PECS – jak zrobić segregator?

PECS – jak zrobić segregator?

Mam taką swoją małą misję – propagowanie idei wprowadzania komunikacji alternatywnej u dzieci ze spektrum. Czasami wręcz łapię się na tym, że muszę brzmieć nieco sekciarsko – no ale co poradzę, skoro to wielu dzieciom bardzo pomaga?

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że nigdy tu nie napisałam, jak udało mi się zrobić nasze pomoce do wprowadzania PECS – postanowiłam zrobić to teraz:)

Przede wszystkim – segregatory były w zasadzie dwa. Jeden „podróżny” (formatu A5) – z podstawowym zasobem słów. Ten segregator Ewa zabierała codziennie na zajęcia terapeutyczne (mieścił się do jej plecaka), a w zasadzie to na wszystkie wyjścia poza dom.

Drugi segregator był już słusznych rozmiarów (gruby, formatu A4) – i w zamyśle miał mieścić wszystkie obrazki, jakie zostały dla Ewy „wyprodukowane” (nawet, jeśli część z tych obrazków była poprzyczepiana w innym miejscu w domu). To był taki „słownik” ze wszystkimi dostępnymi słowami/obrazkami.

IMG_6194

Duży segregator miał naklejony pasek z rzepem, na którym można było przykleić tzw. „pasek zdaniowy” (czyli taki mniejszy pasek z kolejnym rzepem, na którym układa się zdania z poszczególnych obrazków).

IMG_6197
Pewnie zastanawiacie się, po co nam obrazek z płytą Shakiry – Ewa miała wtedy akurat fazę na tą płytę;))

W środku segregatora znajdowały się kartki z winylu z nalepionymi rzepami. Kartki można zrobić na kilka sposobów – w zależności od tego, jaki poziom trwałości chciałoby się osiągnąć. Można np. użyć do tego kolorowych kartek z bloku technicznego, można też zalaminować normalne kartki. Ja przygotowując ten segregator chciałam mieć coś maksymalnie trwałego, coś, co wytrzyma nadpobudliwą dwulatkę – czyli między innymi ryzyko zaślinienia czy oblania sokiem;) Stąd też kartki z winylu – w tym celu pocięłam teczki na dokumenty, o np. takie:

4skoroszyt_raibow_z_klipsem_pomarancz

Na to przykleiłam paski z rzepem. Rzep można kupić w pasmanteriach – na metry, w paskach, już pocięte itd. Ja kupowałam rzepy na metry i w paskach, samoprzylepne (trzeba uważać, bo w pasmanteriach są też takie bez kleju, do przyszycia). Rzepy kupuje się „w tandemie” – jest twardsza część rzepa, z haczykami, i druga, miękka (płaci się za komplet). Jedna część przyczepia się do drugiej. Tutaj wskazówka – „twardy rzep” najlepiej przykleić do przekładki w segregatorze, a miękki – na konkretnym obrazku. W ten sposób poszczególne obrazki, zasadniczo bardziej „mobilne”, nie będą się przypadkowo przyczepiać np. do ubrania.

IMG_6196

Dalej to już kwestia organizacji;) Obrazki dobrze jest posegregować tematycznie, więc przekładki mogą mieć różne kolory, żeby łatwiej odnaleźć konkretne kategorie obrazków.

IMG_6198
Zdjęcia robiłam niedawno, Ewa segregatora już nie używa, więc obrazki są powkładane nieco na chybił-trafił:)

Co do metodologii robienia samych obrazków: u nas na początku były to zdjęcia – wywołane w punkcie foto, pocięte w kwadraty i zalaminowane. Później – również zdjęcia, ale w mniejszym formacie – już z podpisem. Taką stronę do wydrukowania przygotowywałam w Wordzie. Robiłam dużą tabelę, z komórkami o konkretnych wymiarach, i w nią wstawiałam zdjęcia wraz z podpisami. Było to jednak bardzo pracochłonne, i jak to tabelki w Wordzie, ciągle coś się rozjeżdżało:))

Gdy przygotowywałam kolejny set obrazków i potrzebowałam już piktogramów (bo o ile rzeczowniki łatwo sfotografować, to jednak np. z czasownikami jest już trudniej), doszliśmy z Dawidem do wniosku, że na wszelki wypadek dobrze byłoby korzystać z piktogramów, które później są używane w programach do komunikacji na tablety (np. w MÓWiku). Dlatego też postanowiłam zainwestować w płytę z piktogramami wraz z programem do przygotowania tablic komunikacyjnych Mówik Print. Piktogramy, które widać w naszych segregatorach, pochodzą w całości z tego programu.

