Wymówka

Wymówka

Godziny popołudniowe, siedzimy przy stole i czytamy książkę. Nagle Ewa oznajmia, że chciałaby poczytać „Calvina i Hobbes’a”.

Ja: To przynieś go, to poczytamy.

Ewa: Ale… nie wiem gdzie jest. 

Ja: Jest w twoim plecaku. 

Ewa: A gdzie plecak?

Ja: W korytarzu.

Ewa: Ale… ja nie mogę. Ty idź. 

Ja: Nie, ja też nie mogę. Ty chcesz „Calvina”, to ty idź. 

Ewa: Nieeeee… może Tata?

Ja: Nie, Tata też nie pójdzie. 

Ewa: Ale… ja nie mam ODPOWIEDNIEGO NAPĘDU!

W razie gdybyście nie wiedzieli, dlaczego dzieciom nie chce się zrobić czegoś samodzielnie;)

W sali zabaw

W sali zabaw

Obserwowanie Ewy w sali zabaw to rozrywka, której oddajemy się już od wielu lat. I niezmiennie zadziwia nas postęp, który wtedy u niej widzimy.

Na przykład ostatnio – jesteśmy razem w sali zabaw w Ikei. Zasadniczo dziecko przebywa w tej sali samo, bez rodzica – ale w regulaminie jest punkt, że jeżeli dziecko ma orzeczenie o niepełnosprawności, to rodzic musi z dzieckiem wejść. No więc wchodzę z Ewą, siadam sobie na stołeczku gdzieś pod ścianą i udaję, że mnie nie ma (i że wcale nie jest mi głupio, tak siedzieć wśród tych dzieci:)). Ewa jest uczona, że w sali zabaw powinna bawić się z dziećmi, a od rozwiązywania większości problemów są panie z obsługi. Mama i Tata robią tylko za dekorację i absolutnie nie mają w planie się z nią bawić. Wiem, brzmi brutalnie, ale chcemy, żeby przyzwyczaiła się do ogólnych standardów i miała warunki maksymalnie zbliżone do warunków i zasad obowiązujących inne dzieci. I wiecie – Ewa daje radę:) Ostatnio na przykład widziałam, jak podeszła do Pani z obsługi i poprosiła o picie (podpatrzyła to u dwóch starszych dziewczynek, podczas wcześniejszej wizyty). Pani akurat kogoś obsługiwała i poprosiła Ewę, by zaczekała. Ewa odeszła kawałek, trochę się pobawiła. Pani chyba o piciu zapomniała, więc Ewa upomniała się o nie po raz drugi.

Wyręczanie we wszystkim niczego dziecka nie nauczy

Trochę było mi głupio – co też musiały sobie myśleć o mnie te panie? „Siedzi taka i w komórce dziubie, zamiast własnemu dziecku dać pić”. Ale wyręczanie we wszystkim niczego tego dziecka przecież nie nauczy…

Kilka dni temu, już w innej sali zabaw, obserwacje prowadził Dawid. Przyznał później, że nie mógł oderwać oczu od Ewy, która wraz z inną dziewczynką budowała coś z wielkich klocków. Prowadziły przy tym szereg ustaleń – gdzie jaki klocek, którędy będą wchodzić, „a teraz ty powiedz: puk-puk, a ja wyjrzę wtedy przez okno”. Ewa nie dość, że miała chęć bawić się z innym dzieckiem, to jeszcze z nim WSPÓŁPRACOWAŁA. I była wyraźnie tą zabawą zafascynowana!

Wizyty w salach zabaw są dla nas niesamowite. Nikt nie mówi o zajęciach z logopedą czy psychologiem. Można natomiast popatrzeć na dziecko i stwierdzić, że w zasadzie niewiele różni się od innych…

Świętowanie wg Ewy

Świętowanie wg Ewy

Ewa weszła ostatnio w fazę celebrowania różnych zdarzeń. Po jej własnych imieninach przyszedł czas na… Gwiazdkę. Znaleziony podczas porządków stojak do choinki stał się początkiem dwudniowej zabawy w Święta Bożego Narodzenia. Pakowała różne drobiazgi (trzeba jej było pomagać w zawiązywaniu kokard) i rozkładała wokół stojaka. Chodziła później wokół tych pakunków z notesem w ręku i odhaczała poszczególne pozycje:

„No dobra… jeden dla Mamy. Drugi dla Bobaska. Drugi dla mnie. I dla Taty!”

