Potrzeba matką wynalazku

Potrzeba matką wynalazku

Pomysłów racjonalizatorskich matki – ciąg dalszy:)

Pierwszy kalendarz – taki książkowy – Ewa dostała, jak zaczęła chodzić do Blue Bees. Potrzebowałyśmy czegoś, co będzie „odmierzało” jej czas do kolejnych weekendów/świąt/wakacji/urodzin. Później kalendarz załatwił też kwestię korespondencji z wychowawcami – oni wpisywali tam to, co działo się w przedszkolu, ja uzupełniałam to, co wydarzyło się w domu.

Kalendarz był na rok szkolny, więc skończył się w czerwcu. Zresztą, jak Ewa zaczęła naukę zdalną, to trochę o nim zapomnieliśmy. Ale w czasie wakacji zaczęłam szukać nowego – no i nie znalazłam.

W międzyczasie sama wkręciłam się w „bullet journalling” – nie mogłam znaleźć odpowiedniego kalendarza dla siebie, więc zaczęłam rozrysowywać sobie go w zeszycie w kropki. Najpierw byłam bardzo sceptyczna, bo do swoich kalendarzy byłam bardzo przywiązana, a jednocześnie na tyle leniwa, że koncepcja tworzenia stron do uzupełniania wydawała mi się totalnie nie do przeskoczenia. Ale wymyśliłam, jak to zrobić minimalnym nakładem pracy i stworzyłam sobie system, który satysfakcjonował mnie bardziej niż moje poprzednie kalendarze. Teraz mam w sumie dwa kropkowane zeszyty – jeden prywatny i jeden pracowy. Nie oszukujmy się – nie są ładne, tak jak ładne potrafią być te z instagrama. Ale są bardzo funkcjonalne ❤

Skoro więc nie mogę znaleźć odpowiedniego plannera dla Ewy – pomyślałam – trzeba do tego podejść jak do własnego kalendarza i zrobić „na piechotę”.

Miałam przez chwilę koncepcję, żeby stworzyć odpowiednie strony, wydrukować je i powpinać do segregatora, ale pomysł padł z dosyć prozaicznych powodów – nie mogłam znaleźć wystarczająco uroczego segregatora 🙂

Poszłam więc do mojego ulubionego sklepu, poczyniłam odpowiednie zakupy i w zeszłe wakacje zaczęłam prowadzić Ewie planner w zwykłym zeszycie (ale z uroczą okładką :))

Różnie u nas było z sumiennością, różne rzeczy zapisywałyśmy, ale w pewnym momencie zauważyłam, że Ewa bardzo często do tych swoich zeszytów (tego i poprzedniego) wraca.

Pisałam więc coraz więcej, uzupełniając to różnymi śmiesznymi obrazkami, naklejkami ze słodziaczkami (bo różnego rodzaju słodziaczki to coś, co Ewa lubi najbardziej), zdjęciami, śmiesznymi cytatami, które w danym momencie powtarzała Ewa.

I w pewnym momencie przypomniałam sobie coś, o czym na swoim wykładzie mówiła pewna terapeutka* – że prowadzenie różnych zapisków pozwala potem udowodnić dziecku, że coś, czego kiedyś się np. obawiało, nie było ostatecznie takie straszne. Ona opowiadała raczej o ocenianiu pewnych sytuacji przed i po ich wystąpieniu, ale może dziennik zadziała podobnie?

Szukając informacji o zaletach prowadzenia dziennika znalazłam artykuł w Huffington Post, który opisuje dziesięć benefitów z prowadzenia dziennika. Nie będę go tu w całości tłumaczyć, ale zalety ponoć są następujące (w artykule można znaleźć odnośniki do odpowiednich badań naukowych na ten temat):

  1. Zwiększanie IQ
  2. Ćwiczenie uważności
  3. Osiąganie celów
  4. Inteligencja emocjonalna
  5. Poprawianie pamięci i rozumowania
  6. Ćwiczenie samodyscypliny
  7. Rozwijanie komunikacji
  8. Uzdrawianie/kojenie – emocjonalne, fizyczne, psychologiczne
  9. Pobudzanie wyobraźni/kreatywności
  10. Wiara w siebie

