Los Pingwinos

Los Pingwinos

dsc_0170_2

Miała być relacja z wyjazdu – oto i ona!

Wyjazd do Barcelony planowaliśmy już od wielu miesięcy – w Barcelonie studiują Ciocia Agata i Wujek Filip, więc jechaliśmy głównie w celach towarzyskich. Najpierw mieliśmy jechać jesienią, ale ostatecznie termin został ustalony na luty – nie pamiętam już, co nami wtedy kierowało, niemniej jednak był to strzał w dziesiątkę – pogoda wiosenna (15-17 stopni), ludzi mało. Nie wszystkie atrakcje były czynne, ale i tak program był bardzo napięty.

Najwięcej obaw oczywiście związanych było z samym lotem – trudno było przewidzieć, jak Ewa to zniesie, czy się czegoś nie wystraszy, czy będzie współpracować. Już od jesieni prowadziliśmy kampanię informacyjną – opowiadaliśmy Ewie o lataniu samolotem, o tym, co będziemy robić w Barcelonie, czytaliśmy książki o lataniu i o tym, jak funkcjonuje lotnisko.

Przed samym lotem zrobiłam Ewie coś w rodzaju rozpiski, jak będzie wyglądała nasza podróż samolotem. (Jeśli ktoś jest ciekawy lub potrzebuje czegoś takiego – poniżej wklejam linka. I zupełnie na marginesie – są już na świecie lotniska, które przygotowują tego rodzaju „Visual Guides” – ja np. w dużej mierze korzystałam z przewodnika wydanego przez lotnisko w Cork).

latanie

Cały plan się rypnął jeszcze zanim wsiedliśmy do samolotu;)

Z powodu mgły na Modlinie nie lądowały tego dnia żadne samoloty, a to oznaczało, że żadne też nie mogły wystartować. Tak więc po kilku godzinach siedzenia w hali odlotów całe towarzystwo zostało zapakowane do autobusu i odwiezione na Okęcie. Praktycznie przejeżdżaliśmy koło naszego domu:) Do Barcelony przylecieliśmy z czterogodzinnym opóźnieniem, ok. 2:30 w nocy (Wujek na nas czekał:)).

Plusem całej tej historii było to, że całą procedurę kontroli bezpieczeństwa przeszliśmy tego dnia dwa razy. Za pierwszym razem Ewa była trochę zestresowana, nie chciała zdjąć kurtki i widać było, że nie do końca jej to wszystko pasuje. Za drugim razem, już na Okęciu, było dużo łatwiej. Z kolei w dniu powrotu miała już wszystko tak przećwiczone, że sama zdjęła kurtkę i bluzę, i bez problemu przeszła przez bramkę!

Sam lot samolotem – pestka. Jeśli mielibyśmy jeszcze wątpliwości, jaką ścieżkę zawodową powinna obrać nasza córka – to po tej podróży już byśmy ich nie mieli. Start i lądowanie? Pikuś. Zero strachu. Jakbyśmy co najmniej jechali samochodem do sklepu osiedlowego… Błędnika nasza córka też chyba nie posiada, albo właśnie posiada jakiś super-wypasiony model, bo ani przechylanie się samolotu, ani zmiana ciśnienia nie wywoływały u niej żadnego dyskomfortu (ba, nawet mrugnięcia powieką). Będzie astronautką. No, co najmniej pilotem! 🙂

Sama Barcelona – cudowna! Pogoda wiosenna – chociaż Wujek-już-prawie-Katalończyk twierdził, że zima, i po mieście chodził w wełnianej czapce. Zero turystów, więc można było się spokojnie przemieszczać, bez obawy o bycie zgniecionym w tłumie (co jest szczególnie cenne dla takich aspołecznych jednostek jak my:)).

