Trudna sztuka zasypiania

Trudna sztuka zasypiania

Dawid obraca się wokół własnej osi. Żeby prawidłowo ułożyć się do snu, potrzebuje co najmniej kilka razy przewrócić się z pleców na bok, z boku na brzuch, z brzucha na drugi bok i znowu na plecy.

U Czwartego procedura ta jest jeszcze bardziej skomplikowana. Zasadniczo Czwarty obraca się bowiem nie wokół osi swojego ciała, ale wokół wyimaginowanej osi prostopadłej do podłoża, przecinającej go gdzieś pomiędzy pępkiem a przeponą. A więc jeśli na początku położyliśmy go równolegle do swojego ciała, to najprawdopodobniej zaśnie ułożony prostopadle, ze stopami na naszej klatce piersiowej. Lub, co gorsza, na twarzy. Czasami też po drzemce znajdujemy go głową znajdującą się tam, gdzie pierwotnie były jego nogi. Jeśli natomiast śpi tak, jak został położony na samym początku, to najprawdopodobniej zdążył już wykonać 360 stopni.

Oprócz tego Czwarty obraca się również wokół własnej osi, ale tylko 90 stopni w każdą stronę (czyli w systemie plecy – bok – plecy – bok). Przewrót na bok rozpoczyna uniesieniem wszystkich czterech kończyn pionowo do góry, po czym wykonuje gwałtowny zamach całym ciałem. Jeśli osiągnięta pozycja mu nie odpowiada, to prawie natychmiast powraca do punktu wyjścia i próbuje od nowa. Przypomina wtedy taką wielką bańkę-wstańkę.

Czasami zasypianie trwa szybko – kilka obrotów i po sprawie. Czasami jednak jest to bite pół godziny wiercenia się, przewracania, obracania, układania na i obok kołdry (nie, nie pod!), znowu obracania…

Po czym okazuje się, że pomimo różnego systemu obrotów i różnej ich częstotliwości, obaj, ojciec i syn, zasypiają w DOKŁADNIE tej samej pozycji.

Geny.

Klub Miłośników Śmiesznych Słów

Klub Miłośników Śmiesznych Słów

Jedną z naszych podstawowych strategii przetrwania jest: „zmęczyć Przychówek, zanim on zmęczy nas”. W tygodniu jest o tyle łatwiej, że to zadanie częściowo udaje nam się outsource’ować i w męczeniu Ewy pomaga nam Przedszkole. Ale weekendy są już trudniejsze – w weekendy musimy radzić sobie sami.

Pogoda sprzyja, więc korzystamy ostatnio z opcji wózek typu „czołg” + rower/hulajnoga. W takim zestawie bylibyśmy pewnie w stanie wjechać i na Gubałówkę (gdyby, rzecz jasna, ktoś nas najpierw pod nią podwiózł) – ale że ostatnio samochód stał w warsztacie, to poruszać mogliśmy się jedynie po najbliższej okolicy. Wybraliśmy się więc na plac zabaw przy AWF. W drodze powrotnej jechaliśmy przez las – a tam, wiadomo, co chwilę a to patyk, a to kwiatuszek, mrówka, żuczek… Samego jeżdżenia było w sumie niewiele, więcej mojego ciągnięcia roweru i namawiania Ewy, żeby przemieszczała się w obranym wcześniej kierunku (w którym wcześniej udali się nasi Panowie).

DSC08072

Naglę słyszę:

– Mamo, chcę siku!

Po cichu liczę, że obejdzie się bez włażenia w krzaczory, oraz że potrzeba fizjologiczna zmotywuje Ewę, żeby zwiększyć tempo spaceru.

– Dojedziesz do końca tej ścieżki? Może tam będzie jakiś toi-toi.

Zamiast odpowiedzi dobiega mnie cichy chichot.

– Z czego się śmiejesz? – pytam.
– Toi-toi! Śmieszne słowo! – odpowiada Ewa i zaczyna już zupełnie głośno rechotać.

Reszta dnia upłynęła nam na powtarzaniu słowa „toi-toi” i wybuchach śmiechu, a także na poszukiwaniu innych słów, które wywoływałyby u nas podobną reakcję. Tak właśnie powstał Klub Miłośników Śmiesznych Słów.

Póki co na liście mamy między innymi: toi-toi, Niuniuś, kiśnie (te dwa – dzięki Panu Majstrowi-Majstrowi, który remontuje u nas popękaną ścianę), Bodzio (z audiobooka Grzegorza Kasdepke), pasikonik, widzimisię…

A Wy, znacie jakieś śmieszne słowa? 🙂

Śnieg

Śnieg

IMAG0441

Nareszcie spadł śnieg, więc staramy się maksymalnie wykorzystać panujące warunki. Nawet tak banalna czynność jak przejście z przedszkola do samochodu potrafi nam zabrać z kilkanaście minut. W piątek po południu pobiliśmy chyba rekord w tym zakresie – spędziliśmy z pół godziny na przedszkolnym boisku. Ewa musiała koniecznie „pobawić się z chłopakami” – czyli z Kubą i jego starszym bratem. W repertuarze było: lepienie bałwanów (tak, w liczbie mnogiej!), turlanie się po śniegu, robienie aniołków, zabawa w berka, oraz – a w zasadzie przede wszystkim – zżeranie śniegu w tajemnicy przed rodzicami. Hitem natomiast okazała się zabawa wymyślona przez Adama, czyli lizanie jednego z bałwanów po nosie:)

Swoją drogą, w tym trzyosobowym zestawie Ewa wydawała mi się oazą spokoju. Chłopcy biegali, przewracali się nawzajem na śnieg – a ona cierpliwie toczyła wokół nich kolejne kule śnieżne. Fajnie tak zobaczyć ją czasami na tle jeszcze bardziej ruchliwych dzieciaków – człowiek docenia to co ma:)

[A nie, jednak na miano „oazy spokoju” najbardziej zasłużył Denisowiczek, który całą tę imprezę przespał w nosidełku, „zaparkowany” pod ścianą przedszkola:))]

Gdy później tego samego dnia do domu wrócił Dawid, Ewa powitała go w progu następującym komplementem:

„Tato, jesteś pyszny jak mokry bałwan!”