Wybaczcie słabe tłumaczenie 🙂

W każdym razie – jeśli dziennik pomógłby Ewie w choć jednej z tych kwestii – byłoby super. I wprawdzie Ewa nie pisze go jeszcze sama, ale bardzo często go czyta. Liczę więc na to, że wraca do różnych zdarzeń, analizuje je, lepiej zapamiętuje i ma szansę na pewną autorefleksję. Zresztą, sama jestem świetnym przykładem na to, że prowadzenie dziennika/kalendarza/pamiętnika ma wiele różnych zalet 🙂

Z innych pomysłów racjonalizatorskich – zrobiłam Ewie analogowego „asystenta”, który pomaga jej w ćwiczeniach oddechu (przydających się w stresowych sytuacjach). Kiedyś słyszałam o aplikacjach na telefon, które pomagają ludziom się uspokajać – podpowiadają, jak należy oddychać i wyświetlają jakieś uspokajające animacje. Ewa nie nosi telefonu, więc tego typu aplikacje nie są dla niej. Ale wymyśliłam, jak „wyświetlić” animację bez animacji 😀 W ten sposób powstały „zwierzaczki-uspokajaczki”, które mają postać zalaminowanych ilustracji, które krok po kroku pokazują, jak się uspokoić. Czy działają w sytuacji stresowej – nie mam pojęcia 🙂 Ale znowu – jeśli oglądanie zdjęć uroczych wydr pobudzi organizm Ewy do wyprodukowania choć odrobiny dodatkowych endorfin – ma to dla mnie sens 🙂

*) Jessica Minahan, konferencja Fundacji Synapsis, 18 listopada 2018 r.


PS. Wrzuciłam posta, Mąż czyta i stwierdza, że powinnam wrzucić tutaj zdjęcia Zwierzaczków-Uspokajaczków do druku. No więc wrzucam (Mąż kazał, co zrobić ;)).

Instrukcja:

  1. Wydrukować w jakimś punkcie foto, np. w formacie 10×15 (w sumie trzy zdjęcia).
  2. Pociąć.
  3. Zalaminować.
  4. Znowu pociąć.
  5. Wydłubać w każdym dziurkę (np. w lewym górnym rogu) – można dziurkaczem, my (w sensie Dawid) zrobiliśmy wiertarką 😀
  6. Spiąć kółkiem do kluczy.
  7. Przyczepić gdzieś w dostępnym miejscu – Ewa ma to przyczepione do zamka przy plecaku.
  8. Uspokajać się! ❤
Bajgielka?

Bajgielka?

Wszyscy, którzy osobiście znają moją córkę, wiedzą, że jest bardzo wybiórcza jedzeniowo. Baaardzo. Rodzaje pieczywa, które akceptuje, można autentycznie policzyć na palcach jednej ręki. Je grzanki z masłem i solą. Je bagietki czosnkowe (najlepiej z Biedrony). W przedszkolu nauczyła się jeść rogale z makiem (i masłem). Z Babcią Olą dzielą sympatię do chleba z masłem i solą, a Ciocia Jola nauczyła ją jeść bułki maślane. I to tyle. Oprócz masła (i okazjonalnie soli) nie akceptuje żadnych dodatków.

Błagam, nie oceniajcie 🙂

A, zapomniałam – kiedyś próbowaliśmy ją przekonać do spróbowania chleba z nutellą. Zajęło nam to kilka ładnych lat (LAT!). Zjadła w sumie ze dwie kromki (w ogóle, w swoim życiu), więc ciężko powiedzieć, że to się liczy.

Zaopatrzeniem naszego gospodarstwa domowego w pieczywo zajmuje się mój Najdroższy Mąż, który wstaje bladym świtem (przed 7!!!) i idzie do piekarni, jeszcze zanim my wytoczymy się z łóżek.

W czasie długiego weekendu funkcjonowaliśmy na zapasach z piątku, ale we wtorek rano, zgodnie ze swoim zwyczajem, Dawid wyruszył na łowy. Jednak – jak to często po długim weekendzie – w piekarni mieli pewne braki w asortymencie.

— Nie było rogali. – powiedział Dawid, wróciwszy do domu – Dla Ewy mam bajgielka z makiem. Może zje.