IMG_5718
Od lewej kolejno: prezent dla Taty (maskotka w kształcie pora), prezent dla Mamy (zawinięte w obrus zdjęcie Ewy), prezent dla Ewy (maskotka Rybki Mini-Mini), prezent dla Bobaska (jedna z pierwszych maskotek Ewy – pluszowa grzechotka w kształcie dinozaura, zwanego przez nas „Głową Konia”, a obecnie przez Ewę „Młotkiem” vel „Młociem”)

Gwiazda trwała u nas trzy dni i co chwilę trzeba było rozpakowywać i zapakowywać jakieś prezenty:) Wieczorami natomiast snuła plany o tym, jak to pójdziemy znowu po choinkę, a później ubierzemy ją w bombki, światełka i pierniki.

Wszystko trwałoby pewnie dużo dłużej, gdyby nie to, że na horyzoncie pojawiła się nowa okazja – urodziny Taty.

Przygotowania należało rozpocząć odpowiednio wcześnie. Zaczęłyśmy od prezentu – i tutaj wprawdzie Tata sam nam podpowiedział, co chciałby dostać (plecak), a później brał czynny udział w wyborze modelu, niemniej jednak Ewa była w cały proces bardzo zaangażowana. Niestety, Tata nie skorzystał z jej rad dotyczących koloru plecaka („różowy!”) oraz jego wykończenia („obrazki z Kubusiem!”). No cóż, są gusta i guściki;)

Wszystkie inne elementy imprezy urodzinowej zaplanowała już sama. Ja tylko pomagałam w wykonaniu:) Tak więc ułożyła menu („tort czekoladowy z kremem czekoladowym, ze świeczkami!” – który pomogła upiec i własnoręcznie ozdobiła), zaplanowała dekoracje („transparent!” – kartki przygotowałam ja, a Ewa namalowała litery i „nanizała” je na wstążkę, po czym wspierała mnie psychicznie podczas ich wieszania), przygotowała czapeczki, trąbki, balony (dmuchać musiał jednak Tata:)), pomogła zapakować prezent, policzyła gości i nakryła do stołu.

IMG_5756 2

Była tak podekscytowana przygotowaniami, że zaraz jak skończyłyśmy robić tort – zażyczyła sobie przejście do kolejnej fazy urodzin, czyli zdmuchiwania świeczek. Urodziny miały być dopiero nazajutrz, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że przecież nic się nie stanie, jak będziemy świętować dwa dni z rzędu. I tak też się stało:)

Tort wyszedł nam okropnie słodki. Dla mnie praktycznie nie do przełknięcia, Dawid zjadł może ze dwa kawałki. Z kolei Ewa… Ewa od kilku dni je ten tort, po jednym kawałeczku dziennie, z namaszczeniem, siedząc przy stole i dziubiąc w cieście łyżeczką dopóty, dopóki wszystko nie zniknie z talerzyka. Co jest dużym postępem, bo z początku nie chciała nawet spróbować kremu – ale jak namówiłam ją do oblizania łyżki, to po chwili musiałam powstrzymywać, żeby nie zaczęła zlizywać masy wprost z biszkoptu:)

IMG_5748

Teraz zaczynamy powolutku planować Halloween:)

5 maja 2017 r.

5 maja 2017 r.

Ewa wygrzebała gdzieś teczkę z jakimiś moimi badaniami. Koniecznie chciała wszystko dokładnie sobie obejrzeć, a ja nie bardzo chciałam, żeby jej ciekawskie łapki rozwlekły wszystko po całym mieszkaniu – więc wyciągnęłam stamtąd jedną rzecz, która mogła ją zainteresować.

Ja: Ewa, chodź, pokażę Ci coś fajnego.

Usadowiła się koło mnie na kanapie i zajrzała mi przez ramię.

