Ewa jest tego wieczoru w nastroju „na nie”: Nie kochasz.
Ja: Kocham.
Ewa: Nie masz mówić!
Ja: Ale Ewa, to nie Ty decydujesz, czy ja Cię kocham, czy nie. Kocham Cię, to fakt. Nic na to nie poradzisz.
Ewa: Nie kochasz!
Ja: Kocham. Lubię Cię głaskać. Lubię sprawiać Ci przyjemność. Opiekuję się Tobą. Zależy mi na Twoim szczęściu. Tęsknię, jak Cię dłużej nie widzę. To wszystko znaczy, że Cię kocham. Ty nie musisz mnie kochać, nie musisz mi mówić, że mnie kochasz. Ja Ciebie kocham i zawsze będę.
Mija chwila i w pewnym momencie słyszę cichutkie: Opiekuj się mną…
Wieczór. Przeczytaliśmy już kilka książeczek, Ewa opowiedziała, co się działo tego dnia w przedszkolu („Javier miał urodziny”), tak więc Dawid zaproponował robienie ćwiczeń – co w naszym języku oznacza głównie „kotłowanie się na kanapie”. Najpierw było czołganie się (mogłaby normalnie startować na testy do Marines), później przewroty w przód (ciągle musi popracować nad odpowiednim schowaniem głowy), w pewnym momencie przyszedł czas na pompki. Dawid zeskoczył więc z kanapy, ustawił się do robienia pompek i woła Ewę, żeby też z nim poćwiczyła.
Ewa miała na ten temat inne zdanie.
Ewa: Raaaaz…
Dawid: No ale chodź tu koło mnie i też ćwicz!
Ewa: Tata! Raaaaz…
Dawid zrobił jedną pompkę i dalej nawołuje: Ewa, ale ze mną miałaś robić te pompki!
Ewa: Dwaaaaaa…!
Dawid (wstając): To ja nie robię pompek, jak Ty nie chcesz ich robić ze mną.
Ewa: Tata, pompuj! POMPUJ!!!
Za dwa tygodnie Dawid biegnie w półmaratonie, może uda mi się wtedy zrobić Ewie zdjęcie w jej koszulce do kibicowania. Ma na niej wielki napis „TRENER” 😉
Po pompkach przyszedł czas na koszykówkę. Nasza wersja koszykówki polega na rzucaniu prawie-kulistą maskotką rybki do obręczy, którą jedno z nas – ja albo Dawid – robi z wyciągniętych ramion. Rzucamy rybką między sobą, a później Ewa stara się trafić do „kosza”. Czasami to Ewa zastępuje piłkę i sama stara się do tego „kosza” zapakować.
W którymś momencie piłka-Ewa trafia do kosza-Taty i oboje przewracają się na kanapę. Ewa się podnosi i liczy na kontynuację zabawy. Dawid tymczasem leży dalej;)
Ewa: Tata, wstawaj!
Dawid: Ale dlaczego?
Ewa: BO LEŻYSZ!
Leżenie podczas ćwiczeń fizycznych nie jest wskazane;)
Update: Mąż kazał mi dopisać, że z tematów sportowych to Ewa potrafi jeszcze udawać faul i domagać się czerwonej kartki, oraz wie, kiedy jest gol. Potrafi również skandować „C! C! C-W-K! C-W-K-S! Legia!”, zaśpiewać kilka przyśpiewek Legii i Lecha, oraz odpowiadać „Legia” lub „Lech” na pytanie: „komu kibicujemy?” – w zależności od tego, czy chce się przymilić swojemu ojcu, czy zobaczyć, jak fajnie się irytuje;)
Odebrałam wczoraj Ewę nieco wcześniej. Po niezbyt udanym poranku (znowu lekki płacz przy zostawianiu jej w przedszkolu) miała podobno bardzo dobry dzień.
P. Agnieszka: Ewa, a powiedz mamie, na co byś chciała chodzić?
Ewa: Na Zumbę!
Podejście do zajęć z Zumby robiliśmy we wrześniu, ale nie było większego zainteresowania. Najwyraźniej jednak coś się zmieniło i teraz Ewa chce. Bardzo. Zaraz! Musiałam jej tłumaczyć, że zajęcia z Zumby są dopiero za tydzień, a teraz jedziemy na wycieczkę.
Już w samochodzie doprecyzowałam:
Ja: Ewa, teraz zostawiamy Złomka na parkingu, wsiadamy do metra, jedziemy na stację Politechnika, a tam idziemy na demonstrację.