Szanse oceniałam na bardzo niewielkie, no ale tak to już u nas wygląda – podejmowanie ciągłych prób z niewielkim prawdopodobieństwem sukcesu 🙂

Ale, jako że nasza córka raczej nie próbuje niczego ot tak sobie, to trzeba było zrobić odpowiednie wprowadzenie do tematu. Zaczęliśmy więc od odwołania do współczesnej literatury i kinematografii, które wywołałoby u Ewy pozytywne skojarzenia.

Szczęśliwie „bajgielek” pojawił się w Kapitanie Majtasie.

Kapitan Majtas, sezon 3, odcinek 9: „Kapitan Majtas i drastyczne diagnozy ducha dentystki”. Wiecie, skąd wiem, w którym odcinku pojawił się ów bajgielek? Zapytałam Ewę i dostałam precyzyjne wskazówki, łącznie z tytułami odcinków znajdujących się obok tego, którego szukałam. Gdyby zwracała na to uwagę, to podałaby mi również dokładny czas, w którym pojawia się bajgielek, ale skończyło się na tym, że tylko przesunęła mi ten odcinek do odpowiedniego miejsca 😀

Skoro już wzbudziliśmy jej zainteresowanie tematem, przyszedł moment na opis wyglądu i smaku.

— To taka trochę bułka, ale okrągła, z dziurką w środku – zaczął Dawid.

— No ale z makiem, więc jak rogal, ale taki, któremu zlepiły się oba końce – dodałam.

— No nie do końca – zamyślił się Dawid – bo ciasto jest jednak trochę bardziej słodkie. Coś jak bułka maślana, którą jesz w Gdańsku.

— Tak! – nagle zaświtał mi w głowie pomysł – Jakby bułka maślana miała dziecko z rogalem z makiem, to wyszedłby z tego właśnie taki bajgielek!

Ewa dumała nad tymi rodzinnymi koligacjami przez pół dnia, aż w którymś momencie zauważyłam, że zrobiony rano bajgielek magicznie zniknął z talerza. Zażarło!

Nauczeni doświadczeniem kontynuowaliśmy eksperyment. Dziś rano Dawid znowu zakupił dla Ewy bajgielka. Rogala zresztą też.

— To co wolisz – zapytał po przyjściu z piekarni – rogala czy bajgielka?

— I to i to. – mruknęła Ewa spod kołdry.

— No ale pytam, czy na śniadanie chcesz zjeść rogala czy bajgielka?

— Hmmm… – zamyśliła się Ewa. Chwila prawdy. Czy pojawi się nowy lider w zestawieniu? Czy pieczywo konsumowane przez Ewę trzeba już będzie liczyć na palcach AŻ dwóch rąk?

Wstrzymaliśmy z Dawidem oddechy.

— Chcę grzanki.

Zdeterminowany

Zdeterminowany

Przed chwilą wspomniałam Piotrkowi, że jutro idzie do przedszkola. Właśnie siedzi koło drzwi wejściowych i zakłada buty. „Do peczkola!” – twierdzi stanowczo. Jak myślicie – ubrać go i wypuścić, żeby już szedł? 🤔😉

Mem z google’a 😉
Niepokój II

Niepokój II

To jeden z tych wpisów, które musiały trochę poczekać na swoją kolej. Jest to w pewnym sensie ciąg dalszy historii, o której zaczęłam pisać w notce „Niepokój„. A w zasadzie posłowie do tamtej, bo przecież dotyczy tego, co stało się po diagnozie Piotrka.

Jakiś czas po diagnozie Piotrka zeskanowałam całą tę jego papierologię (dokumenty z Poradni, diagnozę od psychiatry itd.) i wysłałam do Żłobka. Taki był plan i tak umawiałam się z Paniami, mimo, iż formalnie dokumenty z Poradni do niczego w Żłobku nie były potrzebne (żłobki nie dostają wyższej dotacji na dzieci objęte orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego – te „profity” dostępne są dopiero w przedszkolach). Ale ja zawsze starałam się dosyć otwarcie rozmawiać z pedagogami o swoich dzieciach i szczegółach ich diagnoz. Jeśli już, to cierpiałam raczej na brak zainteresowania tymi informacjami z drugiej strony:) Ale za każdym razem, gdy Ewie (czy teraz Piotrkowi) zmieniał się wychowawca czy terapeuta, deklarowałam gotowość spotkania, opowiedzenia o dziecku, zreferowania jego przeszłości i odpowiedzenia na wszelkie pytania, łącznie z tymi najbardziej absurdalnymi (np. dotyczącymi przebiegu ciąży i porodu). Zakładałam, że czym wszyscy są lepiej poinformowani, tym moje dzieci i ich potrzeby są lepiej rozumiane. A na tym przede wszystkim mi zależało.

