Potrzeba matką wynalazku

Potrzeba matką wynalazku

Pomysłów racjonalizatorskich matki – ciąg dalszy:)

Pierwszy kalendarz – taki książkowy – Ewa dostała, jak zaczęła chodzić do Blue Bees. Potrzebowałyśmy czegoś, co będzie „odmierzało” jej czas do kolejnych weekendów/świąt/wakacji/urodzin. Później kalendarz załatwił też kwestię korespondencji z wychowawcami – oni wpisywali tam to, co działo się w przedszkolu, ja uzupełniałam to, co wydarzyło się w domu.

Kalendarz był na rok szkolny, więc skończył się w czerwcu. Zresztą, jak Ewa zaczęła naukę zdalną, to trochę o nim zapomnieliśmy. Ale w czasie wakacji zaczęłam szukać nowego – no i nie znalazłam.

W międzyczasie sama wkręciłam się w „bullet journalling” – nie mogłam znaleźć odpowiedniego kalendarza dla siebie, więc zaczęłam rozrysowywać sobie go w zeszycie w kropki. Najpierw byłam bardzo sceptyczna, bo do swoich kalendarzy byłam bardzo przywiązana, a jednocześnie na tyle leniwa, że koncepcja tworzenia stron do uzupełniania wydawała mi się totalnie nie do przeskoczenia. Ale wymyśliłam, jak to zrobić minimalnym nakładem pracy i stworzyłam sobie system, który satysfakcjonował mnie bardziej niż moje poprzednie kalendarze. Teraz mam w sumie dwa kropkowane zeszyty – jeden prywatny i jeden pracowy. Nie oszukujmy się – nie są ładne, tak jak ładne potrafią być te z instagrama. Ale są bardzo funkcjonalne ❤

Skoro więc nie mogę znaleźć odpowiedniego plannera dla Ewy – pomyślałam – trzeba do tego podejść jak do własnego kalendarza i zrobić „na piechotę”.

Miałam przez chwilę koncepcję, żeby stworzyć odpowiednie strony, wydrukować je i powpinać do segregatora, ale pomysł padł z dosyć prozaicznych powodów – nie mogłam znaleźć wystarczająco uroczego segregatora 🙂

Poszłam więc do mojego ulubionego sklepu, poczyniłam odpowiednie zakupy i w zeszłe wakacje zaczęłam prowadzić Ewie planner w zwykłym zeszycie (ale z uroczą okładką :))

Różnie u nas było z sumiennością, różne rzeczy zapisywałyśmy, ale w pewnym momencie zauważyłam, że Ewa bardzo często do tych swoich zeszytów (tego i poprzedniego) wraca.

Pisałam więc coraz więcej, uzupełniając to różnymi śmiesznymi obrazkami, naklejkami ze słodziaczkami (bo różnego rodzaju słodziaczki to coś, co Ewa lubi najbardziej), zdjęciami, śmiesznymi cytatami, które w danym momencie powtarzała Ewa.

I w pewnym momencie przypomniałam sobie coś, o czym na swoim wykładzie mówiła pewna terapeutka* – że prowadzenie różnych zapisków pozwala potem udowodnić dziecku, że coś, czego kiedyś się np. obawiało, nie było ostatecznie takie straszne. Ona opowiadała raczej o ocenianiu pewnych sytuacji przed i po ich wystąpieniu, ale może dziennik zadziała podobnie?

Szukając informacji o zaletach prowadzenia dziennika znalazłam artykuł w Huffington Post, który opisuje dziesięć benefitów z prowadzenia dziennika. Nie będę go tu w całości tłumaczyć, ale zalety ponoć są następujące (w artykule można znaleźć odnośniki do odpowiednich badań naukowych na ten temat):

  1. Zwiększanie IQ
  2. Ćwiczenie uważności
  3. Osiąganie celów
  4. Inteligencja emocjonalna
  5. Poprawianie pamięci i rozumowania
  6. Ćwiczenie samodyscypliny
  7. Rozwijanie komunikacji
  8. Uzdrawianie/kojenie – emocjonalne, fizyczne, psychologiczne
  9. Pobudzanie wyobraźni/kreatywności
  10. Wiara w siebie

Wybaczcie słabe tłumaczenie 🙂

W każdym razie – jeśli dziennik pomógłby Ewie w choć jednej z tych kwestii – byłoby super. I wprawdzie Ewa nie pisze go jeszcze sama, ale bardzo często go czyta. Liczę więc na to, że wraca do różnych zdarzeń, analizuje je, lepiej zapamiętuje i ma szansę na pewną autorefleksję. Zresztą, sama jestem świetnym przykładem na to, że prowadzenie dziennika/kalendarza/pamiętnika ma wiele różnych zalet 🙂

