Mówienie

Mówienie

Mówienie do Ewy ewoluuje powoli w rozmowy z nią. To niesamowite, kiedy mówię do niej coś, na co jeszcze miesiąc temu by mi nie odpowiedziała, a teraz ona odpowiada – jak gdyby robiła to zawsze:) Na przykład ostatnio – wstałyśmy rano i okazało się, że muszę wyjść do sklepu po masło. Dawida już nie było, więc postanowiłam zostawić ją na chwilę samą – uzbrojoną w telefon z bajkami i z przykazem, że ma się nie ruszać z kanapy. Wracam i oznajmiam jej (chociaż wiem, że pewnie nie będzie reakcji, bo siedzi wpatrzona w bajkę):

Ja: Kupiłam masło, zrobię Ci zaraz rogala!

Ewa: A ja oglądam „Niedźwiedzia w dużym niebieskim domu!”

Kiedyś nie było szans, żeby mi odpowiedziała cokolwiek.

Etapy naszych rozmów z Ewą – a w większości mówienia do Ewy – były różne. Na początku, jeszcze jak Ewa była niemowlakiem, było dużo opowiadania – funkcjonowaliśmy w zasadzie jako narratorzy tego, co się działo wokół („Teraz pójdziemy przebrać pieluchę. Najpierw zdejmujemy śpiochy…teraz mama odpina body… O, popatrz, lampa się świeci! Podoba Ci się?”). Nie wiem jak Dawid, ale mi to dawało poczucie, że ktoś mi towarzyszy, że mogę z kimś w danym momencie pogadać – nawet, jeśli ta druga osoba jest ciągle na etapie „spanie-jedzenie-wydalanie” i nie ma opcji, żeby mogła sensownie odpowiedzieć.

Później dowiedzieliśmy się o diagnozie i mówiliśmy dalej. Z tym, że dostaliśmy po drodze kilka wskazówek odnośnie tego, co i jak powinno być wypowiadane, żeby maksymalnie ułatwić Ewie budowanie słownika (Imię dziecka w jednej, ustalonej formie, bez zdrobnień i przezwisk. O sobie mówić w trzeciej osobie: „mama zrobi to i tamto”. Rzeczowniki najlepiej używać w mianowniku, żeby konkretne słowo mogło jak najlepiej się utrwalić).

Później była intensywna nauka komunikacji jako takiej – bo to najbardziej u Ewy kulało. Wdrożyliśmy obrazki (PECSy), a podjęcie przez Ewę jakiejkolwiek inicjatywy w celu zakomunikowania nam czegoś nagradzaliśmy pochwałami.

Teraz Ewa już mówi. Ciągle ma problemy z prowadzeniem dialogu, z reakcją na zadane pytanie, jeśli jest zajęta jakąś czynnością. Z uściśleniem komunikatu („jaką mam ci podać książeczkę?” „tą!” „ale jaką, podaj tytuł” „tą!”). Ciągle też preferuje nas jako odbiorców komunikatów.

Staramy się więc na różne sposoby trenować to mówienie. Często odsyłamy ją z danym komunikatem do innej osoby – Ewa mówi mi na przykład, że chce pić, a ja na to, żeby poszła do Taty, który jest teraz w kuchni, i mu to powtórzyła. To wprowadza pewien zamęt – trzeba się ruszyć, dojść do kuchni, i co najważniejsze – nie zapomnieć, po co się szło (a z utrzymaniem uwagi też mamy pewien problem) 🙂 W podobny sposób ćwiczymy również na wyjazdach – tam jest o tyle trudniej, że w podobnej sytuacji trzeba dogadać się już nie z tatą lub z mamą, ale z babcią lub dziadkiem. A to już jest trudniejsze. Swoją drogą, nie wiem, czy dziadkowie wiedzą, dlaczego my tak Ewę ciągle do nich odsyłamy – niemniej jednak powinna uczyć się dogadywać z różnymi osobami, nie tylko z nami.