 

Zaproszenie

Zaproszenie

Po jednej z ostatnich wizyt w sali zabaw, Ewa nabrała ochoty na zorganizowanie przyjęcia urodzinowego. Dla dzieci. W sali zabaw najlepiej. Z balonikami  i całym tym urodzinowym anturażem. I jak to bywa z większością „ochot” Ewy – momentalnie przeszła do realizacji swoich planów. Nie dała sobie wytłumaczyć, że jej urodziny są przecież dopiero pod koniec marca – trzeba JUŻ! dmuchać balony, wieszać girlandy i wypisywać zaproszenia.

Wieszanie dekoracji póki co udało nam się jakoś spacyfikować (szczególnie, że nie doszliśmy ostatecznie do porozumienia, GDZIE KONKRETNIE mielibyśmy je wieszać), aktualnie jesteśmy na etapie przygotowywania zaproszeń. Myśleliśmy, że nasza rola ograniczy się tylko do przyniesienia artykułów papierniczych, ale Ewa oczekiwała jeszcze pomocy w wypisywaniu kartek. To znaczy – któreś z nas miało pisać pod jej dyktando (a jak już wiecie, Ewa potrafi bardzo kwieciście się wypowiadać – co oznaczało dużo pisania:)). Udało nam się jednak osiągnąć pewien kompromis – ona dyktowała, któreś z nas wypisywało kartkę ołówkiem, ona to później poprawiała pisakami.

Oczywiście, na jednym zaproszeniu się nie skończyło.

W którymś momencie Tata jednak stracił cierpliwość… 😉

IMG_6716_2

Poniedziałek

Poniedziałek

Odwożę Ewę rano na zajęcia. Ona ogląda z tyłu jakieś filmiki na YouTube (tym razem – eksperymenty dla dzieci), ja mruczę pod nosem inwektywy pod adresem porannego poniedziałkowego frustrata, który właśnie mruga mi długimi, żebym mu zjechała (ciekawe gdzie, w korku na Wisłostradzie?!).

Nagle z tylnej kanapy rozlega się głos:

Ewa: Mamo, Mamo! Musimy kupić Tacie jego ulubione słodycze, bo widziałam właśnie reklamę!
Ja: Ale jakie słodycze?
Ewa: Ulubione ciasteczka Taty!
Ja: Oreo?
Ewa: Tak! Takie brązowe i okrągłe! Ty idź do sklepu i kup, a ja mu dam. Bo Tata lubi!

Jest poniedziałek rano. Listopad. Szaro. Pogoda taka sobie, na szczęście nie pada. No, ale ciągle poniedziałek rano. Dobry moment, żeby pomyśleć o kupieniu czegoś słodkiego swojemu bliskiemu ❤

Jesienne zajęcia wieczorne

Jesienne zajęcia wieczorne

Zbliża się przedszkolny bal przebierańców – a to oznacza, że wieczory spędzamy na przygotowywaniu stroju wg pomysłu Ewy.

Role zostały podzielone:
– Ewa jest projektantką,
– Dawid jest krojczym,
– ja jestem szwaczką,
– Czwarty przeszkadza:)

„Projekt” w wykonaniu Ewy powstaje co wieczór od nowa – i jest na stałe przytwierdzany do kanapy;)

IMG_6316

(Jak skończymy – pochwalimy się efektami:))

Randka

Randka

W niedzielę byliśmy z Mężem na randce:) I mam po tym wydarzeniu kilka bardzo istotnych przemyśleń:

1. Pójście w ciąży na koncert Queen Symfonicznie może skutkować odwodnieniem. Ze wzruszenia przepłakałam sporą część koncertu. Jak śpiewał Freddie: „My make-up may be flaking, but my smile still stays on.”

2. Czwartemu BARDZO SIĘ PODOBAŁO. Tak bardzo, że dosyć szybko przeszedł od „tupania nóżką do rytmu” do „podskakiwania z radości i wymachiwania wszystkimi kończynami”. Plus – jak kicał, to skupiałam się na jego kicaniu, więc przestawałam płakać. Minus – coraz częściej myślałam o tym, że muszę do łazienki…

3. …ale na szczęście mieliśmy genialne miejsca – zaraz przy wyjściu, które to wyjście mieściło się zaraz przy toaletach. W trakcie przerwy – byłam tam pierwsza!
A wcale nie biegłam (jakby to w ogóle było w moim przypadku możliwe:))! Kto próbował kiedyś skorzystać z damskiej toalety w czasie przerwy na koncercie/meczu – ten zrozumie:) Okazuje się też, że metodologia wybierania miejsc na wypad do kina z czterolatką i wypad na koncert z ciężarną – jest bardzo zbliżona:))

A co do samej randki – było super! My bawiliśmy się świetnie (nawet zdążyliśmy na kawę i tiramisu przed koncertem!), Ewa również (ze swoją Ulubioną Nianią), a po powrocie zdążyliśmy jeszcze obejrzeć cztery gole w meczu Polska – Czarnogóra. Świetny wieczór:)

IMG_6193