Ewa jak zwykle wydawała się nie być zbytnio zainteresowana logistyką, ale sam fakt przejażdżki metrem sprawił, że pełna werwy wyskoczyła z samochodu i bez większego poganiania udała się ze mną na stację.
Kiedy zeszłyśmy już na peron, zauważyłam, że coś chce powiedzieć.
Ewa: Jedziemy na Stację Nemo!
Ja: Jaką stację? Powtórz, bo mama nie zrozumiała.
Ewa: Nemo!
Ja: Stację Nemo?!
Ewa: Na Nemo Stację!
Ja (wreszcie załapując o co chodzi): Aaaaa! Chcesz powiedzieć, „na demonstrację”!
Ewa: Nemo Stację!
Tak to się dogadałyśmy w tym hałasie:)
To była nasza pierwsza demonstracja. Żadne z nas nigdy wcześniej nie brało udziału w takim wydarzeniu. Trochę żałowaliśmy, że nie ma wyznaczonych kącików dla „autystów, introwertyków i osób aspołecznych” – gdzie jest w miarę cicho, nikt nie krzyczy, a poszczególni demonstranci stoją w minimalnej odległości 2m od siebie. Mimo to udało nam się obejść cały plac i wejść na chwilę na środek.
Akurat pod scenę dotarło czoło pochodu idącego z Centrum. Ewa poobserwowała chwilę hałaśliwe otoczenie (z jednej z najlepszych dostępnych miejscówek, czyli z ramion Taty), i z miną wyraźnie zniesmaczoną zarządziła: „do domku!”.
Tak, ja też ciągle się dziwię, że w takich sprawach jak np. standardy opieki okołoporodowej czy ściganie alimenciarzy trzeba urządzać demonstracje i strajki – ale co zrobić, widać takie czasy.
Wczoraj zgubiliśmy Henia. Wyszliśmy razem z Heniem pierwszy raz w tym sezonie, i od razu przepadł.
Najprawdopodobniej fruwa gdzieś w okolicach McDonalda przy Trasie Toruńskiej, ale dzwoniłam do nich i kapelusza nie widzieli. W H&M mają obecnie podobne, ale nie identyczne.
Przetrząsnęłam stronę H&M w UK i Hiszpanii – czyli wszędzie tam, gdzie jest ktoś, kto mógłby mi ten kapelutek przesłać. Po moim lekko rozpaczliwym wpisie na Facebooku, odezwały się jeszcze nasze czytelniczki z Irlandii i USA, ale tam też już naszego Henia nie sprzedają. Na Allegro też nic nie znalazłam. W końcu udało mi się ustrzelić jedną jedyną sztukę na OLX (wystawioną może pół godziny wcześniej). Przelew już poszedł, niedługo Henio II powinien być już u nas. Szczęście w nieszczęściu – rozmiar większy niż poprzedni, więc będzie na dłużej Dziękuję p. Kasiu, jeśli mnie Pani czyta!
Sytuacja z Heniem zmobilizowała mnie do tego, żeby jakoś oznakować Kłapoucha. Już parę razy nam się zgubił, na szczęście póki co zawsze udało się go znaleźć (jeden raz nie było go na tyle długo, że zdążyłam przetrząsnąć całą Arkadię w poszukiwaniu dublera, którego zresztą kupiłam. Ewa traktuje go jak każdą inną maskotkę). Do tej pory kombinowałam, jak by tu Kłapouchowi wszyć jakąś metkę z naszymi danymi – nie wiem czemu nie wpadłam na pomysł, który podpowiedziała mi na Facebooku Daria – żeby kupić Kłapouchowi opaskę. Dzisiaj zamówiłam na Allegro dwie – jedną dla Kłapoucha, drugą dla Ewy (może się wreszcie przekona).
A z innych dramatów – alergia mnie dopadła. No wiosna idzie, jak nic:)
Przed narodzinami Ewy nie myśleliśmy, że dostęp dziecka do różnego rodzaju „ekranów” (telewizor/tablet/smartfon/komputer) może budzić tyle emocji. Ale odkąd Ewa ma diagnozę, tkwimy pomiędzy dwoma kompletnie skrajnymi podejściami: od „zero dostępu do ekranów” po „a co będziecie dziecku żałować”.