Z innych pomysłów racjonalizatorskich – zrobiłam Ewie analogowego „asystenta”, który pomaga jej w ćwiczeniach oddechu (przydających się w stresowych sytuacjach). Kiedyś słyszałam o aplikacjach na telefon, które pomagają ludziom się uspokajać – podpowiadają, jak należy oddychać i wyświetlają jakieś uspokajające animacje. Ewa nie nosi telefonu, więc tego typu aplikacje nie są dla niej. Ale wymyśliłam, jak „wyświetlić” animację bez animacji 😀 W ten sposób powstały „zwierzaczki-uspokajaczki”, które mają postać zalaminowanych ilustracji, które krok po kroku pokazują, jak się uspokoić. Czy działają w sytuacji stresowej – nie mam pojęcia 🙂 Ale znowu – jeśli oglądanie zdjęć uroczych wydr pobudzi organizm Ewy do wyprodukowania choć odrobiny dodatkowych endorfin – ma to dla mnie sens 🙂

*) Jessica Minahan, konferencja Fundacji Synapsis, 18 listopada 2018 r.


PS. Wrzuciłam posta, Mąż czyta i stwierdza, że powinnam wrzucić tutaj zdjęcia Zwierzaczków-Uspokajaczków do druku. No więc wrzucam (Mąż kazał, co zrobić ;)).

Instrukcja:

  1. Wydrukować w jakimś punkcie foto, np. w formacie 10×15 (w sumie trzy zdjęcia).
  2. Pociąć.
  3. Zalaminować.
  4. Znowu pociąć.
  5. Wydłubać w każdym dziurkę (np. w lewym górnym rogu) – można dziurkaczem, my (w sensie Dawid) zrobiliśmy wiertarką 😀
  6. Spiąć kółkiem do kluczy.
  7. Przyczepić gdzieś w dostępnym miejscu – Ewa ma to przyczepione do zamka przy plecaku.
  8. Uspokajać się! ❤
Musi być dobrze

Musi być dobrze

Zeszłotygodniowe spotkanie zespołu terapeutycznego w przedszkolu dało mi dużo do myślenia. Panie zazwyczaj Ewę chwaliły – że trzeba jeszcze popracować, ale że robi postępy i w ogóle jest super. Tym razem ton spotkania był nieco inny – że jest uparta, że lubi postawić na swoim, że motoryka mała leży ze względu na słabe ręce (do czego doszłam już kilka miesięcy temu przy okazji dywagacji na temat lateralizacji), że nie daje się zmotywować i ma problem z kończeniem zadań. I że panie nie wiedzą, jak sobie da radę w normalnej szkole, no chyba, że w demokratycznej albo w edukacji domowej.

O nie, co to to nie.

Najciekawsze jest to, że wszystko co terapeutki mi mówią – ja doskonale wiem. Tyle, że nie mam za bardzo porównania z innymi dziećmi i nie wiem, czy np. jej rysunki na tym etapie świadczą o jakimś dramacie, czy może to ciągle jest w normie? Jak mi ktoś tego nie powie, to ciężko mi to stwierdzić. W szkole podstawowej są jakieś oceny, choćby opisowe, więc ma się jakieś porównanie. W przedszkolu ocen nie ma, więc ja raz na jakiś czas dopytuję albo ktoś mi na coś zwraca uwagę. Raz na rok robimy PEP-R i to jest przynajmniej dla mnie jakiś punkt odniesienia.

W każdym razie – doszliśmy do wniosku, że skoro Panie tym razem stwierdziły, że problem jest, to trzeba problem zniwelować. Bo edukacja domowa to nie jest coś, co wchodzi w grę, nie ma mowy (mam nadzieję, że nie będę musiała za kilka lat tego odszczekiwać :)).

Przeanalizowałam poszczególne kwestie i powstała lista czynności, które powinniśmy zintensyfikować, żeby poprawić poszczególne obszary:

Ogólna sprawność rąk, obręczy barkowej

 – zaproponowane przez Panią od SI „taczki”. Oczywiście w naszym wydaniu ćwiczenie jest ubrane w odpowiednią fabułę (póki co: „proces wyrabiania bułek” :))

 – pływanie. Dużo pływania.

 – wspinaczka: kiedyś już próbowaliśmy, teraz najwyraźniej będziemy robić to częściej. Na szczęście ścian wspinaczkowych jest w okolicy minimum kilka, do wyboru – do koloru:)

IMAG0904

 – malowanie na sztalugach: na szczęście po depresyjnym okresie „czarnym” (obrazy były czarne nawet wtedy, kiedy celowo nie dawałam jej czarnej farby – po prostu mieszała sobie pozostałe) przyszedł moment, kiedy jej malunki są bardziej zróżnicowane kolorystycznie. Ale ciągle maluje to samo…

Motoryka mała, grafomotoryka

 – koraliki do prasowania: mamy duży zestaw Pyssla z Ikei, ale jakiś czas temu udało mi się kupić takie malutkie zestawy w Flying Tiger (mała przezroczysta płytka, szablon oraz koraliki do ułożenia tego szablonu). Szablony przedstawiały ulubione zwierzaczki Ewy, no i były na tyle małe, że dało się je ułożyć w miarę szybko (jak na pięciolatkę). Oprócz układania wzorów – segregujemy koraliki kolorami, również z wykorzystaniem plastikowej pęsety (nazywanej przez Ewę „szczypadełkiem” ;)).