Krótko po moim mailu dostałam odpowiedź od Dyrektorki Żłobka, a w niej: „chciałabym chwilę porozmawiać”.

I wiecie, zmroziło mnie na chwilę. W ciągu ostatnich siedmiu lat czytałam na forach i grupach facebookowych niejedną historię z cyklu: „dziecko dostało diagnozę i żłobek/przedszkole chcą się go pozbyć”. Był listopad, dopiero co zaczęliśmy łapać równowagę po debiucie Ewy w nowej szkole i zamieszaniu z diagnozą Piotrka. A przynajmniej tak nam się wydawało. W każdym razie Żłobek był jedną z tych rzeczy, z którymi nigdy nie było problemu – Piotrek szedł tam w podskokach, Ciocie uwielbiał, mieliśmy blisko. I choć Piotrek teoretycznie mógłby już od września pójść do przedszkola, to przesunęliśmy to na przełom wiosny/lata, między innymi po to, żeby jesienno-zimową falę pandemii przeczekać w znajomym miejscu.

Przeraziła mnie ewentualna zmiana.

Ale zaraz potem pomyślałam sobie: „nieeee, niemożliwe”. Nie wyrzucą go. Będzie dobrze.

I żeby była jasność – w zasadzie nie miałabym nikomu za złe, gdybym na jakimś etapie usłyszała: „prosimy poszukać innego miejsca”. To oczywiście jest przykre, otrzymać taką informację, ale z drugiej strony potrafiłabym docenić szczerość przekazu. „Nie potrafimy pomóc, nie radzimy sobie z Pani dzieckiem” – ok, lepsze to, niż mydlenie rodzicowi oczu, że wszystko jest super. Wyciąganie kasy – od rodzica i z dotacji – i nie robienie z dzieckiem nic ponad upewnienie się, że nie zrobi krzywdy sobie i innym.

Nie miałam też za złe, kiedy na etapie szukania szkoły dla Ewy znalazłam w okolicy (rozumianej jako „trzy dzielnice Warszawy i jedna podwarszawska miejscowość, o ludności wynoszącej w sumie 400 tys. osób”) tylko trzy prywatne podstawówki, które w ogóle gotowe były porozmawiać o przyjęciu dziecka z orzeczeniem. Złościłam się trochę na system, na to, że w ogóle muszę o coś takiego pytać, na to, że obecność dzieci z niepełnosprawnościami nie jest czymś oczywistym. Ale na konkretną szkołę, która mi pisze, że nie przyjmuje dzieci z orzeczeniem? Nie. Może nie ma warunków, odpowiednio empatycznej kadry, może w ich mniemaniu dzieci w spektrum to jakieś cudaczne rarogi. Może nie współpracuje z psychologiem i logopedą, którzy mogliby poprowadzić wymaganą orzeczeniem terapię. Każdy z tych powodów wystarczy, żeby stwierdzić, że to nie jest miejsce, do którego chciałabym posłać swoje dziecko.

W każdym razie – mimo pozytywnego nastawienia, od momentu otrzymania maila ze Żłobka aż do spotkania czułam ciągły niepokój. Wierzyłam, że będzie dobrze, a mimo to starałam się przygotować na złe informacje.

Ale wiecie co usłyszałam?

Usłyszałam, że Ciocie bardzo Piotrka lubią. Że bardzo zależy im, żeby jak najlepiej mu pomóc i go wesprzeć. Ale nie mają zbyt dużego doświadczenia w opiece nad dziećmi w spektrum, więc chętnie spotkałyby się ze mną, żeby nauczyć się czegoś więcej o autyzmie i o tym, jak najlepiej Piotrkowi pomóc.

Spotkanie oczywiście zorganizowałam, zapraszając na nie również Psycholożkę Ewy i Piotrka. Wyobraźcie sobie, że te Ciocie poświęciły pół soboty, żeby czegoś się nauczyć – i zrobiły to przede wszystkim dla mojego syna.