Ja: Popatrz, to jest taka karta, w której pani doktor zapisywała dokładnie, co się działo z mamą jak miała Ciebie w brzuszku. O, tu na przykład jest napisane, ile ważyłam 20 marca – czyli osiem dni przed Twoimi narodzinami. Tutaj – ile ważyłam na samym początku ciąży. A tu na dole – jakie brałam lekarstwa.

Ewa bierze kartę, przegląda, ale sama niewiele może z niej wywnioskować. Odwraca ją na drugą stronę i wskazując ilustrację pyta:

Ewa: A co to jest?

(karta ciąży, którą założyła mi wtedy lekarka, była najwyraźniej reklamówką preparatów witaminowych dla kobiet w ciąży – bo na jednej ze stron była niewielka reklama)

Ja: To są takie witaminy, takie lekarstwa, które się bierze, jak się ma bobaska w brzuszku.

Ewa zamyśla się. Przygląda się uważnie ilustracji.

Ewa: Jak będę chciała braciszka albo siostrzyczkę… Siostrzyczkę…! To mama musi wziąć taką tabletkę!

Ja (ze śmiechem): Tak! A Ty chciałabyś braciszka albo siostrzyczkę?

Ewa: Siostrzyczkę!

Ja: To wiesz, to musisz Tacie powiedzieć, żeby kupił takie tabletki. Bo to Tata musi je kupić:)

Ewa zrywa się z kanapy, biegnie do Taty i pokazując mu kartę ciąży z reklamą tabletek, „delikatnie” sugeruje powiększenie rodziny:)

Jeszcze nie wie, że te witaminy biorę już od jakiegoś czasu;)

PS. Powyższą notkę napisałam 5 maja 2017 r. Dzisiaj – Ewa już wie o witaminach (i nie tylko:))

PS.2. Chyba trzeba będzie zmienić nazwę bloga…

Magiczne słowo

Magiczne słowo

Ja wiem, że to stary dowcip i słyszeliście pewnie ze sto razy, ale Ewa go wcześniej nie znała:)

Przed snem. Ewa mości się w łóżku, obok siada Dawid, żeby przeczytać jej książeczkę. Ja „czekam na swoją kolejkę” (ostatnio Dawid czyta, a ja później się z nią kładę i głaszczę).

Ewa: Czytaj!

Ja: A masz Kłapoucha?

Ewa: Nie…

Dawid: No to co trzeba zrobić?

Ewa: Tatusiu… przynieś Kłapouszka!

Ja: A „magiczne słowo”?

Ewa: Abrakadabra bęc!

 

Właściwe pytanie

Właściwe pytanie

Nasze wizyty w sali zabaw przebiegają z reguły według jednego schematu – my zajmujemy strategiczne miejsce w kawiarni, a Ewa „ogarnia” atrakcje. Przybiega do nas raz na jakiś czas, dosłownie na chwilę – napić się soku, poprosić o asystę w łazience albo po prostu na moment się przytulić. Czasami też widzimy ją z oddali, przebiegającą z jednego miejsca w drugie.

IMG_2758

Któregoś razu siedzimy razem i w pewnym momencie widzę ją na drugim końcu sali.

Ja: Dawid, popatrz, czy ona ma gołe stopy?

W sumie brak skarpetek nie zdziwił nas jakoś szczególnie – znając upodobania Ewy, to dziwne, że nie rozebrała się do bielizny. Nie zarejestrowaliśmy jednak momentu, w którym się ich pozbyła, a dobrze byłoby je zlokalizować, zanim trzeba będzie założyć buty i wrócić do domu.

Kiedy przybiegła bliżej – bo kto by tam od razu ruszał się z wygodnego fotela z powodu jakichś skarpetek, no nie przesadzajmy – próbujemy wypytać ją, gdzie te skarpetki zostawiła.

Ja: Ewa, gdzie masz skarpetki?

Ewa: Tam.

Dawid: Ale dlaczego je zdjęłaś?