Zalecenia amerykańskich pediatrów odnośnie dostępu dzieci do różnego rodzaju „ekranów” są następujące:
– dziecko do 2 lat najlepiej niech nie ma w ogóle dostępu (no, może poza sesją na Skype z rodziną:)),
– dziecko w wieku 2-5 lat do godziny dziennie,
– dziecko powyżej pięciu lat, jeżeli przez 12h na dobę zostało odpowiednio „wybiegane” – może resztę czasu (po odjęciu snu oczywiście) spędzić przed telewizorem/tabletem.
Przy czym to są nowe zalecenia, jeszcze niedawno były one bardziej restrykcyjne.
Z kolei zalecenia wielu specjalistów zajmujących się kwestiami integracji sensorycznej, psychologów, pedagogów specjalnych, na których przyszło nam się natknąć podczas diagnozowania i prowadzenia terapii Ewy były już jednak bardzo ortodoksyjne. W dużym skrócie – bo w zasadzie co tu więcej pisać – dziecko z zaburzeniami ze spektrum nie powinno w ogóle mieć dostępu do „ekranów” niezależnie od wieku, ponieważ powodują one przestymulowanie.
Jednak dla wielu osób jakiekolwiek regulowanie stosunku dziecko-„ekran” jest nienaturalne i pozbawione sensu. „Nam nikt dostępu do telewizora nie ograniczał i żyjemy” – to dosyć częsty argument:) Tylko co z tego, skoro 20, 30 czy 50 lat temu telewizja była ciągle w powijakach, a smartfonów i tabletów w ogóle nie było? Problem jest nowy, stąd też dopiero niedawno lekarze i naukowcy zaczęli się nad nim pochylać. Dopiero niedawno dorosły przecież dzieci, które w dzieciństwie mogły mieć telewizję w zasadzie non-stop.
O wpływie „ekranów” na dzieci z autyzmem również mówi się dopiero od niedawna. Osoby z autyzmem mają naturalne skłonności do stronienia od ludzi i kierowania swojej uwagi na elektronikę. Co więcej, układ nerwowy autysty bywa po prostu bardziej wrażliwy – tak więc te argumenty związane z „przestymulowaniem” zasadniczo mają sens. Jest wiele przypadków dzieci ze spektrum, którym całkowite odstawienie lub chociaż ograniczenie telewizji przyniosło dużo dobrego – stały się po prostu spokojniejsze.
Nasz stosunek do korzystania przez Ewę z „ekranów” znajduje się gdzieś pośrodku. Telewizja i tablet są mocno ograniczane – zasadniczo Ewa nie korzysta z nich dłużej niż przez 30-40 minut dziennie. Zasadniczo, bo oczywiście pojawiają się odstępstwa od reguły – takie jak męcząca podróż czy choroba. A także wizyta u fryzjera:) Telewizja pojawia się raz dziennie, w porze dobranocki.
Oczywiście pojawiają się zakusy różnych lobby 🙂 , aby dostęp do „ekranów” nie był tak ograniczony. Po prostu łatwo jest zdobyć wdzięczność i zainteresowanie Ewy, trzymając w ręku tablet z bajką. Problem polega jednak na tym, że jeden precedens rodzi kolejne, a Ewa dosyć szybko wyłapuje, kto jest podatny na tego typu prośby, i z premedytacją to eksploatuje. Trochę jak narkoman na odwyku, który dostanie niewielką działkę narkotyku i widzi dilera, który ma tego więcej. Jeśli raz spróbuje, to będzie chciała więcej i więcej, a odmowa nie będzie przyjmowana spokojnie. Zrobi się marudna, nerwowa, płaczliwa. Tak to się zwykle kończy.
Niestety, często my sami stwarzamy tego typu precedensy. Czasami tak jest po prostu łatwiej, szczególnie wtedy, kiedy dana sytuacja jest dla Ewy stresująca – czyli szczególnie podczas pobytów poza domem. Ale czym bardziej te precedensy ograniczamy, czym lepiej wpasujemy dostęp do telewizora i tabletu w powtarzalny schemat dnia, tym Ewa jest bardziej spokojna.