Chyba najbardziej podobało nam się ZOO – duże, ładnie zaaranżowane, z pięknym placem zabaw w centrum. Byliśmy też w oceanarium – niesamowite widoki! I w jednym i drugim miejscu Ewa najbardziej zainteresowana była pingwinami (w którymś momencie Dawid powiedział Ewie, że to są „los pingwinos” – i tak już zostało;)). Wszystko dlatego, że dzień przed naszym przyjazdem do Barcelony, Wujek przysłał nam wiadomość, że w weekendy są poświęcone w oceanarium pingwinom, a o 13:30 będziemy mogli oglądać ich karmienie. No i od tego momentu cel wycieczki zmienił się z „do Wujka i Cioci” na „do pingwinów”;)

Dwa razy odwiedziliśmy też piracką salę zabaw. Sala zabaw jak sala zabaw, ale ta była wyjątkowa pod jednym względem – w zasadzie cały czas prowadzona tam była animacja dla dzieci, puszczana była muzyka – słowem: imprezka! A że muzyka to to, co Ewa lubi najbardziej – tak więc dosyć szybko okazało się, że Ewa jest jedną z najbardziej aktywnych (jeśli nie najaktywniejszą) osobą na parkiecie. Na początku imprezy było dużo gadania, przerywanego krótkimi kawałkami muzyki. Gadania Ewa nie rozumiała, parkiet był zajęty (siedziały na nim dzieci) – więc odchodziła w kierunku zabawek. Ale gdy słyszała pierwsze takty piosenki – rzucała wszystko i leciała tańczyć. Po czym muzyka znowu się urywała 🙂 Zrobiła kilka takich powtórek, zanim puścili muzykę na dobre. A wtedy… szał;) Nigdy bym nie przypuszczała, że na hiszpańskiej imprezie można być bardziej aktywnym od rodowitych Hiszpanów – a jednak!

(widzicie tego skrzata w koszulce z Elsą i w spodniach w różowe kwiaty? :))

Stałym punktem każdego dnia była wizyta w McDonaldzie-  niestety, na wyjazdach Ewa bardzo usztywnia się na jedzenie i nie chce ani próbować nowych rzeczy, ani jeść tych, które już lubi, a co do których ma wątpliwości, czy smakują tak samo. Nie zjadła zrobionych przez nas naleśników ani kotletów, a bagietkę posmakowała dopiero ostatniego dnia. Ale na szczęście – frytki z McDonalda smakują wszędzie tak samo:) Szkoda tylko, że McDonaldów jest w sumie w Barcelonie dosyć mało – trzeba się sporo nachodzić, żeby jakiegoś znaleźć.

Udało nam się też z Dawidem wyskoczyć na randkę – pod choinkę dostaliśmy od Filipa bilety na mecz Barcelony:) Mecz miał być początkowo wieczorem, zakładaliśmy, że Ewa będzie spała – ale w ostatniej chwili przesunęli go na 16, więc było ryzyko, że będzie problem z zostawieniem Ewy. Ale dobry marketing („zostaniesz z Wujkiem i Ciocią i będziesz oglądać bajki i jeść krakersy”) to podstawa – ten sprawdził się na tyle dobrze, że jeszcze byliśmy popędzani: „idźcie już na randkę”, a następnego dnia córka zasugerowała nam, że moglibyśmy iść znowu:)

img_2194

We wtorek wróciliśmy do Warszawy – już bez większych przygód. Jeszcze koło południa mieliśmy wiosnę w Barcelonie, a wieczorem musieliśmy odkopywać samochód spod piętnastocentymetrowej warstwy śniegu. Jednak jeszcze jest zima:)

Uda się czy się nie uda?

Uda się czy się nie uda?

W większości filmów szpiegowskich – ale nie tylko – jest taka scena, kiedy główny bohater, będący w trakcie swojej akcji i posługujący się fałszywą tożsamością, trafia na „tamtych”. Jest duża szansa, że wszystko się wyda. Przeszukują go – a my wiemy, że gdzieś tam pod ubraniem powinien mieć schowaną broń albo podsłuch. Albo – podaje swoje dokumenty, a my wiemy, że one są sfałszowane. Celnik patrzy na niego, później w dokumenty, później znowu na głównego bohatera. Wyda się czy się nie wyda?!