Jeśli jednak ktoś ogranicza koszty, może pogrzebać w Googlu. Internet pełen jest darmowych piktogramów:)


Przykłady grafik używanych w PECS:

# samodzielnie zrobione zdjęcia 

ilustracje wycięte z gazet

# zdjęcia ściągnięte z internetu (ja w ten sposób robiłam obrazki związane z częściami garderoby czy jedzeniem)

piktogramy z darmowych baz z internetu

piktogramy z płatnych programów do przygotowywania tablic komunikacji, np. MÓWik Print


mowik_1
Screen z programu MÓWik Print. Po lewej widać gotową tablicę komunikacyjną (wielkość poszczególnych kwadratów i ich ułożenie można oczywiście różnie definiować), po prawej – edytor poszczególnych symboli. Zaletą programu jest to, że można korzystać nie tylko ze sporej bazy piktogramów, ale również dodawać własne zdjęcia i grafiki.

Kiedy już mamy kartkę z wydrukowanymi obrazkami, to trzeba je pociąć i zalaminować (wtedy będą bardziej odporne na… wszystko:)). I tutaj warto jednak zainwestować w laminator (ceny zaczynają się od ok. 70 zł) – powinien dosyć szybko się zwrócić. Szczególnie, jeśli zdecydujemy się na przygotowywanie innych materiałów dydaktyczno-terapeutycznych (np. obrazków do układania sekwencji). Ja zalaminowałam nawet legitymację Ewy:) Jeśli nie chcecie laminować obrazków – warto wydrukować je na grubszym papierze.

IMG_6236
To tylko część…;)

Tak więc pocięte obrazki układamy w specjalnej folii do laminowania, przepuszczamy przez laminator i znowu wycinamy. Na odwrocie – przyklejamy kawałek rzepa (miękką część!) – i gotowe;)

IMG_6195
Na tym zdjęciu idealnie widać trzy etapy robienia piktogramów – pocięte i zalaminowane zdjęcia (największe), obrazki robione w Wordzie ze zdjęć (to te średniej wielkości) i obrazki robione przy pomocy MÓWika (najmniejsze).

Przykładowe koszty:

duży segregator: od 3,50 zł

winylowe teczki (na przekładki): od 6 zł za sztukę, z tego będą dwie „strony” segregatora

rzep samoprzylepny: od 2,55 zł za metr bieżący

wydruk obrazków: trudno oszacować, zależy od tego, czy macie własną drukarkę, czy może chcecie drukować w punkcie ksero

laminator: od 70 zł, folia do laminowania (w zależności od grubości): kilkanaście-kilkadziesiąt złotych za 100 szt. formatu A4

program do przygotowywania tablic / baza piktogramów, np. MÓWik Print: 125 zł


Powodzenia! 🙂

PS. (2017-10-17) Natchniona dyskusją na jednej grupie FB, z kronikarskiego obowiązku chciałabym dodać, że oryginalny segregator PECS jest zdaniem jego użytkowników NIEZNISZCZALNY. Nigdy nie testowałam, więc trudno mi porównać:) Niemniej jednak jeśli kogoś stać na ten wydatek, a komunikacja obrazkowa będzie wyborem bardziej długoterminowym niż w naszym przypadku – być może warto z czasem zdecydować się na oryginał. Przy czym ja widzę jeszcze jeden jego plus – łatwiej go sfinansować z 1% (jeśli ktoś zbiera) lub odpisać od podatku w ramach ulgi rehabilitacyjnej niż półprodukty na taki segregator DIY. 

Niemniej jednak – jeśli ktoś dopiero z PECS zaczyna, to radzę zacząć od jednego-kilku obrazków lub zdjęć, wywołanych w punkcie foto, wydrukowanych jakkolwiek lub wyciętych z gazety. Inwestycje mają sens dopiero wtedy, kiedy wiadomo, że metoda ma w przypadku danego dziecka potencjał:)

Dzielnych pacjentów… troje:)

Dzielnych pacjentów… troje:)

Wczoraj rano musiałam jechać na badania krwi – robiono mi krzywą cukrową, co oznacza konieczność wypicia glukozy (i utrzymania jej w żołądku – a to nie jest wcale takie proste, raz już mi się nie udało) i siedzenia 2h w przychodni.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie Ewa miała wizytę u pediatry (poszła z Dawidem). Po wizycie przyszli zobaczyć, jak się czuję.