A co daje nam telewizja i tablet – oprócz oczywiście funkcji „uspakajacza” dziecka i „świętego spokoju” dla rodzica? 🙂 Lista jest – wbrew pozorom – dosyć długa:
– Ewa wiele się z bajek nauczyła. Sporo słownictwa, wiele wyrażeń, wręcz cale wypowiedzi – pochodzą z bajek. Ewa obserwuje sceny w bajkach i potrafi później odnieść je do sytuacji z życia. Myślę, że autyści mają większą trudność w budowaniu słownika, bo często potrzebują precyzyjnej definicji danego słowa. Definicja zawarta w książce czy słowniku – to często dosyć mało. Bajki pokazują dane słowo w szerszym kontekście – pokazują sytuację, w której to słowo czy wyrażenie jest używane, pokazują reakcje bohaterów i ich emocje. Oddziałują na więcej zmysłów niż np. książka. Myślę, że dla dziecka, które może mieć problem z wyobrażaniem sobie różnych rzeczy – jest to przekaz, który po prostu lepiej do niego trafi.
Ewa potrafi podejść do zasłyszanych wyrażeń kreatywnie, jest jednak wiele osób z autyzmem, które tej kreatywności nie posiadają. Potrafią wypowiedzieć tylko takie zdania, które zasłyszeli. Ostatnio głośno zrobiło się o filmie dokumentalnym „Życie animowane” (nominowanym w tym roku do Oscara ), w którym opowiedziana została historia chłopca z autyzmem. Chłopiec bardzo długo nie mówił, a kiedy zaczął – mówił tylko tekstami z bajek Disney’a. Jak usłyszałam o tym filmie, to w ogóle mnie ta historia nie zdziwiła – zaśmiałam się wręcz pod nosem, że ktoś – oprócz nas – zauważył zbawienny wpływ bajek Disney’a na autystów:) Ale ogromnym plusem „Życia animowanego” jest wg mnie to, że zmienia podejście terapeutów do bajek. Mam nadzieję, że więcej psychologów dostrzeże ich plusy (przykładem takiego terapeuty jest jedna pedagog specjalna z naszego przedszkola – ostatnio przyznała mi się, że zmieniła zdanie o bajkach po obejrzeniu tego filmu).
– po obejrzeniu danej bajki – bardzo łatwo przywołać u Ewy dobry nastrój, emocje, które odczuwała podczas oglądania tej bajki. Wystarczy włączyć ścieżkę dźwiękową, piosenki albo zainscenizować jakiś dialog. Ewa ma fenomenalną pamięć do tego typu rzeczy! Odgrywanie tego typu scenek świetnie ćwiczy naśladowanie, jest też dobrym treningiem jeśli chodzi o wszelkie „udawane zabawy”. Na szczęście – nie mamy takiej dobrej pamięci jak Ewa, więc teksty przez nas wypowiadane to raczej parafrazy niż oryginalne cytaty – co sprawia, że każdy dialog jest nieco inny i pokazuje Ewie, że dany sens wypowiedzi można przekazać na wiele różnych sposobów. Dzięki temu ona też często parafrazuje cytaty z bajek, no i nie jest tak przywiązana do tego, żeby wszystko było powiedziane i pokazane dokładnie tak, jak w bajce.
(swoją drogą, odtwarzanie dialogów z Ewą przypomina mi czasy, kiedy w zasadzie to samo robiłam z Filipem:) Do dzisiaj znam w zasadzie całego „Króla Lwa” na pamięć:))
– Jakakolwiek zabawa/zadanie/czynność staje się automatycznie bardziej atrakcyjna, jeśli jest w jakiś sposób związana z ulubioną postacią z bajki. Pierwsze puzzle kupiłam Ewie dlatego, że na obrazku był rysunek z „Kubusia Puchatka” – nie sądziłam, że je prędko ułoży (miała może dwa lata, puzzle były 24-ro elementowe). Ułożyła. Później było wiele zabaw, w które wplataliśmy różne bajki, wiele zadań „stolikowych”, które zrobiła, bo np. dotyczyły nie jakiegoś dowolnego niedźwiedzia, ale Kubusia Puchatka, z którym miała już masę wspomnień. Jedna kartka do kolorowania potrafiła uruchomić strumień wspomnień: zaczynała odtwarzać ulubione dialogi, scenki, śpiewała piosenki.
