Accept Difference

Accept Difference

Ewa ma ostatnio gorszy okres. Może łapie ją jakaś infekcja, może zaczynamy kolejny regres – trudno powiedzieć. Będziemy wiedzieć, jak się skończy:) W każdym razie moja grzeczna, wesoła córeczka robi się smutna, nerwowa i bardziej wyobcowana niż zazwyczaj.

Dzisiaj aż trzy razy zalazłyśmy się w sytuacji podobnej do tej z filmiku poniżej. Dwa razy leżała na chodniku, raz w przedsionku przedszkola – i w takim miejscu i takiej pozycji próbowałam ją uspokoić. A gdy już mi się to udawało, podnosiłam ją i niosłam w nieco bardziej przyjazne miejsce niż na przykład pokryty lodem chodnik.

Nie wiem, ile postronnych osób nas wtedy widziało i co sobie o nas myślały. W takich sytuacjach staram się skupiać na Ewie – może to lepiej, bo nie widzę spojrzeń pełnych politowania? Mam jednak nadzieję, że jest ich coraz mniej.Nie wszystkie problemy są widoczne na pierwszy rzut oka. Proszę, pamiętajcie o tym, zanim ocenicie.

 

Plan

Plan

Na dzisiaj miałam zaplanowany wyjazd służbowy. W takiej sytuacji zawsze mówię o tym Ewie dzień wcześniej, żeby nie była zaskoczona.

Ja: Ewa, wiesz, Mama musi jutro wcześniej jechać do pracy. Rano, jak się obudzisz, będzie tylko Tata. Tata zawiezie cię do przedszkola i odbierze po południu. Mama przyjedzie wieczorem, jak będziesz kładła się spać.
Ewa: Tak.
Dawid: I wiesz co? Jutro po przedszkolu pojedziemy na frytki!

No i dzisiaj rano, na długo zanim zadzwonił mój budzik (nastawiony na 5:20), z pokoju obok usłyszeliśmy GADANIE. Ewa tak już czasami ma – zbudzi się o losowo wybranej porze i gada do siebie przez kilka godzin. Tym razem ciagle było na tyle wcześnie, żeby jeszcze udało jej się przysnąć na jakiś czas. Przez jakiś czas Dawid próbował ją spacyfikować (moja ingerencja w podobnej sytuacji nie skończyła się kiedyś dobrze), ale ostatecznie okazało się, że nic z tego.

Gdy Ewa usłyszała, że ja ciagle jestem w mieszkaniu, przyszła do mnie i powiedziała: „Mamusiu, ty idź do Złomka (czyli: jedź do pracy), ja i Tata zaś pojedziemy do McDonalda!”*

Plan jest, plan trzeba realizować:)

*) składnia oryginalna:)

Czasem bywa i tak

Czasem bywa i tak

Ewa kończy przy stole jedzenie zupy pomidorowej. Ja siedzę na kanapie. Tata pomaga jej zejść z krzesełka, wyciera buzię i mówi:

Dawid: Powiedz mamie, że zrobiła ci dobrą zupę.

Ewa przybiega i wskakuje do mnie na kanapę, ale jej myśli są już daleko od tematu zupy. Zaaferowana zaczyna mi o czymś opowiadać i namawia mnie na jakąś wymyśloną właśnie zabawę.

Ja: Ale Ewa, o czym miałaś mi powiedzieć?

Ewa: Mama, zrób konia!  I karocę!

Ja: Ewa, ale Tata mówił ci, żebyś mi coś powiedziała.

Ewa (kręcąc się po kanapie): Karocę, pojedziemy na bal!

Ja (łapiąc Ewę za rękę i spoglądając jej w oczy): Ewa, ale miałaś mi powiedzieć, jaką Mama zrobiła zupę? 

Ewa (patrząc na mnie z lekkim politowaniem): POMIDOROWĄ. 

Czasem Mistrz-Komplementów, a czasem WEŹ-SIĘ-MATKO-OGARNIJ-I-ZEJDŹ-NA-ZIEMIĘ 🙂

Nie jestem sama

Nie jestem sama

Jak na rodzica nieidealnego przystało, czasami daję Ewie swój telefon i puszczam jej bajki z YouTuba. Bywa, że bajka pełni rolę uspokajacza, czasami jest nagrodą za dobre zachowanie. Jeśli mam problemy z wyciągnięciem Ewy z domu i zapakowaniem jej do samochodu, to telefon stanowi rodzaj łapówki. Wiem, mogłabym uprzeć się i tego nigdy nie zrobić, no ale czasami po prostu MUSZĘ ją do przedszkola odstawić i iść do pracy, a nie mam wystarczająco dużo siły, żeby ją wziąć pod pachę (zresztą, niewiele by to dało – jak się uprze, to za nic nie da się przypiąć do fotelika, nawet Dawidowi).