No więc przeżyliśmy coś takiego w miniony weekend. Siadaliśmy właśnie do obiadu. Wołam Ewę, żeby przyszła, bo są kotlety (ze standardowych obiadów to ona lubi tylko kotlety – po Tatusiu to ma zdecydowanie:)).

Przyszła. Siada. Patrzy podejrzliwie w kotleta. Maca go paluszkiem. Odwraca. My staramy się udawać, że nie jesteśmy zainteresowani, nie reagujemy  też na samo macanie kotleta (chociaż pewnie powinniśmy). Ale co chwilę zerkamy, co się dzieje na jej talerzu. Kotlet nie przechodzi weryfikacji, Ewa odkłada go na półmisek.

No szkoda, trzeba było spróbować.

Ale wtem! Sięga po innego. Znowu go ogląda, po czym nadziewa na widelec i gryzie. Najpierw tylko z brzegu, uważnie, widać, że coś jej nie do końca pasuje.

Ja już jestem spocona z tych emocji, ale nic, trzeba grać do końca.

Po chwili wgryza się głębiej w kotleta, raz, drugi.

Dawid: I co Ewa, smakują ci kotlety? – pyta niby obojętnie Dawid, a ja zamieram w oczekiwaniu.

Ewa: Tak. 

Dawid: To jedz, jedz, jest jeszcze dużo. (po czym mruczy pod nosem) A jak skończysz, to ci powiem, co było w środku. 

Zjadła dwa. Kotlety. Z MINTAJA.

2va1a

Accept Difference

Accept Difference

Ewa ma ostatnio gorszy okres. Może łapie ją jakaś infekcja, może zaczynamy kolejny regres – trudno powiedzieć. Będziemy wiedzieć, jak się skończy:) W każdym razie moja grzeczna, wesoła córeczka robi się smutna, nerwowa i bardziej wyobcowana niż zazwyczaj.

Dzisiaj aż trzy razy zalazłyśmy się w sytuacji podobnej do tej z filmiku poniżej. Dwa razy leżała na chodniku, raz w przedsionku przedszkola – i w takim miejscu i takiej pozycji próbowałam ją uspokoić. A gdy już mi się to udawało, podnosiłam ją i niosłam w nieco bardziej przyjazne miejsce niż na przykład pokryty lodem chodnik.

Nie wiem, ile postronnych osób nas wtedy widziało i co sobie o nas myślały. W takich sytuacjach staram się skupiać na Ewie – może to lepiej, bo nie widzę spojrzeń pełnych politowania? Mam jednak nadzieję, że jest ich coraz mniej.Nie wszystkie problemy są widoczne na pierwszy rzut oka. Proszę, pamiętajcie o tym, zanim ocenicie.

 

Plan

Plan

Na dzisiaj miałam zaplanowany wyjazd służbowy. W takiej sytuacji zawsze mówię o tym Ewie dzień wcześniej, żeby nie była zaskoczona.

Ja: Ewa, wiesz, Mama musi jutro wcześniej jechać do pracy. Rano, jak się obudzisz, będzie tylko Tata. Tata zawiezie cię do przedszkola i odbierze po południu. Mama przyjedzie wieczorem, jak będziesz kładła się spać.
Ewa: Tak.
Dawid: I wiesz co? Jutro po przedszkolu pojedziemy na frytki!

No i dzisiaj rano, na długo zanim zadzwonił mój budzik (nastawiony na 5:20), z pokoju obok usłyszeliśmy GADANIE. Ewa tak już czasami ma – zbudzi się o losowo wybranej porze i gada do siebie przez kilka godzin. Tym razem ciagle było na tyle wcześnie, żeby jeszcze udało jej się przysnąć na jakiś czas. Przez jakiś czas Dawid próbował ją spacyfikować (moja ingerencja w podobnej sytuacji nie skończyła się kiedyś dobrze), ale ostatecznie okazało się, że nic z tego.