 – nawlekanie koralików: jak Ewa zaczynała terapię, to nawlekała duże drewniane elementy (w celu ich pozyskania rozkręciliśmy zabawkę z Ikei) na kawałki drutu. Później koraliki były coraz mniejsze. Teraz nawlekamy małe koraliki (ale jednak większe niż te do prasowania) na sznurowadło lub mulinę (z pomocą igły).

 – wyszywanie: szyciem Ewa zainteresowała się już jakiś czas temu, przy okazji przygotowywania kolejnych przebrań karnawałowych. Czasami dawaliśmy jej coś do zszycia i nawet jej to szło. W ten weekend postanowiłam cały proces nieco ułatwić i zakupiliśmy tamborek, kanwę, specjalne igły i kilka motków muliny. Aktualnie Ewa pracuje nad podobizną Gluciorka z Hotelu Transylwania 🙂

blobby

Ewa planuje również naukę robienia na drutach, ale to już nie z nami:)

 – koleżanka podpowiedziała mi również robienie pomponów z włóczki – jeszcze nie próbowaliśmy, ale to też może Ewę zainteresować. Szczególnie, że raz na jakiś czas ma fazę na zawijanie (i zawija Pieńka w tasiemkę*).

 – pisanie i rysowanie: już jakiś czas temu kupiłam Ewie zestaw zeszytów: „Lewa ręka rysuje i pisze” – ale nie mam za wielu sukcesów w motywowaniu jej do pracy w tym zakresie. Może z czasem pójdzie nam lepiej. Oprócz tego kupiłam trochę przyborów dla leworęcznych: ołówek mechaniczny, nakładki na kredki, nożyczki.

304x420_product_media_1-1000_lewa_reka_rysuje_i_pisze_II_1

– kolorowanki: kolorować Ewa nie lubi, ale P. Agnieszka podpowiedziała nam kolorowankę, która BYĆ MOŻE zainteresuje Ewę. Książkę zamówiłam, dziś ją odebraliśmy…

ludzkie-cialo-atlas-do-kolorowania-w-iext50276729

…i sukces jest połowiczny. Książka faktycznie ją zainteresowała, ale skończyło się na przeglądaniu. Kolorowanie póki co nie zostało rozpoczęte.

 – pianino: wczoraj wpadłam na pomysł, żeby spróbować z Ewą gry na pianinie. Może to ją zainteresuje, a oprócz tego wzmocni palce i dłonie. Ale potem zaczęłam się nad tym zastanawiać i trochę utknęłam: jak pracować przede wszystkim nad lewą ręką, skoro linię melodyczną gra się ręką prawą? Tak czy siak – spróbujemy.

 – DotOn: Wujek Filip przywiózł to Ewie z wyjazdu do Danii. Duży arkusz czarnego kartonu z narysowanymi okrągłymi polami, zestaw okrągłych naklejek i szablon do odwzorowania. No i robimy to po kawałeczku. Każdą naklejkę trzeba odkleić, przenieść w odpowiednie miejsce, przykleić, a potem zaznaczyć na szablonie, co już zostało poprzyklejane. Dużo pracy! Nie wiem, czy Wujek miał świadomość, że dzięki jemu prezentowi będziemy ćwiczyć nie tylko małą motorykę, ale jeszcze koordynację wzrokowo-ruchową i odwzorowywanie zadanych sekwencji kolorystycznych? 🙂

dot2

 

Trudno sklasyfikować 😉

 – Niby ćwiczymy w ten sposób motorykę dużą, ale też powtarzanie rytmu czy melodii. Jak? Puszczając piosenki Queen 🙂 Przy „We will rock you” tupiemy i klaszczemy, a przy „Ay-Oh” powtarzamy wokalizacje Freddiego. Nie jest łatwo:) Przy okazji: czy słyszeliście, że lekcje gry na perkusji poprawiają funkcjonowanie autystów w zakresie nie tylko koordynacji ruchowej, ale też komunikacji czy koncentracji? 