I wprawdzie Piotrek niedługo potem odszedł ze żłobka, a Ciocie pewnie nie zdążyły przetestować na nim całej nowej wiedzy – wiem, że pewnie jeszcze kiedyś będą miały okazję. I jestem im ogromnie wdzięczna – i ogromnie wzruszona – że były wobec Piotrka tak ciepłe i pełne serca. Takich cioć (wychowawczyń, nauczycielek czy terapeutek) życzyłabym wszystkim dzieciom, nie tylko tych ze specjalnymi potrzebami. Takiej postawy i wsparcia ze strony placówki życzyłabym wszystkim rodzicom, którzy przechodzą przez proces diagnozowania swojego dziecka.

Kwiatki, które zaniósł Paniom Piotrek na pożegnanie 🙂

PS. Długo zastanawiałam się, czy podać tu nazwę naszego Żłobka. Nie lubię reklamować w swoich wpisach konkretnych miejsc czy produktów – za bardzo mi się to kojarzy z byciem „zawodowym” blogerem, który reklamuje, bo mu za to zapłacili;) Poza tym wiem, że akurat ten Żłobek reklamy nie potrzebuje – zawsze ma chętnych, a na miejsce trzeba u nich zazwyczaj czekać. Potem pomyślałam sobie jednak, że chciałabym, żeby inni w pełni zdawali sobie sprawę z tego, z jak fantastycznym miejscem mają do czynienia. Wrzucam więc nazwę i adres. I liczę na to, że ktoś kiedyś – googlając opinie o tym Żłobku – znajdzie ten wpis 🙂

Niepubliczny żłobek Kółko Graniaste, ul. Farysa 33, Warszawa

Porównania i stereotypy

Porównania i stereotypy

Podobno nie powinno się porównywać. Szczególnie własnych dzieci – z ich rodzeństwem, z kolegami z klasy, dziećmi znajomych czy z potomkami zupełnie anonimowych bytów z internetu 🙂

Ale ludzie są jednak tak skonstruowani, że ich myśli automatycznie biegną ku pewnym uogólnieniem i kategoryzacjom, a w rezultacie – stereotypom. Człowiek nabywa doświadczenia, po czym wnioskuje na jego podstawie. To w sumie w jakimś stopniu logiczne – tego uczymy dzieci. Uogólniać i kategoryzować. A najzabawniejsze jest to, że najpierw je tego uczymy, a później sami staramy się jednak tego nie robić.

Pamiętam, jak w liceum mieliśmy lekcje dotyczące indukcji matematycznej. Profesor dawał nam przykład pogody – jeśli dziś było 10 stopni i wczoraj było 10 stopni, to najsensowniejsza prognoza temperatury na jutro to znowu 10 stopni. I podobnie było z dowodami za pomocą indukcji matematycznej – jeśli udowodniło się coś dla n-tej obserwacji, to twierdzenie było tez prawdziwe dla kolejnej, n+1.

Zawsze uważałam indukcję za dosyć prymitywną metodę, taką tylko odrobinę bardziej zgrabną od stwierdzenia, że „na chłopski rozum, to…”. Ale z drugiej strony było w tej prostocie coś pięknego.

Jak urodził się Piotrek, to staraliśmy się nie zakładać, że będzie taki jak Ewa. Liczyliśmy na to, że będzie łatwiej – we wszystkich tych sferach, w których Ewa miała trudności. I przez pewien czas faktycznie Piotrek był inny. Robił wiele rzeczy, których Ewa nie robiła. Albo przeciwnie – nie robił czegoś, co u niej było normą.

Później on tez dostał diagnozę. I chociaż wiem, że autyści różnią się miedzy sobą nie mniej niż osoby neurotypowe, to jednak mój mózg znów chciał pójść na skróty i wręcz oczekiwał, że wszystkie te cechy i trudności, które stanowią clou naszych dyskusji z terapeutami w przypadku Ewy, zaczną powielać się u Piotrka.

Mój Mąż, statystyk z wykształcenia (a w zasadzie ekonometryk, ale kto by tam rozróżniał 😉 ), pewnie myśli sobie teraz: „Na podstawie jednej obserwacji chciała wysnuć jakieś wnioski, naiwna!” 🙂 No i ma rację. A jego syn to udowadnia...

Bo Piotrek postanowił pozostać zupełnie inny niż jego siostra – pomimo (mniej więcej) takiej samej diagnozy.