Gdy Ewa usłyszała, że ja ciagle jestem w mieszkaniu, przyszła do mnie i powiedziała: „Mamusiu, ty idź do Złomka (czyli: jedź do pracy), ja i Tata zaś pojedziemy do McDonalda!”*

Plan jest, plan trzeba realizować:)

*) składnia oryginalna:)

Czasem bywa i tak

Czasem bywa i tak

Ewa kończy przy stole jedzenie zupy pomidorowej. Ja siedzę na kanapie. Tata pomaga jej zejść z krzesełka, wyciera buzię i mówi:

Dawid: Powiedz mamie, że zrobiła ci dobrą zupę.

Ewa przybiega i wskakuje do mnie na kanapę, ale jej myśli są już daleko od tematu zupy. Zaaferowana zaczyna mi o czymś opowiadać i namawia mnie na jakąś wymyśloną właśnie zabawę.

Ja: Ale Ewa, o czym miałaś mi powiedzieć?

Ewa: Mama, zrób konia!  I karocę!

Ja: Ewa, ale Tata mówił ci, żebyś mi coś powiedziała.

Ewa (kręcąc się po kanapie): Karocę, pojedziemy na bal!

Ja (łapiąc Ewę za rękę i spoglądając jej w oczy): Ewa, ale miałaś mi powiedzieć, jaką Mama zrobiła zupę? 

Ewa (patrząc na mnie z lekkim politowaniem): POMIDOROWĄ. 

Czasem Mistrz-Komplementów, a czasem WEŹ-SIĘ-MATKO-OGARNIJ-I-ZEJDŹ-NA-ZIEMIĘ 🙂

Nie jestem sama

Nie jestem sama

Jak na rodzica nieidealnego przystało, czasami daję Ewie swój telefon i puszczam jej bajki z YouTuba. Bywa, że bajka pełni rolę uspokajacza, czasami jest nagrodą za dobre zachowanie. Jeśli mam problemy z wyciągnięciem Ewy z domu i zapakowaniem jej do samochodu, to telefon stanowi rodzaj łapówki. Wiem, mogłabym uprzeć się i tego nigdy nie zrobić, no ale czasami po prostu MUSZĘ ją do przedszkola odstawić i iść do pracy, a nie mam wystarczająco dużo siły, żeby ją wziąć pod pachę (zresztą, niewiele by to dało – jak się uprze, to za nic nie da się przypiąć do fotelika, nawet Dawidowi).

Ale do rzeczy! W dzisiejszych czasach ogólny trend jest taki, że wszystko powinno być zsynchronizowane ze wszystkim, a użytkownik wszędzie loguje się za pomocą swojego imiennego konta (a przynajmniej tak się dzieje, jeśli ktoś założył sobie kiedyś konto na Facebooku albo w którejś z usług Google). Tak jest też z YouTube – wchodzę na stronę i przeglądam sobie różne filmiki, a YouTube wie, że to ja odwiedzam tę stronę (co daje mi odczuć poprzez przypominanie mi tego, co ostatnio oglądałam, albo podpowiadanie mi tego, co z pewnością chciałabym obejrzeć).

Głównym użytkownikiem mojego konta na YouTube (ale też na Spotify – za pomocą którego słuchamy muzyki) jest moja córka. Co oznacza, że strona wita mnie w ten sposób:

youtube

Strach klikać w „pokaż więcej”:) Nie potrafię tutaj wytłumaczyć jedynie filmiku z Kabaretem NeoNówka – zasadniczo nie przepadam za kabaretami.

Ale jest gorzej. Widzicie, po lewej stronie, napis „Subskrypcje”?

subskrypcje

Tak, moja córka postanowiła najwyraźniej subskrybować niektóre kanały. Dzięki temu regularnie otrzymuję tego typu maile:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Niektóre są naprawdę… dziwne. Spiderman vs. Elsa? Albo Mickey Mouse tańczący Gangam Style? Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że Ewa zasubskrybowała jedynie dwa kanały i żaden z nich nie jest kanałem o rozpakowywaniu jajek z niespodzianką (opisałabym to szerzej, ale jeśli nie wiecie, o jakie filmiki mi chodzi – uwierzcie, że są takie zakątki internetu, o których nie chcecie wiedzieć:))

Ale! Jest gorzej:) Otóż czasami pod niektórymi filmikami moja córka postanawia zostawić komentarz. Oczywiście komentarz zostawia zupełnie nieświadomie – coś tam gdzieś kliknie, otworzy jej się jakieś okienko, coś kliknie znowu – i zanim się obejrzy, jej komentarz trafia na stronę. A nie, przepraszam, mój komentarz trafia na stronę. I w związku z tymi wpisami też przychodzą później do mnie maile – najpierw, że ja coś skomentowałam i system sądzi, że jestem teraz zainteresowana obserwowaniem wątku, a później, że ktoś inny też skomentował.