 – puzzle! To u nas znowu hit:) Teraz na topie są takie do 100 elementów, ale pod warunkiem, że obrazek jest zróżnicowany. Kupiliśmy kilka nowych kompletów i aktualnie ulubionym jest ten z mapą świata:633eeccf4bea8dfff8e6f7a450b6

 

Kończenie zadań

 – staramy się pilnować Ewę, żeby kończyła to, co zaczyna. Nie zawsze nam wychodzi…

 – mam jeszcze pomysł na pewien projekt, ale muszę najpierw przekonać do niego Ewę. Dam znać, jak nam coś z tego wyjdzie:)

 

Reasumując: będzie dobrze. Musi być dobrze:)

 

*) Pieniek to taka figurka, którą przywieźli Ciocia Agata i Wujek Filip z Barcelony – dwa lata temu na Święta Bożego Narodzenia. My nazywamy ją „Pieniek”, ale w Katalonii mówią na to Caga Tió. Ewa ma zwyczaj zawijania Pieńka w taką kolorową papierową tasiemkę. „Bandażuje go”. Aktualnie Pieniek wygląda więc tak:

IMG_0580

Plany duże i małe

Plany duże i małe

Dzieci z autyzmem (a właściwie nie tylko dzieci) czują się bezpiecznie w przewidywalnych warunkach. Zresztą, ” powtarzające się i stereotypowe wzorce zachowania, zainteresowań i aktywności” są jednym z kryteriów diagnostycznych autyzmu, więc w zasadzie zawierają się w jego definicji. Przy czym ten wymagany poziom „przewidywalności” może być różny w zależności od dziecka czy sytuacji, w której dziecko się znajduje.

Ewa zawsze wydawała mi się pod tym względem dosyć elastyczna – przynajmniej jak porównywałam ją z innymi dziećmi ze spektrum, które musiały cały dzień mieć rozpisany w najdrobniejszych szczegółach, a każda zmiana wywoływała atak histerii (czy wiecie jakim problemem w takiej sytuacji może być np. zmiana czasu albo objazd na trasie autobusu, którym dojeżdża się do przedszkola/szkoły?). Niemniej jednak bywały takie okresy w życiu Ewy, kiedy staraliśmy się wprowadzać różnego rodzaju plany i rozpiski.

Pierwszy plan pojawił się, kiedy Ewa miała mniej więcej dwa i pół roku (październik 2015 r.). Nie chodziła wtedy jeszcze do przedszkola, ale miała Nianię. Rano zawoziłam ją na terapię, tam „wymieniałam się” z Nianią, wracałam po południu. No i jesienią tamtego roku Ewa miała gorszy okres. Częściowo było to pewnie spowodowane pogodą – jesień i zima są chyba dla niej bardziej przytłaczające (zresztą, dla kogo nie?). Częściowo – tym, że zaczęliśmy wtedy jeździć na konsultacje do Synapsis, co wiązało się z moim pojawieniem się w ciągu dnia, zabraniem Ewy i Niani do samochodu, zawiezieniem do Synapsis, powrotem do domu i ponownym wyjściem do pracy. Taka zmiana w harmonogramie, który był wcześniej ustalony (pojawia się Niania -> rodziców nie ma -> rodzice wracają -> Niania wychodzi) kompletnie rozwalała jej dzień. I o ile wcześniej nie było problemów z pożegnaniami rano, o tyle wtedy – pojawiły się histerie, płacze, próby zatrzymywania. Najgorzej było zaraz po konsultacji w Synapsis – tego samego dnia i następnego. W pewnym momencie postanowiliśmy wprowadzić jej taki prosty plan, który pokaże jej, co którego dnia się dzieje (a nie wszystkie dni były takie same – czasami oprócz terapii miała do południa też klubik dla dzieci). Wykonanie – obrazki z PECS z rzepem przyklejone na lodówce:)

ibHb3WxG9Zr7K6aeGB

Nie mogę powiedzieć, że to całkowicie wyeliminowało problem rozstań po wizytach w Synapsis, ale znacząco poprawiło sytuację. Kilka miesięcy później konsultacje się zakończyły, zaczęła zbliżać się wiosna – więc aktualizowanie planu również przestało nam być potrzebne:)


Mniej więcej rok później rozpoczął się opisywany już tu przeze mnie „Kryzys rajstopowy”. Wtedy Ewa chodziła już do przedszkola. No ale znowu jesień, ciemno, ponuro, wiadomo. Nie będę opisywać znowu całej historii (kto ma ochotę – niech poczyta), w każdym razie plany obejmowały tylko to, co Ewa danego dnia MUSI zrobić, i wyglądały tak:

Kryzys rajstopowy

W zasadzie można powiedzieć, że to jest bardziej „lista zadań”, niemniej jednak to również pomagało Ewie ogarnąć rzeczywistość.