Oboje są wybiórczy jedzeniowo – ale każde je zupełnie co innego (Piotrek jadłby tylko mięso, Ewa mięsa już od bardzo dawna nie tyka; Piotrek nie znosi czekolady, Ewa czekoladę uwielbia). Oboje mają zupełnie inne preferencje sensoryczne (Ewa nie ma na przykład problemu z wodą i byciem polewaną; Piotrek jest ostrożny i najchętniej kąpałby się na stojąco;)). Ale chyba najbardziej fascynuje mnie różnica w ich rozwoju mowy. U obojga ta mowa była opóźniona – ale u każdego w inny sposób. Piotrek nie miał większych problemów z komunikacją (może dlatego tak długo zajęło nam zdiagnozowanie go, a ja ciągle tę diagnozę traktuję trochę… po macoszemu;)), ale ciągle mówi niewyraźnie, po swojemu, przekręcając wyrazy. Ewa nie komunikowała, więc nie mówiła – ale jak już zrozumiała sens komunikacji, to praktycznie od razu mówiła poprawnie. Będąc w wieku Piotrka mówiła już o wiele lepiej niż on obecnie – chociaż to z nim często łatwiej mi się porozumieć.

Reasumując: dzieci są różne. Autyści są różni. Nie ma lekko – z kolejnym trzeba zacząć od początku 🙂

Jest taka seria książek dla dzieci – „Rok w…”. Mamy – kupione jeszcze dla Ewy – „Rok w przedszkolu” i „Rok w lesie”. A ostatnio (na Gwiazdkę 🙂 ) Piotrek dostał „Rok na placu budowy” (koparki, wiadomo).

No i siedzimy sobie kiedyś z Piotrem na kanapie i „czytamy” jedną z nich. Piotrek wytrwale powtarza po mnie poszczególne słowa.

Obok nas przemyka Ewa. Zatrzymuje się, zerka, po czym komentuje:

– O! Piotrek czyta „Rok w ekosystemach!”

Tak więc jeśli Wydawnictwo Nasza Księgarnia będzie kiedyś poszukiwać trafnej nazwy dla tej serii, to Ewa służy pomocą 😉

Rodzeństwo

Rodzeństwo

Obserwuję ich relację od trzech lat i ciągle dziwię się, jak drogą powolnej ewolucji można w tak krótkim czasie przejść przez zupełnie różne stany.

Na początku byłam z siebie zadowolona – praca włożona w przygotowanie Ewy na pojawienie się brata wydawała się przynosić efekty. Ewa zupełnie nie była zazdrosna, hałas znosiła z cierpliwością i wyrozumiałością. Początkowo okazywała delikatne zainteresowanie, szybko jednak zorientowała się, że brat póki co jest jednak mało interaktywny. Niemniej jednak wiedziała, że Piotrek stał się częścią naszego „stada” – był dla niej istotny jako część całości, chociaż nie starała się nawiązywać z nim bezpośredniej relacji. Po prostu BYŁ.

Później Piotrek zaczął się przemieszczać i na własną rękę poszukiwać kontaktów z siostrą. Wpatrywał się w nią jak w obrazek, pełzał w jej kierunku, później coraz szybciej gonił, najpierw na czworakach, potem na dwóch nogach. A ona, o ile tolerowała jego obecność i dotyk, kiedy niewiele się ruszał, o tyle irytowało ją, kiedy zaczął gwałtownie wkraczać w jej przestrzeń. Unikała go. On siadał koło niej na kanapie – ona przesiadała się na fotel. On szedł na fotel – ona okrążała pokój i wracała na kanapę. On zaczynał chodzić za nią krok w krok, czasem nawet naśladować – ona reagowała coraz bardziej nerwowo.

Nie próbowaliśmy jej zmuszać do wspólnej zabawy czy do kontaktów z Piotrkiem. Rozumieliśmy, że potrzebuje pobawić się sama, pobiegać po mieszkaniu zatopiona w swoich własnych myślach, bez udziału młodszego brata. Pozwalaliśmy jej więc odizolować się w naszej sypialni i zajmowaliśmy czymś Piotrka, żeby nie przeszkadzał w tak potrzebnych jej chwilach samotności.