Dyskusje są „bardzo burzliwe”.

Większość komentarzy w takich wątkach jest pusta, część zawiera tylko nazwiska innych komentujących osób (bo jak się kliknie w innego użytkownika, to edytor umieszcza jego nazwę w naszym komentarzu) lub też rozbudowane wypowiedzi w stylu: 7ooq, kuuy5 czy .””@..

Za każdym razem, jak przychodzi do mnie e-mail z informacją, że ktoś zostawił nowy komentarz w wątku, oczami wyobraźni widzę jakieś dziecko w wieku do lat 5, z komórką/tabletem w ręku. A że wszystkie komentarze są podpisane imieniem i nazwiskiem rodzica, wiem już, kto popełnia te same błędy wychowawcze co ja;)

Skąd się biorą teksty Ewy

Skąd się biorą teksty Ewy

Ewa siedzi i ogląda książkę, ja się maluję.

Ewa: Mamo, mamo! Chcę kupić świnkę!

Ja: Jaką świnkę? 

Ewa: Tą! (pokazuje palcem na ilustrację w książce – faktycznie, w rogu sklepu jest różowa zabawka, którą od biedy można uznać za świnkę)

img_2908

Ja: No to kup. (wracam do malowania)

Ewa: Hmmm… dobrze! Ale najpierw musimy wjechać windą. Podaj mi rękę, mamo! (nie przerywam malowania, cała historia rozgrywa się w wyobraźni Ewy) Tup tup tup! Nacisknij przycisk.* Jedziemy do góry! Wchodzimy do sklepu, rozglądam się… Czego tu nie ma!** (chwila zastanowienia…) Krokodyla nie ma… Żółwia nie ma…

 

*) Rano, kiedy wychodzimy z domu i zamykam drzwi, mówię do Ewy: „Naciśnij przycisk” – chodzi oczywiście o przywołanie windy. Kiedyś mówiłam: „Zawołaj windę”, ale już wiem, że Ewa może to zinterpretować po swojemu:))

**) „Czego tu nie ma!” pochodzi z historii o Zuzi, która wybrała się z mamą do sklepu, aby kupić kostium na bal przebierańców:

img_2911

Wniosek nr 1: Ewa świetnie agreguje informacje/wyrażenia zebrane z różnych źródeł i stosuje je w odpowiednich sytuacjach.

Wniosek nr 2: Musimy wytłumaczyć Ewie pojęcie „pytanie retoryczne” 🙂

Szaleńcy wszystkich krajów łączcie się

Szaleńcy wszystkich krajów łączcie się

Jakiś czas temu pojawił się w Rzeczpospolitej felieton p. Piotra Nowaka pod tytułem: „Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na uczelnie wyższe”. W dużym skrócie – autor uważa, że oczywiste jest, że studia powinny podejmować tylko osoby zdrowe na umyśle, jednak w praktyce tak się nie dzieje, bo nikt tego „zdrowia” nie sprawdza. Na studia wyższe trafiają więc różnego rodzaju szaleńcy, osoby niezrównoważone, niepoczytalne, obłąkane, z oczywistą dysfunkcją umysłową, z zaburzeniami psychicznymichorzy psychicznie, wariaci, ludzie psychicznie upośledzeni*. Jako przykład podany jest student z Zespołem Aspergera. Po czym pojawia się konkluzja: „Do życia między ludźmi wystarczy ostrożność i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka.