Ćwiczymy też dogadywanie się w warunkach całkowicie „bojowych” – czyli z zupełnie obcymi ludźmi, np. w sklepie. Ewa dostaje do ręki monetę, instrukcję, co mniej więcej powiedzieć – i dalej niech radzi sobie sama. Cel zakupów – najczęściej coś słodkiego – jest z reguły wystarczającą motywacją do działania:) Swoją drogą, pierwszy soczek w kartoniku nabyła mając ledwie skończone trzy lata (nie było to takie trudne, gdyż sklep był samoobsługowy, tak więc mówienie ograniczone do minimum:)).

Jest jednak jeden problem z trenowaniem w sklepie, o czym przekonaliśmy się wczoraj w sklepiku na basenie. Mianowicie – Ewa jest zbyt niska i często nie widać jej po prostu zza lady;) Cóż, musimy potrenować również przywoływanie uwagi ekspedientek:)

Boli…

Boli…

Jedną z ulubionych rozrywek Ewy podczas wyjazdów do dziadków jest kąpiel. W każdym miejscu ten rytuał wygląda nieco inaczej, jest jednak coś, co wszystkie te miejsca łączy – jeśli Ewa ma ochotę zużyć cały bojler z wodą, to jej z pewnością na to pozwolą:)

U Babci Oli głównym punktem programu jest miska wstawiona do wanny i sącząca się do tej miski woda z kranu. Czemu nie prosto do wanny, zapytacie? Otóż dawno temu okazało się, że Babcia Ola nie może znaleźć korka do wanny, nie ma więc sposobu, żeby tę wannę zatkać. Ewie tak spodobał się ten sposób kąpania się, że nie było już mowy o tym, aby ten schemat zmienić.

No i siedzi Ewa ostatnio w tej swojej misce, woda ciurka z kranu. Drzwi uchylone, my zajmujemy się swoimi sprawami – nie śmiemy przeszkadzać w skrupulatnym przelewaniu wody z miski do miseczki, kubeczka, wiaderka, konewki (w znanej tylko Ewie kolejności)…

Nagle z łazienki dobiega krzyk:

Ewa: Tata! Mama! Pomocy!!!

Dawid wpada do łazienki i pyta: Co się stało?!

Ewa, płaczliwym głosem: Boli…

Dawid: Ale co boli?

Ewa podnosi rękę do góry, przesuwa nią po włosach i łapiąc jedno pasmo mówi: Włosek…

Dawid, próbując nie wybuchnąć śmiechem: Ale co się stało, że włosek boli? 

Ewa: Zamoczył się…

Może byśmy i się przejęli, ale z ust osoby, która potrafi bez mrugnięcia okiem wskoczyć do basenu albo dać sobie wylać na głowę wiadro wody, taki tekst brzmi raczej śmiesznie;)

giphy

O miłości

O miłości

Przed snem.

Ja (głaszcząc Ewę): Kocham Cię. 

Ewa jest tego wieczoru w nastroju „na nie”: Nie kochasz.

Ja: Kocham.

Ewa: Nie masz mówić!

Ja: Ale Ewa, to nie Ty decydujesz, czy ja Cię kocham, czy nie. Kocham Cię, to fakt. Nic na to nie poradzisz.

Ewa: Nie kochasz!

Ja: Kocham. Lubię Cię głaskać. Lubię sprawiać Ci przyjemność. Opiekuję się Tobą. Zależy mi na Twoim szczęściu. Tęsknię, jak Cię dłużej nie widzę. To wszystko znaczy, że Cię kocham. Ty nie musisz mnie kochać, nie musisz mi mówić, że mnie kochasz. Ja Ciebie kocham i zawsze będę. 

Mija chwila i w pewnym momencie słyszę cichutkie: Opiekuj się mną…

Wychowanie fizyczne

Wychowanie fizyczne

Wieczór. Przeczytaliśmy już kilka książeczek, Ewa opowiedziała, co się działo tego dnia w przedszkolu („Javier miał urodziny”), tak więc Dawid zaproponował robienie ćwiczeń – co w naszym języku oznacza głównie „kotłowanie się na kanapie”. Najpierw było czołganie się (mogłaby normalnie startować na testy do Marines), później przewroty w przód (ciągle musi popracować nad odpowiednim schowaniem głowy), w pewnym momencie przyszedł czas na pompki. Dawid zeskoczył więc z kanapy, ustawił się do robienia pompek i woła Ewę, żeby też z nim poćwiczyła.