– Bajki powiększają Ewie nie tylko słownictwo, ale ogólną wiedzę o świecie. Dzięki bajkom Ewa zna różne zwierzęta i potrafi opowiedzieć o ich zwyczajach a czasami nawet o miejscu, w którym żyją. Potrafi korzystać z mapy i wskazać miejsca, w których rozgrywała się fabuła jej ulubionych bajek – a dzięki temu wie, gdzie żyją błazenki albo pingwiny:) Wiele sytuacji czy zjawisk byłoby dla nas trudne do wytłumaczenia, bo na codzień się ich nie spotyka. Jak np. wytłumaczyć dziecku, co to jest zorza polarna? Tymczasem znam co najmniej dwie bajki, w których zorza się pojawia. Albo jak wytłumaczyć koncepcję pływania statkiem, jeżdżenia na łyżwach czy gaszenia przez strażaków pożaru? Oczywiście, każdą bajkę trzeba omówić, wyciągnąć atlas z mapami albo odnieść jakoś fabułę do życia codziennego, jednak podstawą jest bajka.
Sceptycy zapytają – czemu nie książki? Wszystko, co wymieniłam powyżej, da się przecież osiągnąć czytając książki. Otóż – nie do końca. Tak jak napisałam wcześniej – bajka oddziałowuje na więcej zmysłów. To, co dla Ewy jest niezwykle ważne, co ją niezwykle przyciąga, to nie tylko ruszający się kolorowy obraz, ale przede wszystkim – muzyka. Dlatego między innymi bajki Disney’a – bo tam ciągle śpiewają:) Ewa zaczęła oglądać bajki mając może kilkanaście miesięcy, i nie oszukujmy się, nie nadążała wtedy za fabułą. Ale co chwilę była piosenka, która kompletnie ją pochłaniała.
Poza tym – dlaczego mamy ograniczać się tylko do książek, skoro ten sam cel możemy osiągnąć szybciej i łatwiej? Skoro to na Ewę działa?
PS. Aktualnie rozważamy wykupienie abonamentu w DrOmnibus – jeśli ktoś ma jakieś doświadczenia w tym temacie, to będę wdzięczna za uwagi;)
Na wyjazd do Dziadków Ewa zabrała delegację trzech aktualnie ulubionych pluszaków – Kłapoucha (no jakżeby inaczej:)), Minnie i Poppy. Na miejscu natomiast czekała na nią Rybka MiniMini.
Przetacza się więc z tymi maskotkami, i co którąś gdzieś zgubi, to musi natychmiast zlokalizować.
W którymś momencie okazuje się, że w posiadaniu wszystkich pluszaków jest Dawid. Ewa wydziera mu Kłapoucha, ale z kolejnymi maskotkami już nie jest tak łatwo – Tata oczekuje najpierw odpowiedzi na kilka pytań.
Dawid: Ewa, jak teraz dam Ci Minnie, to ile będziesz miała pluszaków?
Ewa: Dwa!
Dawid: A Tata?
Ewa: Dwa. (w głosie słychać już lekkie zniecierpliwienie)
Ja: Ewa, Ty i Tata macie tyle samo pluszaków!
Dawid: A jak teraz dam Ci jeszcze Poppy, to ile będziesz miała pluszaków?
Ewa (przechwytuje Poppy i odwracając się mruczy): PEŁNO.
Dawno temu w jakimś artykule natrafiłam na następujące statystyki: 48% dzieci ze spektrum autyzmu podejmuje próbę ucieczki z domu. Ponad jedna trzecia dzieci, które uciekły, nie jest w stanie powiedzieć swojego nazwiska, adresu czy numeru telefonu do rodzica. 58% rodziców wymienia ucieczki wśród najbardziej stresujących kwestii związanych ze spektrum autyzmu swojego dziecka.*
Póki co, ryzyko takiej ucieczki przez Ewę jest raczej małe – Ewa jest w zasadzie non stop pilnowana, nie jest w stanie sama wyjść z mieszkania czy z przedszkola (nie sięga do zamka/domofonu). Jest też na tyle mała, że w razie, gdyby jednak gdzieś się zgubiła – to raczej szybko ktoś zainteresowałby się samotną czterolatką i przynajmniej postarał się ją zatrzymać/spacyfikować/zawiadomiłby policję.
Z rozmów na różnych grupach wiem, że prawdziwy problem pojawia się później – wtedy, kiedy dziecko jest już na tyle duże, że jego obecność na ulicy bez towarzystwa dorosłego nikogo nie dziwi. Jeżeli osoba z ASD nie komunikuje, a do tego unika kontaktu z obcymi – no, to wtedy poszukiwania takiego osobnika mogą trwać długo. To trochę tak jak z osobą z demencją czy Alzcheimerem – nikogo nie dziwi starsza pani spacerująca po mieście, i dopóki nie zrobi czegoś dziwnego, to nikt raczej nie będzie starał się jej zaczepiać.