W lutym 2017 r. przygotowałam kolejny plan – tym razem chciałam przygotować Ewę na potencjalnie trudną sytuację, a mianowicie – na lot samolotem.

latanie

Plan był częścią zmasowanej akcji informacyjnej (książeczki, filmiki, zabawy tematyczne) i szczegółowo opisywał całą procedurę związaną z przyjazdem na lotnisko, przejściem przez bramki i samym lotem. Ewa dostała go jakiś czas przed wyjazdem i kilka razy dokładnie przestudiowała. Robiąc plan zakładałam, że będziemy poszczególne etapy podróży odhaczać w trakcie samej podróży – okazało się jednak, że Ewa tego zupełnie wtedy nie potrzebowała. Nie wiem, czy plan w ogóle nie byłby potrzebny, czy może była tak dobrze przygotowana, że niczego się nie bała? (tutaj opis naszej wyprawy oraz plik z planem do ściągnięcia – gdyby ktoś potrzebował)


Czwarty plan był już zupełnie „wirtualny”. Ewa opanowała mówienie (i rozumienie mowy) na tyle dobrze, że mogliśmy sobie na takie szaleństwa pozwolić:) Plan był krótki, ale też najbardziej długoterminowy ze wszystkich dotychczasowych planów. Brzmiał mniej więcej: „późną jesienią i zimą Ewa pójdzie z Tatą na Disney on Ice (już byli), obejrzy w kinie nowy film z Olafem, będą Święta i pojawi się Bobas”. Planować zaczęliśmy chyba jeszcze przed wakacjami, więc sporo czasu upłynęło, zanim zaczęliśmy realizować poszczególne punkty. Na chwilę obecną – połowa planu już została wykonana:)


Ostatni z planów wywołał jednak u nas potrzebę wprowadzenia pewnej systematyki do planów bardziej krótkoterminowych. O ile bowiem byliśmy w stanie jakoś wytłumaczyć pojęcie „zimy” (bo tutaj kryteria są dla dziecka dosyć oczywiste – jak zrobi się zimno i spadnie śnieg, to będzie zima), to już na przykład „za tydzień” stanowiło pewien problem (Ewa nie orientowała się zbyt dobrze w dniach tygodnia, ciągle też ma problemy z liczeniem). Oprócz tego – znowu przyszła jesień, więc znowu pojawiło się ryzyko gorszego samopoczucia. Mieliśmy jednak świadomość, że różnego rodzaju aktywności motywują Ewę do wstania rano z łóżka i wybrania się do przedszkola. Przypominaliśmy jej więc, że danego dnia jest zumba, rytmika, czy zajęcia SI. Nasze przedszkole na początku każdego miesiąca przesyła też listę imprez/atrakcji, które mają się w danym miesiącu odbyć – i to też było przez nas skrupulatnie wykorzystywane. Ewa nauczyła się dzięki temu czekać na różne ekscytujące wydarzenia – jakiś teatrzyk, koncert czy też bal przebierańców. Żeby jednak mogła zorientować się w tych wszystkich planach, zrobiłam jej tygodniowy rozkład zajęć. Wygląda to tak:

Jest to tablica magnetyczna, po której można pisać kredą. Z papierowej taśmy zrobiłam „ramki” na dni tygodnia. Oprócz tego – znaczki z folii magnetycznej (wydrukowałam je na papierze i nakleiłam na folię), więc można to dowolnie przestawiać. Są tam znaczki odnoszące się do stałych zajęć (z których większość jest realizowana w przedszkolu), jest też trochę znaczków o nieco bardziej ogólnym znaczeniu – typu „kino”.

Gorsze okresy upływają nam zatem na przypominaniu Ewie, co ciekawego ma się w najbliższym czasie wydarzyć. Na odliczaniu dni do weekendu i wspólnym planowaniu weekendowych zajęć (ostatnio Ewa wymyśliła na przykład wyjście do „sali zabaw z pistoletami na piłeczki” :)).

Nie każdy plan jest jednak idealny. Czasami coś jest określone zbyt ogólnie lub zbyt szczegółowo – a że nasza córka jest dosyć pamiętliwa, to takie rzeczy zawsze zauważy i zwróci na nie uwagę. Na przykład – dziś zaczął padać śnieg…

…a Bobasa ciągle nie ma 😉

Uniwersalna rada

Uniwersalna rada

Zauważyłam, że na bloga trafiają często osoby, które szukają informacji o pierwszych symptomach autyzmu u bardzo małych dzieci. Pewnie dlatego, że Ewa była takim wcześnie zdiagnozowanym dzieckiem, a ja – mniej lub bardziej dokładnie – tamten okres tutaj opisywałam. Czasami ktoś zdecyduje się napisać do mnie maila, wypytać o jakieś konkretne objawy czy sytuacje, poprosić o radę – staram się wtedy jakoś pomóc, podpowiedzieć – gdzie pójść, jaką pomoc zorganizować, na czym się w pierwszej kolejności skupić.