Ewa miała na ten temat inne zdanie.

Ewa: Raaaaz…

Dawid: No ale chodź tu koło mnie i też ćwicz!

Ewa: Tata! Raaaaz…

Dawid zrobił jedną pompkę i dalej nawołuje: Ewa, ale ze mną miałaś robić te pompki!

Ewa: Dwaaaaaa…!

Dawid (wstając): To ja nie robię pompek, jak Ty nie chcesz ich robić ze mną.

Ewa: Tata, pompuj! POMPUJ!!!

Za dwa tygodnie Dawid biegnie w półmaratonie, może uda mi się wtedy zrobić Ewie zdjęcie w jej koszulce do kibicowania. Ma na niej wielki napis „TRENER” 😉

Po pompkach przyszedł czas na koszykówkę. Nasza wersja koszykówki polega na rzucaniu prawie-kulistą maskotką rybki do obręczy, którą jedno z nas – ja albo Dawid – robi z wyciągniętych ramion. Rzucamy rybką między sobą, a później Ewa stara się trafić do „kosza”. Czasami to Ewa zastępuje piłkę i sama stara się do tego „kosza” zapakować.

W którymś momencie piłka-Ewa trafia do kosza-Taty i oboje przewracają się na kanapę. Ewa się podnosi i liczy na kontynuację zabawy. Dawid tymczasem leży dalej;)

Ewa: Tata, wstawaj!

Dawid: Ale dlaczego?

Ewa: BO LEŻYSZ!

Leżenie podczas ćwiczeń fizycznych nie jest wskazane;)

Update: Mąż kazał mi dopisać, że z tematów sportowych to Ewa potrafi jeszcze udawać faul i domagać się czerwonej kartki, oraz wie, kiedy jest gol. Potrafi również skandować „C! C! C-W-K! C-W-K-S! Legia!”, zaśpiewać kilka przyśpiewek Legii i Lecha, oraz odpowiadać „Legia” lub „Lech” na pytanie: „komu kibicujemy?” – w zależności od tego, czy chce się przymilić swojemu ojcu, czy zobaczyć, jak fajnie się irytuje;)

Stacja Nemo

Stacja Nemo

Odebrałam wczoraj Ewę nieco wcześniej. Po niezbyt udanym poranku (znowu lekki płacz przy zostawianiu jej w przedszkolu) miała podobno bardzo dobry dzień.

P. Agnieszka: Ewa, a powiedz mamie, na co byś chciała chodzić?

Ewa: Na Zumbę!

Podejście do zajęć z Zumby robiliśmy we wrześniu, ale nie było większego zainteresowania. Najwyraźniej jednak coś się zmieniło i teraz Ewa chce. Bardzo. Zaraz! Musiałam jej tłumaczyć, że zajęcia z Zumby są dopiero za tydzień, a teraz jedziemy na wycieczkę.

Już w samochodzie doprecyzowałam:

Ja: Ewa, teraz zostawiamy Złomka na parkingu, wsiadamy do metra, jedziemy na stację Politechnika, a tam idziemy na demonstrację.

Ewa jak zwykle wydawała się nie być zbytnio zainteresowana logistyką, ale sam fakt przejażdżki metrem sprawił, że pełna werwy wyskoczyła z samochodu i bez większego poganiania udała się ze mną na stację.

Kiedy zeszłyśmy już na peron, zauważyłam, że coś chce powiedzieć.

Ewa: Jedziemy na Stację Nemo!

Ja: Jaką stację? Powtórz, bo mama nie zrozumiała.

Ewa: Nemo!

Ja: Stację Nemo?!

Ewa: Na Nemo Stację!

