Językowo

Językowo

Dawid i Ewa zbierają się rano do wyjścia. Oboje już ubrani, plecaki spakowane (bo z noszenia plecaka najwyraźniej się nie wyrasta ;)), trzeba tylko założyć buty. Ewa kręci się jeszcze po pokoju, Dawid nawołuje ją z korytarza:

– Ewa, chodź już, załóż buty i idziemy!

Wreszcie – zjawia się pod drzwiami. Obie dłonie zajęte trzymaniem kilku absolutnie niezbędnych przedmiotów (badyl, dwa pluszaki, latarka).

– No dobrze, ale odłóż na chwilę te… te… diwajsy*…

– Te wihajstery**?

Być może fleksja nieco kuleje, ale słownictwo, przyznajcie, ma bardzo bogate 😉

*) od angielskiego „device” – narzędzie, przyrząd, urządzenie

**) ze Słownika Języka Polskiego PWN – „potocznie przyrząd lub narzędzie, zwykle małe, o nazwie nieznanej mówiącemu albo chwilowo przez niego zapomnianej” (pochodzi od niemieckiego „Wie heißt er?” czyli „Jak on się nazywa?”)

Nie marudzimy

Nie marudzimy

Po całym dniu – tym ze słoikami w roli głównej – wracamy we czwórkę do domu. Ewa zaczyna marudzić (w czym nie ma w sumie nic dziwnego, bo upał również jej zaczyna dawać się we znaki).

– A gdzie jedziemy?

– Do domu.

– Nie chcę do domu! Chcę gdzieś indziej! Chcę coś zjeść!!

– No to pojedziemy do domu i w domu zjesz zupę.

– Nie chcę zupy! Chcę coś innego!

W tym momencie trochę mi się przelało i w podobnym tonie do tego, którego używała ona, zaczęłam swoje żale.

– A ja jestem zmęczona! I boli mnie głowa! I mi gorąco, cała się lepię! I Piotrek dzisiaj ciągle ulewa, dwa razy go musiałam przebierać! I kupiłam złe słoiki! I moja córka ciągle marudzi!!

Chwila ciszy. Nagle z siedzenia obok słyszę, ciągle tym samym tonem:

– Przepraszam!!

– No!!!

– Od teraz nie marudzimy!!

– Dobrze!!

Znowu wyniki

Znowu wyniki

Rok temu pisałam o ocenach funkcjonowania Ewy (Tabelki, wykresy, wyniki). W tym roku znowu Ewa miała robioną diagnozę PEP-R, więc dla potomnych zamieszczam podsumowanie:)

Diagnoza PEP-R była ostatnią rzeczą, którą robiliśmy razem z Ciocią K. „Ciocią”, a nie „Panią”, bo Ciocia K. była terapeutką Ewy od samego początku, czyli dokładnie cztery lata. Poświęciła jej masę czasu, uwagi i serca – za co jesteśmy jej naprawdę bardzo wdzięczni ❤ Ciocię K. zastąpiła Pani M., logopeda.

dav

Poniżej na czerwono zaznaczyłam wyniki z zeszłego roku:

dav

Wnioski z PEP-R:

  1. Brak manieryzmów ruchowych, echolalii odroczonej i bezpośredniej, fiksacji, nieodpowiednich reakcji na bodźce.
  2. Ewa dobrze sobie radzi jeśli chodzi o naśladowanie (zarówno w zakresie motoryki dużej i małej). Ja od siebie mogę dodać, że nie tylko potrafi naśladować, ale w ogóle pojawiła się u niej chęć naśladowania. Na przykład – jednymi z jej ulubionych bajek, i to od bardzo dawna, są Tree Fu Tom i Klub Przyjaciół Myszki Mickey. W obu bajkach postaci zapraszają widzów do powtarzania pewnych ruchów (w Tree Fu Tom dziecko „czaruje” razem z głównym bohaterem, w Klubie główny nacisk kładziony jest na powtarzanie różnego rodzaju „zaklęć” i odpowiadanie na pytania). I o ile Ewa zawsze tymi bajkami była zainteresowana, to do wykonywania poleceń w ogóle nie podchodziła, a jeśli już, to nie dawała rady wykonywać ich tak szybko, jak by sobie tego życzyli autorzy bajek. Od niedawna – znowu wróciła do obu bajek i naśladowanie bohaterów stało się dla niej głównym punktem programu.
  3. Znacząca poprawa (i to większa, niż prognozowana rok temu!) w zakresie motoryki dużej, co wspominała wcześniej również Pani Agnieszka (przydały się te wszystkie zajęcia sportowe, na które chodzi Ewa – w przedszkolu ma judo, klub sportowy, gimnastykę, rytmikę i taniec, a oprócz tego raz w tygodniu chodzimy z nią do szkółki pływackiej).
  4. Dziwne rzeczy dzieją się u Ewy z lateralizacją. Wcześniej preferowała lewą rękę i przyzwyczailiśmy się myśleć o niej jako o leworęcznej. Teraz – coraz częściej zmienia dłonie i na chwilę obecną lateralizacja w zakresie ręki jest nieustalona. Dominujące oko: lewe, noga: lewa.
  5. Ciocia K. zauważyła również, że koordynacja wzrokowo-ruchowa jest słabsza niż powinna. Zalecono nam wizytę u okulisty, żeby sprawdzić, czy wzrok na pewno jest ok. Sprawdziliśmy – wzrok idealny:) Dla pewności mamy wybrać się też do ortoptysty oraz – to już jesienią – zrobić raz jeszcze badanie wzroku u okulisty, ale po podaniu atropiny. Jeśli jednak chodzi o słabą koordynację wzrokowo-ruchową, to wyczytałam gdzieś, że to może być skutkiem lateralizacji skrzyżowanej.
  6. Komunikacja i mowa czynna – tutaj musimy jednak włożyć więcej pracy. Stąd też dodatkowe zajęcia z logopedą. Po pierwszych zajęciach z Panią M. pojawiło się też zalecenie, żeby odwiedzić z Ewą laryngologa i zrobić jej videofiberoskopię (badanie migdałka – kamerką wkładaną przez nos) – to też już zrobiliśmy i migdałek faktycznie jest nieco powiększony, ale nie ma dramatu.
  7. Wynik ogólny – 4 lata i 1 miesiąc, w skali obiecującej – 5 lat i 1 miesiąc. Wynik jest jednak najprawdopodobniej zaniżony ze względu na fakt, iż Ewa już rok temu wyczerpała skalę w zakresie percepcji i trudno określić, na jakim poziomie ta percepcja jest obecnie. Nie udało nam się osiągnąć wyniku obiecującego sprzed roku (4 lata i 7 miesięcy), ale może dogonimy za rok:)

Co do ATEC – robiłam go rok temu, więc z kronikarskiego obowiązku zrobiłam znowu. Wynik – 16 punktów  (Obszar I – 2, Obszar II – 3, Obszar III – 4, Obszar IV – 7). Rok temu – 17. Chociaż mam wrażenie, że ten test jednak jest bardzo wrażliwy na to, w jakim okresie jest robiony – tym razem Ewa miała nieco gorsze samopoczucie niż zwykle, więc pojawiły się np. okazjonalne nadwrażliwości na dźwięki czy wycofanie – co zwiększyło liczbę punktów w niektórych obszarach.

Działamy dalej! 🙂

Żarcik

Żarcik

Znalazłam w internecie dowcip i czytam Dawidowi: „Nie ma się co załamywać. Kolumbię to my nosem wciągniemy… ”

Ewa podsłuchała. Spodobało jej się. Teraz siedzi i chichocze.

– Kolumbię wciągniemy nosem, ha ha!

– Z glutami! Ha ha!

– Tato, a co to jest Kolumbia?

Mam nadzieję, że nie opowie tego w przedszkolu…

I chwilę później:

– A kto mieszka w Kolumbii?

– Pablo Escobar.

Nie wiem, czy już powinnam zabronić mężowi rozmów z naszym dzieckiem, czy jeszcze poczekać? 

Upał

Upał

Upał daje mi się we znaki.Właśnie wróciliśmy z Piotrkiem z wojaży po sklepach i nie tylko.

Najpierw pojechaliśmy do biblioteki – oddać dwie zapomniane książki, na których pewnie naliczyła się już jakaś gigantyczna kara. Zajeżdżamy na miejsce – a tam kartka, że w dniach 18-23 biblioteka zamknięta, bo coś tam. Książki zostawiliśmy w automacie, automat nie zażyczył sobie żadnych pieniędzy ani nie wydał paragonu, więc kto wie, czy oddaliśmy te książki skutecznie. No cóż, w poniedziałek będzie trzeba zadzwonić.

Potem pojechaliśmy do ksero, wydrukować historyjki obrazkowe dla Ewy (bo mamy ćwiczyć opowiadanie). 9 stron w kolorze po 2 zł za stronę – dałabym sobie rękę uciąć, że trzeba zapłacić 19 zł. No i nie miałabym teraz, katastrofa i szpinak, ręki (parafrazując klasyka – a nawet dwóch).