Moje rady najczęściej oscylują wokół samego dziecka – co jest dosyć zrozumiałe, bo to o sytuację związaną z dzieckiem jestem pytana. Przy czym staram się opowiadać, co my zrobiliśmy w podobnej sytuacji albo jak to było u nas – bo z drugiej strony, co ja mogę wiedzieć o innych dzieciach? Mogę być co najwyżej specjalistką od JEDNEGO dziecka z autyzmem, tylko tyle…

Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że często zapominam wspomnieć o jednej rzeczy, którą w zasadzie w ciemno mogłabym powiedzieć każdemu rodzicowi (piszę „rodzicowi”, ale jakoś to tak jest, że trafiają do mnie same mamy:)), który pyta o radę dotyczącą dziecka – w mailu czy gdzieś na forum. A w zasadzie każdej osobie, która styka się z jakimś problemem, nową, trudną sytuacją – niekoniecznie dotyczącą zaburzeń ze spektrum autyzmu.

Znajdź grupę wsparcia – grupę osób, które mają podobny problem co Ty.

Słysząc „grupa wsparcia” przed oczami zazwyczaj pojawia się nam grupka osób siedzących w kółeczku, jak na amerykańskich filmach, gdzie każdy po kolei opowiada swoją historię. No, tak też można:) Ale wiem – z własnego doświadczenia – że nie wszystkim taka forma odpowiada. Ja, introwertyczka, w ogóle bym do takiego miejsca nie podeszła.

Na szczęście mamy XXI wiek, a nowoczesne technologie pozwalają na gromadzenie się różnych osób, łącznie z introwertykami:) A także z tymi, którzy po prostu ze względów logistycznych nie mogą pojawić się fizycznie w określonym czasie i miejscu.

Mnie na początku naszej drogi bardzo pomogły fora internetowe oraz grupy na Facebooku. Wiele tematów udało mi się przepracować tylko dzięki czyjemuś wpisowi czy komentarzowi do mojego wpisu.

Co dały mi takie grupy wsparcia? Przede wszystkim – dostęp do ogromnej wiedzy. Co przydaje się szczególnie na początku drogi – w ciemno mogłam założyć, że większość uczestników takiej grupy wiedziało ode mnie więcej i było na wyższym poziomie zaawansowania jeśli chodzi o różnego rodzaju „autystyczne” problemy. Poza tym – słyszeliście może teorię o mądrości tłumu? Według tej teorii, „uśredniona” opinia dużej grupy ludzi potrafi być lepsza od opinii eksperta w danej dziedzinie. Podobnie jest w grupach dotyczących autyzmu, w których jestem członkiem. Jeśli w jednym miejscu „zrzeszonych” jest kilkaset czy kilka tysięcy osób, to można śmiało przyjąć, że znajdę tam odpowiedź na praktycznie wszystkie moje pytania.

Przykład: często pojawia się wątek odpieluchowania dziecka – co samo w sobie bywa trudne, a robi się jeszcze trudniejsze, kiedy w grę wchodzi np.  niemówiący i niekomunikujący autysta, który dodatkowo ma na tyle zaburzoną sensorykę, że nie czuje mokrej pieluchy. Jest spora szansa, że specjaliści, którzy pracują w danym momencie z tym dzieckiem, nigdy nie mieli styczności z takim przypadkiem. Albo – mieli, ale raptem z kilkoma. Albo – po prostu ich ten problem nigdy nie dotyczył (bo trening czystości to z reguły coś, co robi się jednak w domu:)). Ale wystarczy „wrzucić” pytanie o rady w tym zakresie w grupę – i nagle odzywa się kilkadziesiąt osób, z których każda daje konkretną radę popartą osobistym doświadczeniem.

I nawet, jeśli problem jest naprawdę bardzo rzadki (kiedyś np. na którejś z grup była dyskusja o tym, jak nauczyć komunikacji metodą PECS dziecko, które nie tylko miało autyzm, ale też było niewidome i głuchonieme – jak często coś takiego się zdarza??), to zawsze znajdzie się ktoś, kto coś poradzi, podpowie.

Po drugie – grupa daje wsparcie. Nie tylko merytoryczne – o tym pisałam wyżej – ale psychiczne. A to jest bardzo ważne w trudnej sytuacji. Czasami pojawiają się wpisy: „moje dziecko ma regres, nie wiem co zrobić, wyje non stop, ja nie daję już rady”. I odpowiedzi: „wiem jak to jest, przytulam”. Niby nic, ale jednak pomaga świadomość, że ktoś rozumie i wspiera – nawet, jeśli jest to czysto wirtualne. Z drugiej strony – nikt tak dobrze nie potrafi zrozumieć radości z pierwszego, wypracowanego po wielu godzinach terapii: „mamo, daj mi ciastko”, jak inny rodzic, który przeszedł ze swoim dzieckiem podobną drogę.