Po dokonaniu szybkiej oceny, że czuję się dobrze i przetrwałam już jedno pobranie krwi – zostałam przez córkę nagrodzona naklejką „dzielny pacjent” (znowu udało jej się wysępić aż dwie – tym razem jedną specjalnie dla mnie). Przykleiła mi ją na „brzuszku z bobaskiem”. Bo on też był przecież dzielny:)

IMG_6221_2

Randka

Randka

W niedzielę byliśmy z Mężem na randce:) I mam po tym wydarzeniu kilka bardzo istotnych przemyśleń:

1. Pójście w ciąży na koncert Queen Symfonicznie może skutkować odwodnieniem. Ze wzruszenia przepłakałam sporą część koncertu. Jak śpiewał Freddie: „My make-up may be flaking, but my smile still stays on.”

2. Czwartemu BARDZO SIĘ PODOBAŁO. Tak bardzo, że dosyć szybko przeszedł od „tupania nóżką do rytmu” do „podskakiwania z radości i wymachiwania wszystkimi kończynami”. Plus – jak kicał, to skupiałam się na jego kicaniu, więc przestawałam płakać. Minus – coraz częściej myślałam o tym, że muszę do łazienki…

3. …ale na szczęście mieliśmy genialne miejsca – zaraz przy wyjściu, które to wyjście mieściło się zaraz przy toaletach. W trakcie przerwy – byłam tam pierwsza!
A wcale nie biegłam (jakby to w ogóle było w moim przypadku możliwe:))! Kto próbował kiedyś skorzystać z damskiej toalety w czasie przerwy na koncercie/meczu – ten zrozumie:) Okazuje się też, że metodologia wybierania miejsc na wypad do kina z czterolatką i wypad na koncert z ciężarną – jest bardzo zbliżona:))

A co do samej randki – było super! My bawiliśmy się świetnie (nawet zdążyliśmy na kawę i tiramisu przed koncertem!), Ewa również (ze swoją Ulubioną Nianią), a po powrocie zdążyliśmy jeszcze obejrzeć cztery gole w meczu Polska – Czarnogóra. Świetny wieczór:)

IMG_6193

 

U fryzjera

U fryzjera

Dla wielu dzieci wizyta u fryzjera jest dosyć trudna. W przypadku dzieci ze spektrum autyzmu – bywa często wręcz niemożliwa.

Ewa do fryzjera chodzi od dawna – i musi chodzić dosyć często, bo spinanie włosów nie wchodzi w grę. A kiedy włosy robią się za długie – zachodzą za kołnierz, łaskoczą – co kończy się podrapaną do krwi szyją. Tak więc od kilku już lat Ewa nosi krótką fryzurę z grzywką, „serwisowaną” w zakładzie fryzjerskim średnio raz na 2-3 miesiące.

Pierwszy raz grzywkę podcinałam jej sama – miała pewnie wtedy niespełna rok. I obiecałam sobie, że nigdy, przenigdy więcej tego nie zrobię – człowiek się spocił, jakby co najmniej robił dziecku operację na otwartym sercu, dziecko zestresowane i zaryczane do granic możliwości, a efekt półgodzinnych starań wyglądał tak, jakbym próbowała ją obciąć tępym sekatorem, a nie nożyczkami.

Następną wizytę odbiliśmy już u fryzjera dziecięcego – i tam Ewa całkowicie poddała się procedurze, jakby to było dla niej coś zupełnie normalnego. Przez jakiś rok-dwa nie było większych problemów – no, może minimalny stres, ale nic takiego, czego nie można by zniwelować tabletem z bajkami:)

Później przyszedł kryzys i wyraźna niechęć do wszelkich fryzjerskich zabiegów. Problem z tym, żeby usiąść na fotelu i pozwolić pani zbliżyć się z nożyczkami do włosów.

Zmieniliśmy fryzjerkę, myśląc, że ta niechęć skierowana jest do konkretnej osoby, a nie samej procedury. Średnio pomogło. Dwie wizyty minęły i zero sukcesów.

W przypływie desperacji zabrałam Ewę do swojej własnej fryzjerki. Pani Sylwia wiedziała o autyzmie, więc przygotowała sobie trochę więcej czasu i była otwarta na różne ustępstwa, jeśli chodzi o cały proces.

Na początku – oczywiście stres. Nowe miejsce, więc Ewa kombinowała, jakby tu się wykręcić. Zażyczyła sobie odwiedzić toaletę, później pić. Samo przekonywanie jej do zatrzymania się w jednym miejscu trwało dobre dziesięć minut, podczas których Pani Sylwia cierpliwie czekała, aż będziemy gotowe.

A tak na marginesie – nasze siedzenie na kanapie wcale nie było takim dużym odstępstwem od normy… zresztą, zobaczcie filmik:))

W dużym skrócie – włosy udało się ściąć. Odpuściłyśmy jednak siadanie na fotelu fryzjerskim i zakładanie peleryny – siedziałyśmy razem na kanapie w poczekalni, Ewa na moich kolanach. Całe byłyśmy we włosach – ale czego się nie robi dla dobra sprawy!