Potem – Pepco. Od kilku dni zastanawiam się, w czym mogłabym zaprawić zupy dla Robala – bo słoiczki z recyclingu po obiadkach Bobovity, Bobofruta i Hippa to można wykorzystać co najwyżej… nie wiem w sumie do czego. Zakręcić ich się praktycznie nie da, a jak się da, to i tak średnio szczelnie – o czym przekonałam się kilka dni temu, już w trakcie pasteryzowania gotowej zupy. W każdym razie dzisiaj mnie olśniło, że takie rzeczy to tylko w Pepco. I nie pomyliłam się – są! Tak więc dzisiaj wreszcie zaprawię Piotrkowi zupę i będę miała spokój na najbliższy tydzień! Chyba, że… zapomnę, że do zupy, oprócz słoików, potrzebne mi są również warzywa. O czym przypomnę sobie otwierając lodówkę – już po powrocie z zakupów do domu…

IMG_9108 (002).JPG

No więc wróciliśmy z Piotrkiem z wojaży po sklepach i nie tylko. Większość czasu zabrało nam pewnie przesiadanie się z samochodu do wózka i z wózka do samochodu, z jednoczesnym zapinaniem miliona pasów w każdym z dostępnych środków lokomocji. Piotrek już w drodze powrotnej stwierdził (głośno i dobitnie), że on ma dosyć i idzie spać. Zaniosłam go do sypialni, włożyłam do łóżeczka, smoczek w dziób i kołysanki puszczone z komórki. Kilka minut walki o wygodną pozycję – i śpi. Biorę więc telefon i wychodzę na palcach z pokoju, cichutko zamykając drzwi. Ufff, udało się. Siadam na kanapie. I siedzę, próbując złapać oddech i wymyślić, z czego ugotować zupę. Od dobrych dziesięciu minut tak siedzę.

Kołysanki ciągle grają.

Upał daje mi się we znaki…

 

AKTUALIZACJA

Zdobyłam warzywa. Nastawiłam zupę i zabieram się do mycia słoików. Rozbrajam najpierw folię, tekturową podkładkę, odkręcam wieczka, żeby wyciągnąć te karteczki ze środka.

I czytam: „Nadaje się wyłącznie do przechowywania produktów. Nie używać do gorących produktów/płynów. Produkt nie powinien być używany do konserwowania żywności.”

Czy to już moje gapiostwo, upał, pech, czy może PEPCO zrobiło mnie po prostu w konia (na zewnętrznym opakowaniu takiej informacji nie było)?

Dobijcie.

Mundial, mundial, mundial!

Mundial, mundial, mundial!

Moje podejście do mundialu jest dosyć ambiwalentne. Sama gra interesuje mnie średnio, na ekran patrzę w zasadzie tylko po to, żeby dostrzec jakiegoś przystojniaka. Jednocześnie staram się zapunktować jako dobra żona i wiem, że należy dbać o zapas przekąsek i schłodzonego piwa, absolutnie NIE PRZESZKADZAĆ w trakcie meczu, a pomiędzy meczami rzucić czasami tekstem typu: „a jak tam bark Glika, będzie gotowy na mecz z Senegalem?”.

Mam wrażenie, że podejście Ewy do mundialu jest dosyć podobne do mojego. Wie, że Tatę to interesuje, w Biedronie dają naklejki z piłkarzami, więc chyba czuje, że też POWINNA się ekscytować. Ćwiczy więc hymn, przygotowała już szalik, potrafi wymienić kilku piłkarzy i powiedzieć, jak nazywa się ich trener. Ale jestem przekonana, że jak przyjdzie do oglądania meczu, to ona i tak będzie wolała bajkę puszczoną z laptopa, co najwyżej „poekscytuje się” chwilę strzelonym golem.