Rodzina, znajomi – też dają wsparcie. Czasami jest to nie do zastąpienia – bo polega na bezpośrednim zaangażowaniu. Ale osoba „z zewnątrz” nie jest w stanie idealnie wczuć się w sytuację osoby, która tkwi w środku. Każdy bazuje na swoich przeżyciach i swoich doświadczeniach, i to przez ich pryzmat ocenia sytuację drugiej osoby. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”. Dlatego też osoby o podobnym do naszego doświadczeniu, z podobnym problemem mają dla nas większy autorytet w danej kwestii. Rady koleżanek, które mają zdrowe dzieci, nawet jeśli są obiektywnie dobre – mogą wywoływać w nas reakcję „a co ty możesz wiedzieć o moim dziecku”. Rady koleżanek, które mają dziecko z podobnym zaburzeniem – mają już zupełnie inny wydźwięk. Trudniej je zakwestionować. Trafiają głębiej i łatwiej się im podporządkować.

I wreszcie – czytanie cudzych historii pozwoliło mi oswoić się z wieloma kwestiami. Zmienić sposób patrzenia na naszą sytuację. Spojrzeć dalej w przyszłość. Terapeuci – nawet, jeśli ich się spyta o to wprost – starają się nic nie obiecywać. Skupiają się na „tu i teraz”, bez dywagowania o tym, co będzie za kilka, kilkanaście lat. Tymczasem to, co niewiadome – jest dla rodzica najbardziej przerażające.

Grupa wsparcia to przekrój osób w różnym wieku, z dziećmi w różnym wieku, na różnym etapie terapii, o różnym poziomie funkcjonowania. Czytanie opisów dzieci starszych niż moje – dało mi jakiś pogląd na to, jak może wyglądać przyszłość Ewy. Z jednej strony – dało mi nadzieję, że będzie bardzo dobrze. Że wszystko jest możliwe – łącznie z doktoratem, świetną pracą i udanym związkiem. Z drugiej strony – pokazało mi szereg problemów, które mogą pojawić się po drodze (typu depresja, brak akceptacji środowiska itd.). I jakkolwiek by to nie zabrzmiało – czytanie o cudzych problemach pomaga – bo pozwala w jakimś stopniu oswoić te wszystkie strachy i niewiadome. Problemy z odpieluchowaniem? Brak mowy? Wybiórczość pokarmowa? Ataki szału w sklepie? Depresja? Dla masy autystów to dzień powszedni. Ja to wiem – dzięki grupie. Niewiele może mnie zaskoczyć, a nawet, jeśli stanie się coś, na co się nie przygotowałam – to nie będę miała poczucia, że jestem z tym sama i jest to coś nie do przeskoczenia. Ktoś to wszystko już przeżył.

Oczywiście – są grupy i grupy. Takie, w których jest dużo doświadczonych ludzi o konkretnej wiedzy. I sekty, w których łatwo wkręcić się w „leczenie” dziecka naparami z ziółek. Na te drugie trzeba bardzo uważać.

W każdym jednak razie – warto szukać wsparcia, szczególnie na początku. To wcale nie oznacza bezsilności. Przeciwnie, oznacza, że masz siłę, aby wykonać pierwszy krok. A od tego wszystko się zaczyna, prawda? 🙂

U fryzjera

U fryzjera

Dla wielu dzieci wizyta u fryzjera jest dosyć trudna. W przypadku dzieci ze spektrum autyzmu – bywa często wręcz niemożliwa.

Ewa do fryzjera chodzi od dawna – i musi chodzić dosyć często, bo spinanie włosów nie wchodzi w grę. A kiedy włosy robią się za długie – zachodzą za kołnierz, łaskoczą – co kończy się podrapaną do krwi szyją. Tak więc od kilku już lat Ewa nosi krótką fryzurę z grzywką, „serwisowaną” w zakładzie fryzjerskim średnio raz na 2-3 miesiące.

Pierwszy raz grzywkę podcinałam jej sama – miała pewnie wtedy niespełna rok. I obiecałam sobie, że nigdy, przenigdy więcej tego nie zrobię – człowiek się spocił, jakby co najmniej robił dziecku operację na otwartym sercu, dziecko zestresowane i zaryczane do granic możliwości, a efekt półgodzinnych starań wyglądał tak, jakbym próbowała ją obciąć tępym sekatorem, a nie nożyczkami.

Następną wizytę odbiliśmy już u fryzjera dziecięcego – i tam Ewa całkowicie poddała się procedurze, jakby to było dla niej coś zupełnie normalnego. Przez jakiś rok-dwa nie było większych problemów – no, może minimalny stres, ale nic takiego, czego nie można by zniwelować tabletem z bajkami:)

Później przyszedł kryzys i wyraźna niechęć do wszelkich fryzjerskich zabiegów. Problem z tym, żeby usiąść na fotelu i pozwolić pani zbliżyć się z nożyczkami do włosów.