Ewa:

Zadajemy różne pytania, ale ona wreszcie się nudzi i znowu gdzieś biegnie. Po jakimś czasie wraca, więc zaczynamy kolejne przesłuchanie, pytając o konkretne miejsce, w którym mogła te skarpetki zostawić. Po cichu jednak wątpimy, żebyśmy je kiedykolwiek ponownie zobaczyli – pewnie zdjęła je wewnątrz wielkiej konstrukcji ze zjeżdżalniami, a tam – szukaj wiatru w polu.

Wreszcie jednak wpadam na pytanie, którego wcześniej nie próbowaliśmy.

Ja: Ewa, możesz mnie zaprowadzić do skarpetek?

Ewa: Tak.

Ja: To zaprowadź mnie do nich.

Ewa bierze mnie za ręce i wyprowadza mnie z kawiarni, później prowadzi schodami na dół i dalej w kierunku szatni. W pewnym momencie widzę, gdzie zmierzamy. Przy półkach w szatni, na małej ławeczce leżą równiutko dwie niebieskie skarpetki w rozmiarze 27. Lekko przybrudzone.

Bo chodzi o to, żeby zadać właściwe pytanie:)

Kot ze Shreka może się schować

Kot ze Shreka może się schować

Shrek2-disneyscreencaps.com-4359

Powroty do domu są z reguły czymś bardzo miłym. W domu można robić co się człowiekowi podoba i jak mu się podoba (np. zdjąć rajstopy/skarpetki i chodzić boso po podłodze).

Ale żeby tak było – trzeba najpierw odbębnić rytuał, którego Ewa bardzo nie lubi. Mianowicie – trzeba się samodzielnie rozebrać i umyć ręce.

Przez pierwsze trzy tygodnie wprowadzania nowych zasad – jakiś rok temu – każde przyjście do domu wiązało się najpierw z mniej więcej piętnastominutowym rykiem, uskutecznianym oczywiście w pełnym rynsztunku podczas leżenia na podłodze w korytarzu. Później było już lepiej – co nie zmienia faktu, że czasami jednak ryki się pojawiały. Były jednak zdecydowanie krótsze i mniej dotkliwe dla otoczenia.

Teraz Ewa wypełnia już te obowiązki bez większego szemrania, czasami jednak próbuje coś ugrać. Taktyki są zasadniczo dwie:

1) „Pomóż mi” – wypowiedziane płaczliwym głosikiem, przepełnionym poczuciem krzywdy, że oto trzeba się schylić i rozpiąć buta. Oczy zaszklone, proszące, do złudzenia przypominają spojrzenie Kota ze Shreka.

2) „Racjonalne argumenty” – tutaj pojawiają się różne wypowiedzi, w zależności od tego, co autorce akurat przyjdzie na myśl. „Boli mnie nóżka”, „jestem zmęczona”, „mycie rączek jest nudneeee” – to tylko niektóre z nich.

Ostatnio Ewa miała jakiś gorszy dzień i po powrocie do domu była wyjątkowo marudna. Siadła na swoim stołeczku w korytarzu i zaczęła prosić:

Ewa: Pomóż mi. 

Ja: No ok, to zacznij sama. Odepnij rzepy. 

Ewa: Nie! Pomóż mi! (i wyciąga stopę w moim kierunku)

Ja: Ale sama potrafisz odpiąć rzepy. 

Ewa: Nie!

Wstałam więc, rozebrałam się, poszłam odnieść do kuchni trzymany w ręku soczek i nastawić wodę na makaron. Za chwilę słyszę tupanie i do kuchni wbiega Ewa – ciągle ubrana w kurtkę i w butach na nogach.

Ja: Ewa, ale po mieszkaniu nie chodzi się w butach. Zdejmij je najpierw w korytarzu. 

Ewa: Pomóż mi!!!

Po jakichś dziesięciu minutach kłótni Ewa wreszcie zaczyna się rozbierać. Po chwili, pochlipując cicho pod nosem, idzie myć ręce.

Później role nieco się odwróciły:) Dawid wybierał się tego dnia na siatkówkę, więc miało go nie być w czasie wieczornej bajki i kładzenia spać.

Dawid: Ewa, wiesz, taty nie będzie dzisiaj wieczorem. Jadę na mecz.

Ewa: Weź szalik!