Ja (wreszcie załapując o co chodzi): Aaaaa! Chcesz powiedzieć, „na demonstrację”!

Ewa: Nemo Stację!

Tak to się dogadałyśmy w tym hałasie:)

To była nasza pierwsza demonstracja. Żadne z nas nigdy wcześniej nie brało udziału w takim wydarzeniu. Trochę żałowaliśmy, że nie ma wyznaczonych kącików dla „autystów, introwertyków i osób aspołecznych” – gdzie jest w miarę cicho, nikt nie krzyczy, a poszczególni demonstranci stoją w minimalnej odległości 2m od siebie. Mimo to udało nam się obejść cały plac i wejść na chwilę na środek.

Akurat pod scenę dotarło czoło pochodu idącego z Centrum. Ewa poobserwowała chwilę hałaśliwe otoczenie (z jednej z najlepszych dostępnych miejscówek, czyli z ramion Taty), i z miną wyraźnie zniesmaczoną zarządziła: „do domku!”.

Tak, ja też ciągle się dziwię, że w takich sprawach jak np. standardy opieki okołoporodowej czy ściganie alimenciarzy trzeba urządzać demonstracje i strajki – ale co zrobić, widać takie czasy.

No ale byliśmy, żeby nie było;)

0006FZZJJWX2ET1N-C431

(zdjęcie: Bartłomiej Zborowski, PAP)

Dramatyczny początek wiosny

Dramatyczny początek wiosny

Wczoraj zgubiliśmy Henia. Wyszliśmy razem z Heniem pierwszy raz w tym sezonie, i od razu przepadł.

Najprawdopodobniej fruwa gdzieś w okolicach McDonalda przy Trasie Toruńskiej, ale dzwoniłam do nich i kapelusza nie widzieli. W H&M mają obecnie podobne, ale nie identyczne.

Przetrząsnęłam stronę H&M w UK i Hiszpanii – czyli wszędzie tam, gdzie jest ktoś, kto mógłby mi ten kapelutek przesłać. Po moim lekko rozpaczliwym wpisie na Facebooku, odezwały się jeszcze nasze czytelniczki z Irlandii i USA, ale tam też już naszego Henia nie sprzedają. Na  Allegro też nic nie znalazłam. W końcu udało mi się ustrzelić jedną jedyną sztukę na OLX (wystawioną może pół godziny wcześniej). Przelew już poszedł, niedługo Henio II powinien być już u nas. Szczęście w nieszczęściu – rozmiar większy niż poprzedni, więc będzie na dłużej  Dziękuję p. Kasiu, jeśli mnie Pani czyta!

Tutaj więcej o tym, dlaczego Henio jest taki ważny: https://trzecipasazer.wordpress.com/2016/05/31/henio/

IMG_0595 (3)

Sytuacja z Heniem zmobilizowała mnie  do tego, żeby jakoś oznakować Kłapoucha. Już parę razy nam się zgubił, na szczęście póki co zawsze udało się go znaleźć (jeden raz nie było go na tyle długo, że zdążyłam przetrząsnąć całą Arkadię w poszukiwaniu dublera, którego zresztą kupiłam. Ewa traktuje go jak każdą inną maskotkę). Do tej pory kombinowałam, jak by tu Kłapouchowi wszyć jakąś metkę z naszymi danymi – nie wiem czemu nie wpadłam na pomysł, który podpowiedziała mi na Facebooku Daria – żeby kupić Kłapouchowi opaskę. Dzisiaj zamówiłam na Allegro dwie – jedną dla Kłapoucha, drugą dla Ewy (może się wreszcie przekona).

A z innych dramatów – alergia mnie dopadła. No wiosna idzie, jak nic:)

 

 

 

Dziecko vs. ekran

Dziecko vs. ekran

Przed narodzinami Ewy nie myśleliśmy, że dostęp dziecka do różnego rodzaju „ekranów” (telewizor/tablet/smartfon/komputer) może budzić tyle emocji. Ale odkąd Ewa ma diagnozę, tkwimy pomiędzy dwoma kompletnie skrajnymi podejściami: od „zero dostępu do ekranów” po „a co będziecie dziecku żałować”.

