:)).

malowanie

 

Udałoby nam się pewnie zużyć do dzisiaj tę rolkę gdyby nie to, że Ewa jednak wyjątkowo nie lubi prac plastycznych.

A w te Święta papier pakowy przydał mi się do pakowania prezentów:) Robiłam z niego takie torebki. W sumie nie tylko ja – NAWET DAWID JEDNĄ ZROBIŁ (dla mnie – bo stanowczo odmówiłam zapakowania swojego prezentu;)).

źródło: http://fallfordiy.com/blog/2016/06/07/diy-brush-lettered-gift-bags/
 
Jeśli jesteś seryjnym mordercą – zwłoki owinięte folią stretch dobrze jest później zapakować w coś nieprzezroczystego. Bo przez folię to jednak może być widać, że to zwłoki.
 

4. Taśma malarska

To jest moje ulubione znalezisko. Odkryte przy naszym pierwszym malowaniu (przed narodzinami Ewy), ale od tego czasu muszę zawsze mieć w domu zapas, i niezapowiedziane malowanie wcale nie jest tu głównym powodem (szczerze mówiąc, malowania unikamy jak ognia;)). Z taśmą malarską można zrobić wszystko: obkleić stół papierem pakowym, przykleić papier do ściany, przykleić folię do okna i zabezpieczyć jego ramy, wykleić na podłodze tor, którym będą jeździć samochodziki, nakleić na podłodze „start” i „meta”, żeby wiadomo było, odkąd i dokąd się ścigamy, przykleić do ściany/lodówki dzieła malarskie dziecka… No niezliczone możliwości! A przy tym – zawsze można to łatwo odkleić i nie ma po taśmie śladu. Szczerze mówiąc – nie wiem, jak ja funkcjonowałam bez taśmy malarskiej:)
Jeśli jesteś seryjnym mordercą – to wiadomo, przyda się do zabezpieczania folią siebie / miejsca zbrodni;)

REASUMUJĄC

Najbardziej przydaje się to, co można używać latami, do wielu aktywności i to nie tylko tych związanych bezpośrednio z dzieckiem:)

Jak w bajce

Jak w bajce

Dzisiaj przed zaśnięciem Ewa poprosiła o jedną z jej ulubionych bajek. W książce są same obrazki, więc Ewa zaczyna snuć swoją opowieść – o Księżniczce, która przygotowuje się do balu, maluje się i ubiera. Spotyka Księcia, idzie z nim na przyjęcie, tańczą i bawią się z gośćmi. Spacerują nad jeziorem, gdzie Książę udaje, że chce wrzucić Księżniczkę do wody. Później jedzą przepiękny, biało-niebieski tort, Księżniczka próbuje posmarować kremem nos Księcia, po czym Książę (i to jest ulubiony fragment Ewy!) odpłaca się Księżniczce tym samym, a ona tak zabawnie przy tym się marszczy! Cała historia kończy się uściskami i tym, że Książę całuje Księżniczkę.

Warto było zainwestować w album ze zdjęciami z naszego ślubu:)

Zagadka muzyczna

Zagadka muzyczna

Co to za piosenka, kto zgadnie? 🙂 Dla ułatwienia dodam, że Ewa śpiewa „po angielsku” 🙂

PIOSENKA

(niestety, od jakiegoś czasu nie działa mi tu funkcja komentowania – próbowałam już na wszystkie sposoby to naprawić, łącznie z trzykrotną zmianą szablonu samego bloga – ale nie działa:/ Tak więc jeśli ktoś chciałby udzielić odpowiedzi na tę zagadkę – proszę to zrobić na Facebooku:))

Rozwiązanie problemu z metrażem

Rozwiązanie problemu z metrażem

Mamy taką półkę pomiędzy kanapą a ścianą, tak z 25 cm szerokości. Okazuje się, że to świetne miejsce do spania.
Może kupowanie mieszkania z dwiema sypialniami było bez sensu? Mamy taką szafkę pod telewizor z dużymi szufladami, mogliśmy tam ją trzymać, jak była mniejsza (teraz już się średnio mieści). Zasypia – zamykamy szufladę i spokój. Półka za kanapą nie jest idealna, bo jak człowiek ogląda telewizję, to pochrapywanie dziecka trochę jednak przeszkadza, no ale te oszczędności związane z mniejszym metrażem…;)

Za kulisami

Za kulisami

Oglądamy z Ewą filmik z jej jasełkowego występu. Ewa-z-filmu jest na początku trochę stremowana – w pewnym momencie przysłania twarz dłońmi i spogląda w kierunku publiczności zza rozsuniętych lekko palców. Ewa-oglądająca-film obserwuje zafascynowana. W pewnym momencie zaczyna cichutko chichotać i mówi:

Ewa: Dłubię gluta!
Ja (kompletnie nieprzygotowana na taki komentarz): Cooo?
Ewa: Gluta!

I dalej chichocze. Chwilę później zdradza mi jeszcze, że w tym właśnie momencie (Ewa-z-filmu podnosi rękę i dotyka nosa) „lecą smarki„.

Lubię różnego rodzaju opowieści zza kulis, ale nie wiem, czy chciałam usłyszeć akurat tę historię:)