O tym, jak duży jest to dla niektórych rodziców problem może świadczyć to, że w dyskusjach na temat ucieczek pojawia się cała masa pomysłów, w jaki sposób monitorować miejsce pobytu dziecka (często już dorosłego, ale niskofunkcjonującego) – od różnego rodzaju telefonów komórkowych czy zegarków z GPS, aż po chipy z GPS wszczepiane pod skórę. I nikogo w zasadzie te chipy nie bulwersują.
Pomimo tego, że Ewa póki co nie przejawia tendencji do uciekania, a jej zdolności komunikacyjne rosną w zasadzie z każdym dniem (co dodatkowo „poprawia” jej sytuację w przypadku zgubienia czy ucieczki), staramy się jednak zabezpieczyć na wypadek, gdyby jednak do czegoś takiego doszło. Już dawno temu Dziadek Grzegorz zakupił Ewie specjalny telefono-zegarek z GPS (póki co jeszcze go nie używamy – ciężko byłoby jej mieć go ciągle na sobie – ale przyjdzie taki dzień). Przerabiamy książeczki o tym, co zrobić, jak Ewa się zgubi, czy jak ktoś nieznajomy będzie ją zaczepiał (bo może być i tak) – tutaj polecam serię „Mądra Mysz”. Większość ubrań Ewy jest podpisana, a jak lecieliśmy do Barcelony, to Dawid porozkładał Ewie po kieszeniach karteczki z jej nazwiskiem i naszymi numerami telefonów. Rozmawialiśmy też wtedy o tym, jak po angielsku powiedzieć, jak ma na imię:)
No i od jakiegoś czasu uskuteczniam coś, co nazwałam „Incepcją”. Jak kładę Ewę spać i przychodzi do opowiadania bajki, to niezależnie od tego, o czym ma być ta bajka, zaczynam ją mniej więcej tak:
„W Warszawie, przy ulicy Takiej-a-takiej, numer tyle-i-tyle, mieszkała Ewa M…, nazywana czasem Królewną Śmieszką…”
Robiłam to przez jakiś czas, bez sprawdzania, czy Ewa pamięta. Któregoś dnia, kiedy siedzieliśmy przy obiedzie, zapytałam Ewę, gdzie mieszka. Wyrecytowała adres:)
Od jakiegoś czasu do całej historii dodaję również: „…jeśli Ewa chce zadzwonić do swojej mamy, to wystukuje na telefonie numer: 508 XXX XXX.”.
Wczoraj sprawdziliśmy – mój numer telefonu też pamięta (co czyni ją jedyną – oprócz mnie – osobą, która ten numer zna na pamięć:)). Jest dobrze:)
PS. Zdjęcie w tej notce nijak się ma do jej tematu, ale jak się dobrze przyjrzycie, to zobaczycie Ewę na łyżwach:)
Taki obrazek: siedzimy w trójkę wokół stołu. Na stole stoi zapalona świeczka, wokół stos zużytych chusteczek higienicznych. Ewa ma naciągnięty na głowę komin, który przykrywa jej włosy (co sprawia, że wygląda inaczej niż zwykle, no bo nie ma grzywki na czole). Zagadka: co robimy? 🙂
Odpowiedź: uczymy się wydmuchiwać nos:)
Już od dawna próbowałam ją nauczyć, ale zawsze była dosyć oporna. Tym razem katar zaowocował okropnym, mokrym kaszlem, więc mieliśmy więcej motywacji, żeby się go jak najszybciej pozbyć. Inhalacje nebulizatorem ciągle nie wchodzą w grę (pół dnia próśb, gróźb i przekupstwa – i nic), więc inhalujemy się standardowo (wanna + olejki), a do tego dmuchamy nos.
Trening odbywał się na początku „na sucho” – zadanie polegało na zdmuchnięciu płomienia świeczki nosem. Aczkolwiek „na sucho” to pewnie niezbyt trafne określenie, bo jak trzy zakatarzone osoby trenują zdmuchiwanie czegokolwiek nosem, to… możecie się domyśleć, jak to się kończy (stąd chusteczki) 🙂 Niemniej jednak – po kilku minutach Ewa już wiedziała o co chodzi. Teraz nos dmucha już bez problemu. Możemy to uznać za osiągnięcie tego tygodnia:)
(A komin na głowie dlatego, żeby jakoś jej związać włosy – żeby przypadkiem nie poszły z dymem podczas zabawy ze świeczką:))