Rozumiem, że można mieć różne poglądy, jednak nie spodziewałam się, że zdecyduje się je opublikować jeden z bardziej poczytnych i szanujących się dzienników w Polsce. Tego typu tekst po prostu bardziej kojarzy mi się z jakimiś egzotycznymi obrzeżami internetu. Dziwi mnie też, że autorem jest ktoś, kto szczyci się tytułem profesora filozofii – chociaż to już mniej, biorąc pod uwagę, co różni profesorowie potrafią w dzisiejszych czasach sobą prezentować.

Żeby było jasne – nie jestem za integracją osób niepełnosprawnych za wszelką cenę. Osoby zdrowe (a szczególnie – dzieci) nie powinny ponosić emocjonalnych kosztów takiej integracji. Dziecko z autyzmem może z powodzeniem być wprowadzane do grupy rówieśniczej – umówmy się, dla niego to jest większy wysiłek, niż dla któregokolwiek z pozostałych dzieci. Ale jeśli to dziecko np. w sytuacjach stresowych reaguje agresją, bije siebie, opiekunów i inne dzieci, to jego integracja z grupą powinna być bardzo ograniczona. Nawet kosztem jego umiejętności społecznych. I piszę to jako matka dziecka z autyzmem – wolałabym ograniczyć terapię swojego dziecka, jego kontakty z innymi dziećmi, niż mieć świadomość, że inne dzieci mają z tego powodu jakąś traumę.

Czy studenci uczestniczący w wykładzie „ubarwianym” zachowaniami chłopaka z ZA będą mieli z tego powodu jakąś traumę? Czy naprawdę dążenie do tego, aby wykład nie był niczym zakłócany, a wykładowca mógł bez ograniczeń używać ironii jest powodem, aby odmawiać osobom ze spektrum autyzmu (oraz innym osobom z zaburzeniami psychicznymi) studiów wyższych?

Objawy charakterystyczne dla Zespołu Aspergera mieli Einstein, Newton, Mozart, Beethoven, Freud, Hitchcock i Warhol. Ma je Bill Gates. Diagnozę Zespołu Aspergera ma Leo Messi. Depresję mieli/mają m.in. Andersen, Hemingway, Agatha Christie, Nietzsche (ale lista jest ogromna!). John Nash miał schizofrenię. To są te „osoby niezrównoważone”, o których pisze p. Nowak. Naprawdę powinniśmy ich izolować?

PS. Petycja do „Rzeczpospolitej” w sprawie przeprosin i sprostowania znajduje się tutaj (jeśli ktoś miałby ochotę podpisać): PETYCJA

PS.2 Okazuje się, że chłopak z artykułu istnieje naprawdę, i nie jest studentem znajomego p. Nowaka, ale samego p. Nowaka. Studenci z Białegostoku zwrócili władzom uczelni uwagę na zamieszczony w Rzeczpospolitej felieton. Okazało się również, że chłopak na wykładzie u p. Nowaka był raz, bo na kolejny nie został już wpuszczony, a ogólnie nie jest uciążliwy ani dla innych studentów, ani dla wykładowców. Pozytywne w tej historii jest jednak to, że najwyraźniej nie jest dyskryminowany przez swoich kolegów, więcej nawet, koledzy się za nim wstawiają i w jego imieniu z dyskryminacją walczą. Szacunek!

*) zarówno tytuł, jak i wszystkie pogrubione słowa pochodzą z felietonu p. Nowaka. Muszę przyznać, że bardzo poszerzyłam moje słownictwo – nie wiedziałam, że osobę zaburzoną psychicznie (w tym z ZA) można określić na tyle sposobów!

Wymarzony prezent

Wymarzony prezent

Siedzimy razem z Ewą przy stole. Ona coś tam lepi z ciastoliny, ja próbuję zagadywać:

Ja: Ewa, a wiesz, niedługo jest Dzień Babci i Dziadka. Coś by trzeba było przygotować dla Babć i Dziadków. Co byś chciała zrobić? Może jakąś laurkę, albo obrazek?

Ewa wydaje się być pochłonięta toczeniem wałka z ciastoliny, toczy go, toczy, aż nagle podnosi go wysoko, patrzy na mnie, uśmiecha się szeroko i mówi: A może węża!

No, nie wiem…:)