Ale do rzeczy! W dzisiejszych czasach ogólny trend jest taki, że wszystko powinno być zsynchronizowane ze wszystkim, a użytkownik wszędzie loguje się za pomocą swojego imiennego konta (a przynajmniej tak się dzieje, jeśli ktoś założył sobie kiedyś konto na Facebooku albo w którejś z usług Google). Tak jest też z YouTube – wchodzę na stronę i przeglądam sobie różne filmiki, a YouTube wie, że to ja odwiedzam tę stronę (co daje mi odczuć poprzez przypominanie mi tego, co ostatnio oglądałam, albo podpowiadanie mi tego, co z pewnością chciałabym obejrzeć).

Głównym użytkownikiem mojego konta na YouTube (ale też na Spotify – za pomocą którego słuchamy muzyki) jest moja córka. Co oznacza, że strona wita mnie w ten sposób:

youtube

Strach klikać w „pokaż więcej”:) Nie potrafię tutaj wytłumaczyć jedynie filmiku z Kabaretem NeoNówka – zasadniczo nie przepadam za kabaretami.

Ale jest gorzej. Widzicie, po lewej stronie, napis „Subskrypcje”?

subskrypcje

Tak, moja córka postanowiła najwyraźniej subskrybować niektóre kanały. Dzięki temu regularnie otrzymuję tego typu maile:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Niektóre są naprawdę… dziwne. Spiderman vs. Elsa? Albo Mickey Mouse tańczący Gangam Style? Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że Ewa zasubskrybowała jedynie dwa kanały i żaden z nich nie jest kanałem o rozpakowywaniu jajek z niespodzianką (opisałabym to szerzej, ale jeśli nie wiecie, o jakie filmiki mi chodzi – uwierzcie, że są takie zakątki internetu, o których nie chcecie wiedzieć:))

Ale! Jest gorzej:) Otóż czasami pod niektórymi filmikami moja córka postanawia zostawić komentarz. Oczywiście komentarz zostawia zupełnie nieświadomie – coś tam gdzieś kliknie, otworzy jej się jakieś okienko, coś kliknie znowu – i zanim się obejrzy, jej komentarz trafia na stronę. A nie, przepraszam, mój komentarz trafia na stronę. I w związku z tymi wpisami też przychodzą później do mnie maile – najpierw, że ja coś skomentowałam i system sądzi, że jestem teraz zainteresowana obserwowaniem wątku, a później, że ktoś inny też skomentował.

Dyskusje są „bardzo burzliwe”.

Większość komentarzy w takich wątkach jest pusta, część zawiera tylko nazwiska innych komentujących osób (bo jak się kliknie w innego użytkownika, to edytor umieszcza jego nazwę w naszym komentarzu) lub też rozbudowane wypowiedzi w stylu: 7ooq, kuuy5 czy .””@..

Za każdym razem, jak przychodzi do mnie e-mail z informacją, że ktoś zostawił nowy komentarz w wątku, oczami wyobraźni widzę jakieś dziecko w wieku do lat 5, z komórką/tabletem w ręku. A że wszystkie komentarze są podpisane imieniem i nazwiskiem rodzica, wiem już, kto popełnia te same błędy wychowawcze co ja;)

Skąd się biorą teksty Ewy

Skąd się biorą teksty Ewy

Ewa siedzi i ogląda książkę, ja się maluję.

Ewa: Mamo, mamo! Chcę kupić świnkę!

Ja: Jaką świnkę? 

Ewa: Tą! (pokazuje palcem na ilustrację w książce – faktycznie, w rogu sklepu jest różowa zabawka, którą od biedy można uznać za świnkę)

img_2908

Ja: No to kup. (wracam do malowania)

Ewa: Hmmm… dobrze! Ale najpierw musimy wjechać windą. Podaj mi rękę, mamo! (nie przerywam malowania, cała historia rozgrywa się w wyobraźni Ewy) Tup tup tup! Nacisknij przycisk.* Jedziemy do góry! Wchodzimy do sklepu, rozglądam się… Czego tu nie ma!** (chwila zastanowienia…) Krokodyla nie ma… Żółwia nie ma…

 

*) Rano, kiedy wychodzimy z domu i zamykam drzwi, mówię do Ewy: „Naciśnij przycisk” – chodzi oczywiście o przywołanie windy. Kiedyś mówiłam: „Zawołaj windę”, ale już wiem, że Ewa może to zinterpretować po swojemu:))

**) „Czego tu nie ma!” pochodzi z historii o Zuzi, która wybrała się z mamą do sklepu, aby kupić kostium na bal przebierańców:

img_2911

Wniosek nr 1: Ewa świetnie agreguje informacje/wyrażenia zebrane z różnych źródeł i stosuje je w odpowiednich sytuacjach.

Wniosek nr 2: Musimy wytłumaczyć Ewie pojęcie „pytanie retoryczne” 🙂