Teraz, po wielu kolejnych wizytach, doszłyśmy już do etapu, w którym Ewa od razu siada sama na fotel, daje się popsikać wodą/odżywką, wykonuje polecenia Pani Sylwii (typu: „a teraz spójrz do góry”). Nie płacze i nie ucieka.

Nasze rady dla opornych:

1. Spróbujcie dobrze się do wizyty przygotować: obejrzyjcie jakieś filmiki, na których fryzjer tnie/czesze komuś włosy. Można też skorzystać z książeczek (np. „Zuzia idzie do fryzjera” z serii Mądra Mysz)

i-zuzia-idzie-do-fryzjera-madra-mysz
2. Poćwiczcie całą procedurę „na sucho” – pobawcie się w fryzjera w domu. Ale na początku – bez nożyczek, grzebieni i szczotek.

3. Zabierzcie dziecko na własną wizytę u fryzjera. W takim wypadku trzeba je zapewnić, że na fotelu usiądzie tylko mama lub tata, a ono nie będzie absolutnie poddawane żadnym zabiegom. Byłoby dobrze, gdyby fryzjer w trakcie wizyty był w stanie opowiedzieć dziecku, co po kolei robi i jakich narzędzi używa.

4. Jeśli dziecko ma problemy z nadwrażliwością sensoryczną – może mieć problem w ogóle z wejściem do salonu fryzjerskiego – przeszkadzać może hałas (suszarki do włosów) czy specyficzny zapach. Jeśli jesteśmy w stanie stwierdzić, że właśnie to jest problemem – być może warto rozważyć wizytę domową?

5. Można skorzystać z usług fryzjera dziecięcego – tam są z reguły zabawki i specjalne fotele fryzjerskie dla dzieci w kształcie np. samochodu wyścigowego. Dla niektórych – wystarczająco interesujący gadżet, żeby znieść trudy całej tej nieprzyjemnej procedury:)

6. Podczas samego cięcia – fryzjer powinien uprzedzać dziecko, co w danym momencie będzie robił. Może tłumaczyć, dlaczego robi niektóre rzeczy (np. że podpina włosy spinką, żeby obciąć te, które są pod spodem), jak nazywają się poszczególne narzędzia itd. Czym więcej dziecko usłyszy, tym więcej wie – a czym więcej wie, tym cała procedura jest bardziej „oswojona”.

7.  Jeśli na coś nie ma zgody, a nie jest to kluczowe – to można to odpuścić (np. siedzenie na fotelu, zakładanie peleryny, moczenie włosów itd.). Warto jednak małymi kroczkami dążyć do tego, aby się do tych rzeczy przyzwyczaić. W ramach stawiania sobie wyzwań:)

8. Tablet/komórka z bajką w rękę bardzo się przydają (chociaż niektóre dzieci wolą obserwować, co się dzieje – przynajmniej na początku)!

9. Do fryzjera można umawiać się z samego rana lub chwilę przed zamknięciem zakładu – wtedy jest zazwyczaj dużo spokojniej.

10. Warto mieć jednego, zaufanego fryzjera. Nawet kosztem dziecięcych foteli fryzjerskich czy innych gadżetów. My chodzimy do fryzjera dla dorosłych – ale tak jak pisałam wcześniej, Pani Fryzjerka nas zna, wie, na co może sobie pozwolić, a co absolutnie nie wchodzi w grę. Ewa ma całe miejsce – i samą panią:) – poznane i oswojone, wie, czego może się tam spodziewać, więc odpada część stresu.

Powodzenia! 🙂

Wymówka

Wymówka

Godziny popołudniowe, siedzimy przy stole i czytamy książkę. Nagle Ewa oznajmia, że chciałaby poczytać „Calvina i Hobbes’a”.

Ja: To przynieś go, to poczytamy.

Ewa: Ale… nie wiem gdzie jest. 

Ja: Jest w twoim plecaku. 

Ewa: A gdzie plecak?

Ja: W korytarzu.

Ewa: Ale… ja nie mogę. Ty idź. 

Ja: Nie, ja też nie mogę. Ty chcesz „Calvina”, to ty idź. 

Ewa: Nieeeee… może Tata?

Ja: Nie, Tata też nie pójdzie. 

Ewa: Ale… ja nie mam ODPOWIEDNIEGO NAPĘDU!

W razie gdybyście nie wiedzieli, dlaczego dzieciom nie chce się zrobić czegoś samodzielnie;)