Z biegiem czasu Piotrek nauczył się, że Ewy lepiej nie zaczepiać, że Ewa i tak ucieknie i gdzieś się schowa. To ona stała się wtedy mało interaktywna dla niego. A jednocześnie można było dostrzec, że Ewa była ciagle ważną częścią jego życia.

Funkcjonowali więc obok siebie, praktycznie nie wchodząc sobie w drogę. Dwójka jedynaków, mająca wspólnych rodziców i mieszkająca pod jednym dachem, a od pewnego momentu nawet w jednym pokoju. Potrafili większość dnia spędzić w jednym pomieszczeniu i tak funkcjonować, żeby ani razu się nie zetknąć. I jakby tak się nad tym zastanowić, to jednak nie da się osiągnąć takiego stanu kompletnie nie zauważając drugiej osoby. Oni zdawali sobie sprawę ze swojej obecności, ale starannie się unikali. A może po prostu szanowali nawzajem swoje granice?

W pewnym momencie zaczęliśmy się tym martwić. Pilnowanie, żeby Piotrek nie wkraczał na terytorium Ewy zaszło jakby za daleko. A przecież nie po to chcieliśmy mieć dwójkę dzieci, żeby każde z nich funkcjonowało zupełnie odrębnie. Oprócz rodziców mieli mieć przecież też siebie nawzajem.

Staraliśmy się wciągać ich we wspólne zabawy, co było o tyle trudne, że naprawdę niewiele jest aktywności atrakcyjnych zarówno dla ledwo mówiącego trzylatka, jak i siedzącej ciągle w książkach, wygadanej prawie-ośmiolatki. Dla dwójki autystów, którym trudno jest wyjść poza własną strefę komfortu i zrobić krok w stronę drugiej osoby. Nie po to, żeby osiągnąć coś dla siebie, ale dla nawiązania samej relacji.

Powoli jednak coś zaczęło się zmieniać. Piotrek przestał być tak namolny i nieobliczalny, więc jeśli usiadł koło Ewy – na przykład podczas oglądania bajki czy czytania książek – to tak już razem siedzieli. Coraz więcej też rozumiał, więc stopniowo wciągaliśmy go w drobne kontakty z siostrą (nauczyliśmy go na przykład, że jeśli dostaje dwa ciastka, to powinien zanieść jedno Ewie).

Jeśli w tym czasie coś zmieniło się w Ewie, to wynikało pewnie z trudnego okresu, który się dla niej zaczął. Nowa szkoła i związany z tym stres, który sprawił, że bała się spać sama. Przez większość tygodnia spała więc z nami, a w te dni, w które miała spać w swoim pokoju (bo nie chcieliśmy tworzyć zupełnego precedensu), wybierała spanie w jednym łóżku z bratem. Do tego ciągłe kwarantanny i lockdowny – które wprawdzie nie dotknęły jej aż tak bardzo, gdyż przecież jest w zerówce, ale jednak spowodowały istotny deficyt kontaktów międzyludzkich.

A może zaczęła dorastać?

W każdym razie to ona zaczęła tym razem dostrzegać Piotrka i szukać z nim kontaktów. Przytulać go. Stykać się z nim stopami, kiedy wspólnie siedzieli na kanapie. Rozśmieszać go albo próbować o coś go spytać. Proponować mu jedną z dwóch ostatnich cynamonek.

Ciągle jeszcze widać, że Piotrek nie jest do tych kontaktów przyzwyczajony. Nie umieją jeszcze ze sobą rozmawiać – Ewa jest przyzwyczajona do rzucania pytań w eter, bez upewnienia się, czy ktoś aby na pewno ją słucha, a Piotrek nie zawsze jest w stanie wyłapać taki komunikat. Ale ćwiczą.

A ja cieszę się, że wreszcie coś ruszyło i wiem, że będzie dobrze ❤

Wkurzające?

Wkurzające?

Kojarzycie tę scenę z „Jak ukraść księżyc”, w której Gru mówi dziewczynkom, że mają nie wydawać żadnych wkurzających dźwięków, na co Agnes pyta: „A czy ten jest wkurzający?” i klepiąc się po policzkach zaczyna imitować dziwny dźwięk (przypominający trochę kląskanie językiem)?

Myślę, że naszą rodzinę dobrze charakteryzuje fakt, że w tym momencie wszyscy klepiemy się po policzkach 😀