Zalecenia amerykańskich pediatrów odnośnie dostępu dzieci do różnego rodzaju „ekranów” są następujące:
– dziecko do 2 lat najlepiej niech nie ma w ogóle dostępu (no, może poza sesją na Skype z rodziną:)),
– dziecko w wieku 2-5 lat do godziny dziennie,
– dziecko powyżej pięciu lat, jeżeli przez 12h na dobę zostało odpowiednio „wybiegane” – może resztę czasu (po odjęciu snu oczywiście) spędzić przed telewizorem/tabletem.
Przy czym to są nowe zalecenia, jeszcze niedawno były one bardziej restrykcyjne.

Z kolei zalecenia wielu specjalistów zajmujących się kwestiami integracji sensorycznej, psychologów, pedagogów specjalnych, na których przyszło nam się natknąć podczas diagnozowania i prowadzenia terapii Ewy były już jednak bardzo ortodoksyjne. W dużym skrócie – bo w zasadzie co tu więcej pisać – dziecko z zaburzeniami ze spektrum nie powinno w ogóle mieć dostępu do „ekranów” niezależnie od wieku, ponieważ powodują one przestymulowanie.

Jednak dla wielu osób jakiekolwiek regulowanie stosunku dziecko-„ekran” jest nienaturalne i pozbawione sensu. „Nam nikt dostępu do telewizora nie ograniczał i żyjemy” – to dosyć częsty argument:) Tylko co z tego, skoro 20, 30 czy 50 lat temu telewizja była ciągle w powijakach, a smartfonów i tabletów w ogóle nie było? Problem jest nowy, stąd też dopiero niedawno lekarze i naukowcy zaczęli się nad nim pochylać. Dopiero niedawno dorosły przecież dzieci, które w dzieciństwie mogły mieć telewizję w zasadzie non-stop.

O wpływie „ekranów” na dzieci z autyzmem również mówi się dopiero od niedawna. Osoby z autyzmem mają naturalne skłonności do stronienia od ludzi i kierowania swojej uwagi na elektronikę. Co więcej, układ nerwowy autysty bywa po prostu bardziej wrażliwy – tak więc te argumenty związane z „przestymulowaniem” zasadniczo mają sens. Jest wiele przypadków dzieci ze spektrum, którym całkowite odstawienie lub chociaż ograniczenie telewizji przyniosło dużo dobrego – stały się po prostu spokojniejsze.

Nasz stosunek do korzystania przez Ewę z „ekranów” znajduje się gdzieś pośrodku. Telewizja i tablet są mocno ograniczane – zasadniczo Ewa nie korzysta z nich dłużej niż przez 30-40 minut dziennie. Zasadniczo, bo oczywiście pojawiają się odstępstwa od reguły – takie jak męcząca podróż czy choroba. A także wizyta u fryzjera:) Telewizja pojawia się raz dziennie, w porze dobranocki.

Oczywiście pojawiają się zakusy różnych lobby 🙂 , aby dostęp do „ekranów” nie był tak ograniczony. Po prostu łatwo jest zdobyć wdzięczność i zainteresowanie Ewy, trzymając w ręku tablet z bajką. Problem polega jednak na tym, że jeden precedens rodzi kolejne, a Ewa dosyć szybko wyłapuje, kto jest podatny na tego typu prośby, i z premedytacją to eksploatuje. Trochę jak narkoman na odwyku, który dostanie niewielką działkę narkotyku i widzi dilera, który ma tego więcej. Jeśli raz spróbuje, to będzie chciała więcej i więcej, a odmowa nie będzie przyjmowana spokojnie. Zrobi się marudna, nerwowa, płaczliwa. Tak to się zwykle kończy.