Żeby jednak jakoś ten najbliższy miesiąc przetrwać, postanowiłam podkręcić sobie poziom mundialowej ekscytacji i założyć się z mężem o wyniki poszczególnych meczy. Żeby jednak nie musieć zbytnio analizować szans poszczególnych drużyn, postanowiłam wykorzystać swój najcenniejszy zasób, a mianowicie – dzieci:) Przygotowałam założenia, zagoniłam moje piękne Ośmiorniczki do pracy i oto mam symulację wyników dla fazy grupowej:)

yixktkpTURBXy8wNWRjYTZlYTY4N2ZmN2IzYjI2YWU4OGNkMzBmNTJlOS5qcGeSlQLNA8AAwsOVAgDNA8DCww

Póki co mogę zdradzić tylko tyle, że w fazie grupowej Polska jeden raz wygra, jeden raz przegra i jeden raz zremisuje. Piotrek płakał jak typował przegraną Polaków;)

Jak ryba w wodzie

Jak ryba w wodzie

W przyszłym tygodniu ostatnie zajęcia w tym roku szkolnym, a ja dopiero teraz zebrałam się, żeby o tym napisać:) Otóż – od września Ewa chodzi na zajęcia z pływania. Zajęcia są grupowe (ok. 12 dzieci), ogólnodostępne, organizowane przez szkołę pływania.

Długo zastanawialiśmy się, jak do tematu pływania podejść. Ewa basen uwielbia – do tego stopnia, że czasami strach patrzeć, jak rzuca się do wody. Chcieliśmy więc, żeby ktoś ją nauczył pływać, a oprócz tego liczyliśmy na to, że czas spędzony w wodzie pozytywnie wpłynie na motorykę dużą. Rozważaliśmy zajęcia z rehabilitantem, indywidualne lekcje pływania i szkółkę pływacką.

Do szkółki zapisaliśmy ją w sumie na próbę. Nie wiedzieliśmy, jak poradzi sobie w grupie i czy będzie zainteresowana lekcjami. Przy zapisywaniu poinformowałam o diagnozie, powiedziałam, że Ewa komunikuje i wykonuje polecenia, ale ma problem ze skupieniem się na jednej czynności przez dłuższy czas. Instruktorzy postanowili spróbować:)

Po pierwszych zajęciach już było wiadomo, że zainteresowanie jak najbardziej u Ewy jest, z funkcjonowaniem w grupie też nie ma problemu, natomiast jest coś, co my w domu nazywamy „syndromem muszki owocówki”. Czyli: Ewa dostaje polecenie, idzie, żeby coś zrobić, ale nagle na swojej drodze zobaczy coś interesującego i jej myśli odlatują już w zupełnie innym kierunku. Jak muszka owocówka – o poleceniu pamięta może przez trzy sekundy.

Podobnie było na zajęciach. Dzieci dostawały polecenie – np. przepłynąć od brzegu do brzegu z deską do pływania. Ewa zaczyna płynąć z dziećmi, za chwilę przystaje, odwraca się, robi nurka, patrzy na jakieś dziecko,  przypomina sobie, że fajnie byłoby sobie poskakać – i za chwilę, jak nikt nie patrzy, ona już jest na brzegu basenu i robi efektowny skok do wody.

Przyznam szczerze – byłam załamana. Nie tym, że ona tak słabo na tych zajęciach trenuje, bo to akurat było do przewidzenia – ale tym, że nas z tej szkółki wyrzucą:)  A jej już się spodobało, uznała autorytet instruktorów i widać było, że jednak stara się coś tam robić. Poszłam więc po zajęciach do Pana Instruktora i pytam, czy ona im jednak za bardzo nie przeszkadza, bo widzę, że chwila nieuwagi i robi co chce. Pan przyznał, że z tym utrzymaniem uwagi faktycznie jest problem, ale też nie ma dramatu. Trzeba się jednak liczyć z tym, że pewnie nie nauczy się pływać tak szybko jak inne dzieci.

Takich podejść i dyskusji z instruktorami: „a może jednak ona państwu za bardzo przeszkadza i powinniśmy zamienić te zajęcia na indywidualne” miałam pewnie ze trzy. Ostatecznie dałam sobie spokój (szczególnie, że na semestr letni były nowe zapisy i miejsce dla Ewy znalazło się bez problemu). Ewa pewnie jeszcze długo nie będzie pływać tak, jak powinna (chociaż w wodzie radzi sobie naprawdę dobrze, dużo lepiej, niż we wrześniu!), ale widzę, że dużą frajdę sprawiają jej nie tylko same lekcje pływania, ale przede wszystkim – zajęcia w grupie. Praca nad motoryką dużą w cenie, a trening umiejętności społecznych – gratis:)

Zmiany

Zmiany

Wraz z narodzinami Czwartego narodziła się potrzeba zmiany nazwy bloga. Czwarty niedawno skończył pięć miesięcy, a ja dopiero się za to zabrałam;) Niemniej jednak – lepiej późno niż wcale, tak więc dzisiaj zaczynamy z nową nazwą, pod nowym adresem i z nową szatą graficzną:)