Dawid: Nie, nie taki mecz. Szalik biorę, jak jadę oglądać mecz. Dzisiaj będę grał. (I tu następuje opowieść o tym, w co będzie grał tata i w co w ogóle można grać za pomocą piłki) …i w bejsbol.

Ewa: Tak jak Franklin*! Zagrajmy w bejsbol!

Dawid: Dobrze, ale to jak pojedziemy kiedyś do dziadków. Weźmiemy jakiś kij i piłkę… Mama może być łapaczem. A Ty Ewa, kim chcesz być?

Ewa: Bejsbolaczem!

I gdy jakiś czas później Ewa zauważyła, że wkłada buty i szykuje się do wyjścia, najwyraźniej postanowiła nam dać lekcję dobrych manier:)

Ewa: Co robisz? 

Dawid: Wkładam buty. 

Ewa (milutkim, możliwe, że nawet ironicznym głosikiem): Pomóc Ci, Tatusiu? 

*) Franklin – postać z jednej z ulubionych książeczek Ewy:

franklin-rzadzi-sie-b-iext43247668

Ojcowskie powody do dumy

Ojcowskie powody do dumy

Powody do dumy z dziecka mogą być różne. Są powody „uniwersalne”, takie, z których dumni są oboje rodziców. Ale jest też taki specyficzny rodzaj dumy, którą odczuwa się w momencie, w którym dziecko robi coś tak jak my, coś, co wyjątkowo je do nas upodabnia.

Zaczęło się wczoraj rano. Ewa tego dnia jechała do przedszkola z Tatą – ja starałam się odespać noc spędzoną na smarkaniu i pokasływaniu (przytargała Bestia jakąś zarazę z przedszkola, zmutowała, matce sprzedała, i teraz ja się muszę męczyć). Po jakimś czasie dostałam relację o tym, jak Dawidowi poszło zostawienie Ewy w przedszkolu (czasami jest z tym problem).

IMG_3684

Po południu Ewę odbierałam już sama. Przy wsiadaniu usłyszałam oczywiście standardową prośbę:

Ewa: Obejrzymy bajeczkę? 

Ja: Dobrze. A co oglądałaś rano?

Ewa: Bajkę o klockach! 

Włączyłam jej więc kolejny odcinek i jedziemy „złapać Tatę” na metro.

Dawid wsiada do samochodu, chwilę rozmawiamy i nagle orientuje się, co robi jego córka.

Dawid (podekscytowany): Star Warsy ogląda? 

Widziałam po minie, że już kombinuje, jak to będą niedługo razem oglądać, już nie tylko bajkę z klockami, ale też pełnometrażowe filmy, jak będą chodzić na premiery do kina (a zapowiada się, że kolejnych części będzie jeszcze sporo). Ja nigdy nie dałam się wciągnąć – no, obejrzałam ze dwa czy trzy, ale bez przekonania – nie jest to mój ulubiony rodzaj rozrywki. Na premiery kolejnych części Sagi Dawid musi chodzić z kolegami:)

Kolejny powód do dumy nastąpił dzisiaj rano, zaraz po tym, jak wstaliśmy (wszyscy) i rozłożyłyśmy się na kanapie na poranną porcję głaskania (Ewa i ja). Chwilę sobie tak leżałyśmy, po czym Ewa spojrzała z kanapy w kierunku kuchni, poderwała się nagle i krzyknęła:

Ewa: Mamusiu, patrz, w kuchni jest robot!

Ja (śmiejąc się): No jest!

IMG_3682

(w kuchni stał wypożyczony ze sklepu odkurzacz do dywanów, który Dawid przywiózł wczoraj późnym wieczorem, żeby wyprać kanapę)

Ewa: Mogę przywitać się z robotem?

Ja: No wiesz, ale to musiałabyś spytać Taty. 

W tym momencie do pokoju wchodzi Dawid, który nie słyszał wcześniejszego dialogu.

Ewa: Tata, w kuchni jest robot!

Dawid (nie wiedząc za bardzo o co chodzi – stał w takim miejscu, że nie widział, co stoi w kuchni): Robot? Jaki robot?

Ewa: Robot! 

Ja: Ewa, a gdzie ten robot występuje?

Ewa: W bajce z klockami! 