Zmieniliśmy fryzjerkę, myśląc, że ta niechęć skierowana jest do konkretnej osoby, a nie samej procedury. Średnio pomogło. Dwie wizyty minęły i zero sukcesów.

W przypływie desperacji zabrałam Ewę do swojej własnej fryzjerki. Pani Sylwia wiedziała o autyzmie, więc przygotowała sobie trochę więcej czasu i była otwarta na różne ustępstwa, jeśli chodzi o cały proces.

Na początku – oczywiście stres. Nowe miejsce, więc Ewa kombinowała, jakby tu się wykręcić. Zażyczyła sobie odwiedzić toaletę, później pić. Samo przekonywanie jej do zatrzymania się w jednym miejscu trwało dobre dziesięć minut, podczas których Pani Sylwia cierpliwie czekała, aż będziemy gotowe.

A tak na marginesie – nasze siedzenie na kanapie wcale nie było takim dużym odstępstwem od normy… zresztą, zobaczcie filmik:))

W dużym skrócie – włosy udało się ściąć. Odpuściłyśmy jednak siadanie na fotelu fryzjerskim i zakładanie peleryny – siedziałyśmy razem na kanapie w poczekalni, Ewa na moich kolanach. Całe byłyśmy we włosach – ale czego się nie robi dla dobra sprawy!

Teraz, po wielu kolejnych wizytach, doszłyśmy już do etapu, w którym Ewa od razu siada sama na fotel, daje się popsikać wodą/odżywką, wykonuje polecenia Pani Sylwii (typu: „a teraz spójrz do góry”). Nie płacze i nie ucieka.

Nasze rady dla opornych:

1. Spróbujcie dobrze się do wizyty przygotować: obejrzyjcie jakieś filmiki, na których fryzjer tnie/czesze komuś włosy. Można też skorzystać z książeczek (np. „Zuzia idzie do fryzjera” z serii Mądra Mysz)

i-zuzia-idzie-do-fryzjera-madra-mysz
2. Poćwiczcie całą procedurę „na sucho” – pobawcie się w fryzjera w domu. Ale na początku – bez nożyczek, grzebieni i szczotek.

3. Zabierzcie dziecko na własną wizytę u fryzjera. W takim wypadku trzeba je zapewnić, że na fotelu usiądzie tylko mama lub tata, a ono nie będzie absolutnie poddawane żadnym zabiegom. Byłoby dobrze, gdyby fryzjer w trakcie wizyty był w stanie opowiedzieć dziecku, co po kolei robi i jakich narzędzi używa.

4. Jeśli dziecko ma problemy z nadwrażliwością sensoryczną – może mieć problem w ogóle z wejściem do salonu fryzjerskiego – przeszkadzać może hałas (suszarki do włosów) czy specyficzny zapach. Jeśli jesteśmy w stanie stwierdzić, że właśnie to jest problemem – być może warto rozważyć wizytę domową?

5. Można skorzystać z usług fryzjera dziecięcego – tam są z reguły zabawki i specjalne fotele fryzjerskie dla dzieci w kształcie np. samochodu wyścigowego. Dla niektórych – wystarczająco interesujący gadżet, żeby znieść trudy całej tej nieprzyjemnej procedury:)

6. Podczas samego cięcia – fryzjer powinien uprzedzać dziecko, co w danym momencie będzie robił. Może tłumaczyć, dlaczego robi niektóre rzeczy (np. że podpina włosy spinką, żeby obciąć te, które są pod spodem), jak nazywają się poszczególne narzędzia itd. Czym więcej dziecko usłyszy, tym więcej wie – a czym więcej wie, tym cała procedura jest bardziej „oswojona”.

7.  Jeśli na coś nie ma zgody, a nie jest to kluczowe – to można to odpuścić (np. siedzenie na fotelu, zakładanie peleryny, moczenie włosów itd.). Warto jednak małymi kroczkami dążyć do tego, aby się do tych rzeczy przyzwyczaić. W ramach stawiania sobie wyzwań:)

8. Tablet/komórka z bajką w rękę bardzo się przydają (chociaż niektóre dzieci wolą obserwować, co się dzieje – przynajmniej na początku)!

9. Do fryzjera można umawiać się z samego rana lub chwilę przed zamknięciem zakładu – wtedy jest zazwyczaj dużo spokojniej.

10. Warto mieć jednego, zaufanego fryzjera. Nawet kosztem dziecięcych foteli fryzjerskich czy innych gadżetów. My chodzimy do fryzjera dla dorosłych – ale tak jak pisałam wcześniej, Pani Fryzjerka nas zna, wie, na co może sobie pozwolić, a co absolutnie nie wchodzi w grę. Ewa ma całe miejsce – i samą panią:) – poznane i oswojone, wie, czego może się tam spodziewać, więc odpada część stresu.

Powodzenia! 🙂