Niestety, często my sami stwarzamy tego typu precedensy. Czasami tak jest po prostu łatwiej, szczególnie wtedy, kiedy dana sytuacja jest dla Ewy stresująca – czyli szczególnie podczas pobytów poza domem. Ale czym bardziej te precedensy ograniczamy, czym lepiej wpasujemy dostęp do telewizora i tabletu w powtarzalny schemat dnia, tym Ewa jest bardziej spokojna.

A co daje nam telewizja i tablet – oprócz oczywiście funkcji „uspakajacza” dziecka i „świętego spokoju” dla rodzica? 🙂 Lista jest – wbrew pozorom – dosyć długa:

– Ewa wiele się z bajek nauczyła. Sporo słownictwa, wiele wyrażeń, wręcz cale wypowiedzi – pochodzą z bajek. Ewa obserwuje sceny w bajkach i potrafi później odnieść je do sytuacji z życia. Myślę, że autyści mają większą trudność w budowaniu słownika, bo często potrzebują precyzyjnej definicji danego słowa. Definicja zawarta w książce czy słowniku – to często dosyć mało. Bajki pokazują dane słowo w szerszym kontekście – pokazują sytuację, w której to słowo czy wyrażenie jest używane, pokazują reakcje bohaterów i ich emocje. Oddziałują na więcej zmysłów niż np. książka. Myślę, że dla dziecka, które może mieć problem z wyobrażaniem sobie różnych rzeczy – jest to przekaz, który po prostu lepiej do niego trafi.
Ewa potrafi podejść do zasłyszanych wyrażeń kreatywnie, jest jednak wiele osób z autyzmem, które tej kreatywności nie posiadają. Potrafią wypowiedzieć tylko takie zdania, które zasłyszeli. Ostatnio głośno zrobiło się o filmie dokumentalnym „Życie animowane” (nominowanym w tym roku do Oscara ), w którym opowiedziana została historia chłopca z autyzmem. Chłopiec bardzo długo nie mówił, a kiedy zaczął – mówił tylko tekstami z bajek Disney’a. Jak usłyszałam o tym filmie, to w ogóle mnie ta historia nie zdziwiła – zaśmiałam się wręcz pod nosem, że ktoś – oprócz nas – zauważył zbawienny wpływ bajek Disney’a na autystów:) Ale ogromnym plusem „Życia animowanego” jest wg mnie to, że zmienia podejście terapeutów do bajek. Mam nadzieję, że więcej psychologów dostrzeże ich plusy (przykładem takiego terapeuty jest jedna pedagog specjalna z naszego przedszkola – ostatnio przyznała mi się, że zmieniła zdanie o bajkach po obejrzeniu tego filmu).

– po obejrzeniu danej bajki – bardzo łatwo przywołać u Ewy dobry nastrój, emocje, które odczuwała podczas oglądania tej bajki. Wystarczy włączyć ścieżkę dźwiękową, piosenki albo zainscenizować jakiś dialog. Ewa ma fenomenalną pamięć do tego typu rzeczy! Odgrywanie tego typu scenek świetnie ćwiczy naśladowanie, jest też dobrym treningiem jeśli chodzi o wszelkie „udawane zabawy”. Na szczęście – nie mamy takiej dobrej pamięci jak Ewa, więc teksty przez nas wypowiadane to raczej parafrazy niż oryginalne cytaty – co sprawia, że każdy dialog jest nieco inny i pokazuje Ewie, że dany sens wypowiedzi można przekazać na wiele różnych sposobów. Dzięki temu ona też często parafrazuje cytaty z bajek, no i nie jest tak przywiązana do tego, żeby wszystko było powiedziane i pokazane dokładnie tak, jak w bajce.
(swoją drogą, odtwarzanie dialogów z Ewą przypomina mi czasy, kiedy w zasadzie to samo robiłam z Filipem:) Do dzisiaj znam w zasadzie całego „Króla Lwa” na pamięć:))