W tym momencie Dawid stanął w miejscu, z którego można było już dojrzeć robota, więc załapał, o co chodzi Ewie. Zauważyłam też na jego twarzy pełną dumy minę pod tytułem: „opowiem chłopakom w pracy” 🙂

Dawid: R2D2? 

Ewa: Tak!!!

Nie jest to jednak koniec opowieści. Chwilę później bawiliśmy się w zgadywanki – opisywaliśmy Ewie jakąś postać z bajki (zaczęło się od potworów z „Potwory i Spółka”, ale potwory nam się dosyć szybko skończyły, więc musieliśmy wymyślać kolejne postaci), a ona zgadywała, o kogo chodzi. W pewnym momencie Dawid zadał taką zagadkę:

Dawid: A kto to jest… ubrany cały na czarno i mówi tak (tutaj Dawid zasłonił dłonią usta): „Luke, jesteś za wysoko!”

A Ewa na to (z pewnym rozmarzeniem): Tata!

image1

(komiks pochodzi z książki „Darth Vader i przyjaciele” Jeffrey’a Browna)

Jestem przekonana, że mój Mąż w którymś momencie pomyślał sobie: „Żona trafiła mi się taka sobie, jeśli chodzi o oglądanie Star Warsów. Ale za to córka… widać, że to moje geny” 🙂

Wychowanie fizyczne

Wychowanie fizyczne

Wieczór. Przeczytaliśmy już kilka książeczek, Ewa opowiedziała, co się działo tego dnia w przedszkolu („Javier miał urodziny”), tak więc Dawid zaproponował robienie ćwiczeń – co w naszym języku oznacza głównie „kotłowanie się na kanapie”. Najpierw było czołganie się (mogłaby normalnie startować na testy do Marines), później przewroty w przód (ciągle musi popracować nad odpowiednim schowaniem głowy), w pewnym momencie przyszedł czas na pompki. Dawid zeskoczył więc z kanapy, ustawił się do robienia pompek i woła Ewę, żeby też z nim poćwiczyła.

Ewa miała na ten temat inne zdanie.

Ewa: Raaaaz…

Dawid: No ale chodź tu koło mnie i też ćwicz!

Ewa: Tata! Raaaaz…

Dawid zrobił jedną pompkę i dalej nawołuje: Ewa, ale ze mną miałaś robić te pompki!

Ewa: Dwaaaaaa…!

Dawid (wstając): To ja nie robię pompek, jak Ty nie chcesz ich robić ze mną.

Ewa: Tata, pompuj! POMPUJ!!!

Za dwa tygodnie Dawid biegnie w półmaratonie, może uda mi się wtedy zrobić Ewie zdjęcie w jej koszulce do kibicowania. Ma na niej wielki napis „TRENER” 😉

Po pompkach przyszedł czas na koszykówkę. Nasza wersja koszykówki polega na rzucaniu prawie-kulistą maskotką rybki do obręczy, którą jedno z nas – ja albo Dawid – robi z wyciągniętych ramion. Rzucamy rybką między sobą, a później Ewa stara się trafić do „kosza”. Czasami to Ewa zastępuje piłkę i sama stara się do tego „kosza” zapakować.

W którymś momencie piłka-Ewa trafia do kosza-Taty i oboje przewracają się na kanapę. Ewa się podnosi i liczy na kontynuację zabawy. Dawid tymczasem leży dalej;)

Ewa: Tata, wstawaj!

Dawid: Ale dlaczego?

Ewa: BO LEŻYSZ!

Leżenie podczas ćwiczeń fizycznych nie jest wskazane;)

Update: Mąż kazał mi dopisać, że z tematów sportowych to Ewa potrafi jeszcze udawać faul i domagać się czerwonej kartki, oraz wie, kiedy jest gol. Potrafi również skandować „C! C! C-W-K! C-W-K-S! Legia!”, zaśpiewać kilka przyśpiewek Legii i Lecha, oraz odpowiadać „Legia” lub „Lech” na pytanie: „komu kibicujemy?” – w zależności od tego, czy chce się przymilić swojemu ojcu, czy zobaczyć, jak fajnie się irytuje;)