2011-krol-lew-film7_980x580

– Jakakolwiek zabawa/zadanie/czynność staje się automatycznie bardziej atrakcyjna, jeśli jest w jakiś sposób związana z ulubioną postacią z bajki. Pierwsze puzzle kupiłam Ewie dlatego, że na obrazku był rysunek z „Kubusia Puchatka” – nie sądziłam, że je prędko ułoży (miała może dwa lata, puzzle były 24-ro elementowe). Ułożyła. Później było wiele zabaw, w które wplataliśmy różne bajki, wiele zadań „stolikowych”, które zrobiła, bo np. dotyczyły nie jakiegoś dowolnego niedźwiedzia, ale Kubusia Puchatka, z którym miała już masę wspomnień. Jedna kartka do kolorowania potrafiła uruchomić strumień wspomnień: zaczynała odtwarzać ulubione dialogi, scenki, śpiewała piosenki.

– Bajki powiększają Ewie nie tylko słownictwo, ale ogólną wiedzę o świecie. Dzięki bajkom Ewa zna różne zwierzęta i potrafi opowiedzieć o ich zwyczajach a czasami nawet o miejscu, w którym żyją. Potrafi korzystać z mapy i wskazać miejsca, w których rozgrywała się fabuła jej ulubionych bajek – a dzięki temu wie, gdzie żyją błazenki albo pingwiny:) Wiele sytuacji czy zjawisk byłoby dla nas trudne do wytłumaczenia, bo na codzień się ich nie spotyka. Jak np. wytłumaczyć dziecku, co to jest zorza polarna? Tymczasem znam co najmniej dwie bajki, w których zorza się pojawia. Albo jak wytłumaczyć koncepcję pływania statkiem, jeżdżenia na łyżwach czy gaszenia przez strażaków pożaru? Oczywiście, każdą bajkę trzeba omówić, wyciągnąć atlas z mapami albo odnieść jakoś fabułę do życia codziennego, jednak podstawą jest bajka.

Sceptycy zapytają – czemu nie książki? Wszystko, co wymieniłam powyżej, da się przecież osiągnąć czytając książki. Otóż – nie do końca. Tak jak napisałam wcześniej – bajka oddziałowuje na więcej zmysłów. To, co dla Ewy jest niezwykle ważne, co ją niezwykle przyciąga, to nie tylko ruszający się kolorowy obraz, ale przede wszystkim – muzyka. Dlatego między innymi bajki Disney’a – bo tam ciągle śpiewają:) Ewa zaczęła oglądać bajki mając może kilkanaście miesięcy, i nie oszukujmy się, nie nadążała wtedy za fabułą. Ale co chwilę była piosenka, która kompletnie ją pochłaniała.

Poza tym – dlaczego mamy ograniczać się tylko do książek, skoro ten sam cel możemy osiągnąć szybciej i łatwiej? Skoro to na Ewę działa?

PS. Aktualnie rozważamy wykupienie abonamentu w DrOmnibus – jeśli ktoś ma jakieś doświadczenia w tym temacie, to będę wdzięczna za uwagi;)

Matematyka

Matematyka

Na wyjazd do Dziadków Ewa zabrała delegację trzech aktualnie ulubionych pluszaków – Kłapoucha (no jakżeby inaczej:)), Minnie i Poppy. Na miejscu natomiast czekała na nią Rybka MiniMini.

pluszaki

Przetacza się więc z tymi maskotkami, i co którąś gdzieś zgubi, to musi natychmiast zlokalizować.

W którymś momencie okazuje się, że w posiadaniu wszystkich pluszaków jest Dawid. Ewa wydziera mu Kłapoucha, ale z kolejnymi maskotkami już nie jest tak łatwo – Tata oczekuje najpierw odpowiedzi na kilka pytań.

Dawid: Ewa, jak teraz dam Ci Minnie, to ile będziesz miała pluszaków? 

Ewa: Dwa!

Dawid: A Tata?

Ewa: Dwa. (w głosie słychać już lekkie zniecierpliwienie)

Ja: Ewa, Ty i Tata macie tyle samo pluszaków!

Dawid: A jak teraz dam Ci jeszcze Poppy, to ile będziesz miała pluszaków? 

Ewa (przechwytuje Poppy i odwracając się mruczy): PEŁNO.